Ciekawe przedurki nt. finansów, ekonomii, itp


Obraz Jurczyk Mariusz
Rozmowy o Polsce: Jaka praca, jaka płaca? - FORBES
Jurczyk Mariusz w dniu środa, 16 październik 2013, 21:02 napisał(a)
 
Obraz Jurczyk Mariusz
Polacy coraz bardziej oburzeni - na rząd, na bezrobocie, na niskie płace. Wybuch jest nieunikniony?
Jurczyk Mariusz w dniu piątek, 16 sierpień 2013, 23:14 napisał(a)
 

Autor: Marcin Hadaj

Źródło: http://www.gazetaprawna.pl/artykuly/725707,polacy-rzad-tusk-bezrobocie-niezadowolenie-spoleczne.html

Na co dzisiaj zły jest Polak? Na rząd i Sejm, na służbę zdrowia, na kolegę z pracy i na sąsiada, bo kupił nowe auto. Na żonę, bo nie rozumie, na dzieci, bo bałaganią. I na siebie, bo pensja wystarcza mu na bułkę z kefirem. Siedzimy na zegarowej bombie społecznego oburzenia. Wybuchnie?

Jeszcze niedawno mówiło się, że Polska jest zieloną wyspą na europejskim morzu niepokoju ekonomicznego. Wskaźniki rosły, władza cieszyła się poparciem społeczeństwa, a rządząca partia jako jedyna w historii dwa razy z rzędu wygrała wybory. Jako jedyni w Europie uniknęliśmy recesji po kryzysie finansowym. „Teraz jednak gospodarka zwalnia, bezrobocie wzrosło do 13,2 proc., a niezadowoleni Polacy krytykują rząd za brak wizji” – napisał kilka dni temu jeden z najpoważniejszych europejskich dzienników, hiszpański „El Pais”.

To prawda. Nie trzeba jednak czytać po hiszpańsku, aby zauważyć, że od niedawna nad Wisłą rośnie społeczne oburzenie. Polska Tuska i Kaczyńskiego nie ma dzisiaj niemal nic wspólnego z Polską Kowalskiego. To jakby wyobrazić sobie stare kolejowe tory w czasie upału. Każda szyna odkształca się i wygina w swoją stronę. Pociąg, który dojedzie do miejsca awarii, albo musi się zatrzymać i czekać na usunięcie jej skutków, albo – jeśli maszynista na czas nie zwolni – z hukiem wypadnie na pobocze. Dzisiaj w Polsce w aspekcie społecznym realizuje się ten pierwszy scenariusz. Na razie, bo drugi wcale nie jest niemożliwy. Politycy idą w swoją stronę, bredząc bez ładu i składu i uprawiając sztukę dla sztuki. Ludzie przyjmują walkę sejmowych buldogów pod dywanem z coraz szerszym uśmiechem politowania, a parlamentarni dyletanci utrzymywani z naszych pieniędzy stają się przednim tematem kabaretowym. Internet aż huczy od niewybrednych żartów z polityków, np.: „Jaki jest ulubiony bohater literacki polskiego posła? Pinokio”.

Ale to coraz częściej śmiech przez łzy. Polska rzeczywistość daleka jest dzisiaj od optymizmu. Kipi z niej powszechne niezadowolenie, które dotyczy trzech na pięciu rodaków. W okresie niedawnej prosperity, przed 2009 r., „narzekaczy” było jedynie około 23 proc. Dzisiaj prawie trzy razy więcej. Trzy piąte Polaków bowiem (58 proc.), jak niedawno ustaliło CBOS, czuje potrzebę publicznego wyrażenia frustracji z powodu źle ocenianych warunków materialnych własnego życia i zaliczyłoby się w związku z tym do grupy „oburzonych”, czuje się dotknięte skutkami kryzysu gospodarczego i, co istotne, zupełnie nieosłonięte przed nimi przez państwo. Podobny, minimalnie wyższy poziom niezadowolenia (59 proc.) dotyczy niesatysfakcjonującego kształtu, jaki przybrało życie polityczne w naszym kraju.

Niskie płace, wysokie ceny

Ankietowanych CBOS szczególnie oburza brak pracy i wysoki poziom bezrobocia. Z czynnikiem tym łączy się krytyczny stosunek do polityki gospodarczej rządu, który nie jest w stanie tworzyć nowych miejsc zatrudnienia. Ten stan rzeczy wywołuje wiele negatywnych konsekwencji społecznych, np. emigrację młodych, która po osłabieniu w latach 2009–2011 ponownie rośnie. Oburzenie wzbudza także niski poziom płac, co w połączeniu z rosnącymi cenami i opłatami sprawia, że wielu Polakom, którzy mają szczęście mieć pracę, i tak trudno przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dodatkowo, nawet jeśli pracę mamy, to często nie jesteśmy zadowoleni z form zatrudnienia – przede wszystkim z umów śmieciowych – i złego traktowania przez pracodawców. Jak ustalili ankieterzy CBOS, polski bunt z powodu braku wzrostu poziomu płac wydaje się jednym z poważnych problemów, z którym będą musiały się mierzyć kolejne rządy. Na liście przyczyn oburzenia wymienianych przez ankietowanych z jednej strony pojawiały się bardzo często „niskie płace”, „za małe pensje”, „niskie zarobki” oraz formułowane ogólnie zarzuty w rodzaju „ludzie nie mają za co żyć”, a z drugiej – „podwyżki cen” czy też w ogóle „wysokie ceny”, „drożyzna”, „inflacja”.

Z badania wynika, że narzekamy również na rosnące w szybkim tempie różnice dochodowe. Co znamienne, pojawia się problem „zubożenia klasy średniej”, tradycyjnie dość dobrze sobie radzącej. Właśnie w ramach tej grupy społecznej pojawia się największa dynamika niezadowolenia. O ile pięć lat temu młodzi, wykształceni i osiągający wysokie dochody nie mieli większych powodów do obaw, czy zawsze będą w stanie utrzymać swoje życie na poziomie, do którego się przyzwyczaili, o tyle dzisiaj lęków tych nie brakuje im na co dzień. Wynikają one głównie ze stałej obawy o zatrudnienie, bo tym o nie trudniej, im bardziej rozbudzone ma się ambicje i oczekiwania finansowe.

Oswoić niepokój

To pierwszy obszar wielkiego społecznego niezadowolenia. Drugi dotyczy sfery publicznej. Wśród często wymienianych powodów frustracji i oburzenia znalazły się te, które wiążą się z niewłaściwym funkcjonowaniem instytucji państwa lub instytucji, za które państwo ponosi odpowiedzialność. Przede wszystkim narzekano na sytuację w służbie zdrowia; mówiono o kolejkach do lekarzy, micie bezpłatnej opieki medycznej. Wskazywano także na złe funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w ogóle, a szczególnie na powolność działania i niesprawiedliwość sądownictwa oraz prokuratury. Liczną grupę wypowiedzi stanowiły głosy krytyczne dotyczące szkolnictwa i zmian wprowadzonych w szkołach – pojawienia się gimnazjów, nowych zasad egzaminów maturalnych czy wprowadzenia obowiązku nauki w szkole od 6. roku życia. Wśród obiektów naszego niezadowolenia niemal z automatu znalazły się także ZUS i instytucje opieki społecznej.

Wydaje się, że wysokie notowania rządu to już przeszłość, bo na rząd też jesteśmy oburzeni. I to skrajnie. Nie podoba nam się jego polityka – i wewnętrzna, i zagraniczna, i społeczna, i ekonomiczna. Mierzi nas nierealizowanie obietnic. Premierowi za złe mamy „zamach” na wiek emerytalny, który zdaniem wielu z nas pogrzebie jego szansę na trzecią kadencję w fotelu szefa rządu. Władza jest w naszej opinii arogancka, traktuje nas instrumentalnie, nie jest zainteresowania prowadzeniem dialogu, a nawet nie słucha, co się do niej mówi. Szczególnie irytują nas przypadki korupcji, kolesiostwa, wysokich premii dla urzędników i wyrzucania w błoto publicznych pieniędzy. Z drugiej strony dostrzegamy, że władza zupełnie nie radzi sobie z problemami dnia codziennego, np. brakiem żłobków i przedszkoli, co jest szczególnie istotne dla dość prężnej, świadomej grupy wyborców, czyli ludzi w wieku 25–35 lat.

Ale nie tylko politycy działają nam na nerwy. Także sąsiedzi, koledzy z pracy i ludzie na ulicy. Oburzenie i złość wywołują w nas negatywne cechy rodaków: pijaństwo, nietolerancja, zazdrość, zawiść, pieniactwo, nieumiejętność zawierania kompromisów, konieczność stawiania na swoim, bezmyślność i bezrefleksyjność.

– Dzisiejsze niezadowolenie Polaków ma korzenie w 1989 roku i jest odwzorowaniem głębokiej, wieloletniej frustracji polityczno-ekonomicznej, która towarzyszy nam od początku transformacji – wyjaśnia dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Raz jest ona silniejsza, raz słabsza, ale obecna jest niemal bez przerwy. Zawsze jest ktoś, kto jest z czegoś niezadowolony. Zawsze w publicznej przestrzeni funkcjonują jednostki skrajnie sfrustrowane i niedocenione.

Zdaniem dr. Kucharczyka dzisiaj to oburzenie siłą rzeczy musi być silne, jeśli nie najsilniejsze od chwili upadku komunizmu, ponieważ po latach 2006–2008, kiedy polska gospodarka przeżywała złoty okres, a rynek pracy był rynkiem zatrudnionego, a nie pracodawcy, bo w ofertach można było przebierać, mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Co wyjątkowo bolesne, zachowujemy przy tym świeżą pamięć o wysokich aspiracjach i niecodziennych celach, jakie sobie niedawno stawialiśmy – dotyczy to szczególnie klasy średniej. Dzisiaj są one w wielu wypadkach nieaktualne.

– Wraca niepokój początków nowego polskiego państwa, niepewność, co jutro, pojutrze, za tydzień. Obcowaliśmy z nią we wczesnych latach 90., musimy ją oswoić ponownie również dzisiaj – dodaje ekspert.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Rozczarowanie stanem państwa oraz malejący potencjał społeczny potwierdza również Diagnoza Społeczna 2013 autorstwa prof. Janusza Czapińskiego, znanego psychologa społecznego. Z niej także czarno na białym wynika, że spada odsetek Polaków, którzy są zadowoleni z sytuacji w polskiej sferze publicznej. Obecnie wynosi on 23 proc., czyli o 3 pkt proc. mniej niż przed dwoma laty. – Jedną z przyczyn jest rosnący wskaźnik bezrobocia (rejestrowanego w urzędzie), który zwiększył się między 2011 r. a 2013 r. z 10,9 proc. do 13,9 proc. Sprzyja to wzrostowi poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości kosztem rządzącej PO. – W 2013 r. 35,5 proc. z nas zadeklarowało, że woli PiS, 33,8 proc. – że Platformę – ocenia prof. Janusz Czapiński.

Profesor zwraca uwagę, że w odbiorze społecznym rośnie znaczenie zdrowia (65,3 proc., wzrost o 1,2 pkt proc.), pracy (32,1 proc., wzrost o 1,4 pkt proc.), pieniędzy (29 proc., wzrost o 0,8 pkt proc.) oraz przyjaciół (10,6 proc., wzrost o 0,2 pkt proc.). Jednocześnie mniejszą rolę Polacy przypisują takim wartościom jak małżeństwo (50,4 proc., spadek o 3 pkt proc.) oraz dzieci (46,1 proc., spadek o 1,5 pkt proc.). Co jednak najbardziej niepokojące, frustracja i niezadowolenie z rzeczywistości rośnie, bo kurczy się kapitał społeczny. Zmniejsza się odsetek tych, którzy ufają innym (12,2 proc., spadek o 1,2 pkt proc.), osób aktywnych społecznie (15,2 proc, spadek o 0,4 pkt proc.) oraz członków organizacji (13,7 proc., spadek o 1,1 pkt proc.).

– Nie wierzymy w sens wspólnej pracy. Każdy sobie rzepkę skrobie. Zapominamy jednak, że system jest silniejszy niż wybitna nawet jednostka. Do niedawna szczególnie klasa średnia uważała, że pieniędzmi można system zmienić albo go obejść. Służba zdrowia nie działa? To nic, idziemy prywatnie. Szkoła przepełniona i na niskim poziomie? I tak zapisujemy dzieci do społecznej. Problem w tym, że całej rzeczywistości, która nas otacza, nie zmienimy mechanizmami finansowymi. Zawsze będzie tak, że na coś nie uzyskamy wpływu. A to w zderzeniu z łatwością załatwiania rzeczy za pieniądze musi wywoływać oburzenie i frustrację – przekonuje dr Kucharczyk.

Zdaniem specjalistów politycy nie mają dzisiaj szans, aby zmienić ten stan rzeczy. Tym bardziej że sami zmieniają się dopiero, gdy czują na gardle wyborczy nóż. Przykład można znaleźć w Warszawie, gdzie ignorancja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz ustąpiła zaangażowaniu w sprawy miasta i jego mieszkańców dopiero w chwili, gdy nad stołecznym ratuszem zawisło ryzyko referendum. Bo jeśli warszawiacy zdecydują w nim, że mandat prezydent miasta i wiceszefowej rządzącej PO należy wygasić z powodu jej nieudolności, będzie to nie tylko spektakularna porażka Gronkiewicz-Waltz, ale w dużym stopniu również premiera Tuska i całej PO, która od chwili powstania w cuglach wygrywa wybory w liberalnej stolicy.

W takiej sytuacji rolą katalizatora oburzenia może być, jak twierdzą eksperci, jedynie poprawa ogólnej sytuacji gospodarczej, wzrost perspektyw na dobrą pracę i zmianę życiowego położenia.

– Cokolwiek by mówić o Marksie, w jednym miał rację. Do dzisiaj byt określa świadomość – przekonuje dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Dla Polaków znaczenie w leczeniu frustracji ma w niewielkim stopniu ogólna sytuacja polityczna, bo tą już dawno przestaliśmy się w ogóle przejmować. Liczy się raczej nasze indywidualne dobro, to, co możemy zyskać albo stracić. Nikt, kto jest realistą, nie uwierzy już, że wymiana elit kierujących Polską od 1989 r. jest możliwa. Kto miałby tej wymiany dokonać? Na pewno nie sami politycy, bo ich konserwuje najlepiej status quo. Społeczeństwo też nie, bo jego najbardziej mobilna część, zdolna być może do dynamicznych ruchów społecznych, wyjechała za granicę, wyjeżdża i będzie wyjeżdżać. Tym bardziej że młodym nie mamy jako kraj zupełnie nic do zaoferowania – dodaje dr Jabłoński

Koniec z dobrymi wujkami

Nie zmienia to jednak faktu, że do Polaków, którzy nad Wisłą zostali, zaczyna też docierać, że wbrew temu, co zapowiadały kolejne rządy, wcale nie żyje im się lepiej, a osławiona koncepcja zielonej wyspy nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Jaka ona jest, każdy widzi. Młodym brakuje perspektyw na start zawodowy, zakup mieszkania czy założenie rodziny. Nie ma pewności co do wysokości przyszłej emerytury, a ludzie starsi martwią się, czy służba zdrowia będzie w stanie udzielić im potrzebnej pomocy.

– Dodatkowo wszyscy jeździmy po dziurawych drogach, po ciągle nielicznych i drogich autostradach lub w starych i brudnych wagonach PKP. Obraz ten potęguje wszechogarniająca niemoc słabych instytucji państwa i wymiaru sprawiedliwości czy też chaotyczna polityka zarządzania procesami społeczno-gospodarczymi oraz brak strategicznego myślenia o przyszłości kraju – diagnozuje Izabela Albrycht, prezes Instytutu Kościuszki. – Przykładem może być chociażby zapaść w polskiej energetyce czy nieumiejętność zorganizowania przestrzeni prawno-inwestycyjnej dla gazu łupkowego, który miał wygenerować zyski na poczet przyszłych emerytur. Rosnący poziom frustracji Polaków z powodów politycznych i gospodarczych, a tym samym oburzenie na klasę i system polityczny nie mogą zatem dziwić.

Tym bardziej że przez wiele lat ludzie traktowani byli przez polityków jak automaty, które mają iść na wybory, bo taki jest ich obowiązek (o swoich obowiązkach politycy jednak nie pamiętają albo je lekceważą), wypełnić kartę do głosowania, oddając ważny głos, i wrzucić ją do urny. Mieliśmy nie zadawać pytań, a tym bardziej nie akcentować swojego niezadowolenia. Wyborcom obiecywano wiele, prosząc jednocześnie o wyrozumiałość, jeśli chodzi o czas, w którym zobowiązania zostaną zrealizowane, bo „przecież Polska to biedny kraj na dorobku i na niewiele nas stać”. Mimo to Polacy udzielali kolejnym rządom dużego kredytu zaufania. Ale dzisiaj na ten kredyt nie ma co liczyć. Czas dobrych wujków się skończył.

Podróże kształcą

Na proces narastającego niezadowolenia wpływa także inne równoległe zjawisko, które specjaliści nazywają samouświadomieniem obywatelskim. Wielu Polaków w ostatnich latach, poszukując pracy, studiując bądź podróżując, odwiedzało kraje wysokorozwinięte, gdzie, inaczej niż w Polsce, przestrzeń społeczna jest zaprojektowana tak, by służyć ludziom, a nie tak, by im przeszkadzać, szukać na nich haków i rzucać im kłody pod nogi. Dzięki tym eskapadom sprawdziliśmy na własnej skórze powiedzenie „podróże kształcą”. Mieliśmy bowiem okazję sami ocenić różnice w poziomie rozwoju i życiowych standardów. A potem wyciągnąć wnioski. Szkoda tylko, że częściej jeździmy po świecie niż nasi politycy. Może oni też czegoś by się nauczyli.

– Oburzenie Polaków nie będzie katalizatorem dobrych zmian i podwyższenia standardów w rządzeniu krajem. Należy się raczej spodziewać tego, że po raz kolejny nie pójdziemy na wybory, aby nie dać się zwieść pustym obietnicom. W wyniku tej obywatelskiej niemocy niewymieniający się od lat na scenie politycznej ci sami aktorzy będą mieli jeszcze mniejszą motywację do generowania lepszych pomysłów na rządzenie państwem – ocenia Izabela Albrycht.

Prawdziwy wybuch oburzenia zapewne jednak dopiero przed nami. Będzie on innego rodzaju niż dotychczas nam znane. – Nie będzie w tej aktywności miejsca dla tradycyjnej polityki i dla partii politycznych. Nie będzie zresztą miejsca dla nikogo, kto już był bądź jest w polityce, nawet jeśli nie jest oceniany fatalnie. Zniknie tradycyjny podział na PO i PiS. Związki zawodowe, wystarczająco skompromitowane w ostatnich 20 latach, przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie. Znajdzie się za to przestrzeń dla ludzi spoza obecnej polityki, dla protestów idących z sieci, bez wyrazistych liderów i jasnych postulatów, trudnych do skanalizowania i rozbicia. Choć oczywiste jest, że system demokratyczny będzie próbował osłabiać takie trendy, ale co do skuteczności tych działań możemy mieć wątpliwości – przewiduje Eryk Mistewicz, konsultant strategii politycznych i marketingu, współautor „Anatomii władzy”. – Ciekawy pod tym względem był wybuch społecznego niezadowolenia w Mołdawii, jak również ostatnie wydarzenia w Turcji. Warte obserwacji są protesty w Hiszpanii, gdzie bezrobocie wśród młodych przekracza według Eurostatu 50 proc. Nowe media pozwalają im na nieskrępowaną wymianę opinii i natychmiastowe zorganizowanie się. To, czego można być dziś pewnym, to fakt, że zmiana nadejdzie z sieci. A więc będzie gwałtowna i trudna do opanowania tradycyjnymi metodami, przez tradycyjną politykę.

Być może nawet tę politykę zmiecie z powierzchni. Raz a dobrze. Dzisiaj na nic innego nie zasługuje. Na liczniku zegarowej bomby społecznego oburzenia zero, czyli wybuch jest coraz bliżej.

Dzisiejsze niezadowolenie Polaków ma korzenie w 1989 r. i jest odwzorowaniem głębokiej, wieloletniej frustracji polityczno-ekonomicznej, która towarzyszy nam od początku transformacji

 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Bank Przyjaźni Aliancko-Hitlerowskiej
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 15 sierpień 2013, 09:13 napisał(a)
 

 Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/bank-przyjazni-aliancko-hitlerowskiej/lbdbb

Ujawnione niedawno dokumenty historyczne zawierają szokujące informacje: zaledwie pół roku przed rozpoczęciem przez Wielką Brytanię wojny z nazistowskimi Niemcami, Bank Anglii dobrowolnie przekazał Hitlerowi warte 5,6 miliona funtów złoto, należące do innego kraju.

Montagu Norman (P) i Hjalmar Schacht (L), komisarz walutowy Niemiec i prezes Banku RzeszyMontagu Norman (P) i Hjalmar Schacht (L), komisarz walutowy Niemiec i prezes Banku RzeszyFoto: Flash Press Media/Getty Images

Z oficjalnej historii Banku, napisanej jeszcze w 1950 roku, ale opublikowanej po raz pierwszy dopiero kilka dni temu w internecie, wynika jasno, że Brytania zdradziła Czechosłowację. Chodzi nie tylko o niesławny układ monachijski z września 1938 roku, który pozwolił nazistom zaanektować Kraj Sudecki, ale głównie o to, co wydarzyło się w Londynie. Montagu Norman, ekscentryczny i bezwzględny prezes Banku Anglii, w przededniu wojny zgodził się oddać złoto należące do Narodowego Banku Czechosłowacji.

Czechosłowackie złoto przechowywane było w Londynie na subkoncie Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS), organizacji z siedzibą w Bazylei, skupiającej różne banki centralne. Kiedy nazistowskie siły wkroczyły w marcu 1939 roku do Pragi, uzbrojeni żołnierze natychmiast pojawili się w biurach Banku Narodowego. Czeskich dyrektorów zmuszono pod groźbą śmierci do złożenia dwóch poleceń transferu. Po pierwsze, ponad 23 tony złota z czechosłowackiego konta BIS w Banku Anglii miały zostać przekazane na konto BIS w Reichsbanku, również prowadzone na londyńskiej Threadneedle Street.

Po drugie, zlecono Bankowi Anglii przeniesienie prawie 27 ton złota z rachunku Narodowego Banku Czechosłowacji na konto BIS w Banku Anglii.

Różnica między tymi typami kont na pierwszy rzut oka może wydawać się nieoczywista. Okazała się ona jednak niezwykle istotna, a Norman dzięki niej mógł dopilnować wykonania pierwszego polecenia. Urzędnicy czechosłowackiego banku uważali, że skoro wnioski złożono pod przymusem, żaden z nich nie zostanie przyjęty. Nie zdawali sobie jednak sprawy, jak bezduszni biurokraci kierują BIS, ani jak wielka będzie determinacja Montagu Normana, by dotrzymać procedur – mimo że jego kraj przygotowywał się już do wojny z nazistowskimi Niemcami.

Decyzja Normana wywołała oburzenie, zarówno w prasie, jak i w parlamencie. George Strauss, deputowany laburzystów, wyraził opinię wielu osób, gdy stwierdził w Izbie Gmin: ”Bank Rozrachunków Międzynarodowych jest instytucją, która usankcjonowała najbardziej skandaliczny akt przemocy naszych czasów – gwałt na Czechosłowacji”. Winston Churchill pytał, jak rząd zamierza przekonywać obywateli do zaciągania się do wojska, skoro ”jest tak nieudolny, że przekazuje warte 6 milionów funtów złoto nazistowskiemu reżimowi”.

Dobre pytanie. Dzięki Normanowi i BIS hitlerowskie Niemcy bez jednego wystrzału wzbogaciły się o 23 tony złota. Drugie polecenie transferu, którego przedmiotem było złoto z zasobów własnych Narodowego Banku Czechosłowacji, nie zostało przyjęte, ponieważ minister finansów sir John Simon nakazał bankom zamrożenie wszelkich czechosłowackich aktywów.

Opublikowane przez Bank Anglii dokumenty są znamienne – zarówno jeżeli chodzi o to, co ujawniają, jak i to, co przemilczają. Ukazują one świat bojaźliwego respektu przed władzą i pierwszeństwa procedur nad moralnością. Świat bankierów, którym najbardziej zależało na utrzymaniu kanałów międzynarodowego transferu środków finansowych, bez względu na koszty ludzkie. Innymi słowy, świat, który wcale nie różni się tak bardzo od tego dzisiejszego.

BIS został założony w 1930 roku, głównie z inicjatywy Montagu Normana oraz jego bliskiego przyjaciela Hjalmara Schachta, byłego prezesa Reichsbanku, zwanego ojcem nazistowskiego cudu gospodarczego. Schacht nazywał wręcz BIS ”moim bankiem”. Bank Rozrachunków Międzynarodowych to osobliwa hybryda – komercyjny bank chroniony traktatem międzynarodowym. Jego majątku nie można nigdy przejąć, nawet podczas wojny. Nie płaci też podatków od zysków. Czesi i Słowacy wierzyli, że prawny immunitet BIS zagwarantuje bezpieczeństwo ich środkom. Mylili się.

Autor historii Banku Anglii przekonuje, że odmowa wykonania transferu byłaby równoznaczna ze złamaniem traktatowych zobowiązań Brytanii wobec BIS. Można jednak wysunąć mocny kontrargument: otóż inwazja nazistów na Czechosłowację unieważniła wszelkie takie zobowiązania, jako że państwo owo przestało istnieć.

Kluczowe zdanie w dokumentach Banku Anglii znajdujemy na stronie 1295. Brzmi ono: ”Postawa kierownictwa Banku Anglii wobec BIS w czasie wojny podyktowana była troską o to, by BIS przetrwał i odegrał ważną rolę w rozwiązaniu powojennych problemów”. W tym momencie tajemnicza historia BIS i jego bliskich stosunków z Bankiem Anglii staje się jeszcze bardziej mroczna.

BIS zapewniał podczas wojny, że zachowuje neutralność, a Bank Anglii wielokrotnie to potwierdzał. W rzeczywistości działalność BIS była nierozerwalnie spleciona z gospodarką III Rzeszy i pomagała w realizacji strategicznych planów nazistów. BIS przeprowadzał zagraniczne transakcje handlowe w imieniu Reichsbanku, przyjmował zrabowane przez Niemców złoto, oraz uznawał marionetkowe reżimy w okupowanych krajach, które wraz z III Rzeszą miały kontrolę nad większością udziałów banku.

BIS był dla nazistów tak pożyteczną instytucją, że Emil Puhl, wiceprezes Reichsbanku i jeden z dyrektorów BIS nazywał go ”jedyną zagraniczną filią” Reichsbanku. Zasięg i powiązania BIS miały dla Niemiec niebagatelne znaczenie. Przez cały okres trwania wojny Reichsbank spłacał odsetki od pożyczonego przez BIS kapitału. Pieniądze te BIS przeznaczał na dywidendy dla udziałowców – w tym Banku Anglii. Oznacza to, że za pośrednictwem BIS Reichsbank finansował brytyjską gospodarkę wojenną. Pięciu dyrektorów BIS, w tym Schacht, było sądzonych po 1945 roku za zbrodnie wojenne. ”Bankierów nie wieszają”, powiedział podobno Schacht. Miał rację – został uniewinniony.

Wśród tysięcy zapisanych na maszynie stronic historii Banku Anglii znaleźć można pewne mało znane nazwisko. Człowiek ten, podobnie jak Montagu Norman, przedkładał dobro międzynarodowych finansów nad narodowe interesy.

Amerykański bankowiec Thomas McKittrick, bo o nim mowa, był jednym z prezesów BIS. Kiedy w grudniu 1941 roku USA przystąpiły do wojny, jego sytuacja ”stała się trudna”, jak czytamy w publikacji. Mimo to McKittrickowi udało się utrzymać pozycję banku, po części dzięki swemu przyjacielowi Allenowi Dullesowi, rezydującemu w Bernie amerykańskiemu szefowi siatki szpiegowskiej. McKittrick, znany pod kryptonimem ”644”, był kluczowym informatorem Dullesa i regularnie przekazywał mu to, co usłyszał od Emila Puhla, który często gościł w Bazylei i spotykał się z szefostwem BIS.

Z odtajnionych dokumentów z archiwów amerykańskiego wywiadu wyłania się jeszcze bardziej niepokojący obraz. W ramach operacji wywiadowczej zwanej ”Planem Harvarda” McKittrick nawiązał kontakt z nazistowskimi przemysłowcami i omawiał z nimi – jak napisano w amerykańskich dokumentach z lutego 1945 roku – plany ”bliskiej współpracy między światem biznesu w krajach alianckich oraz Niemczech”.

Kiedy żołnierze sił sprzymierzonych walczyli w całej Europie, McKittrick negocjował umowę, która miała na celu uratowanie i wzmocnienie niemieckiej gospodarki. Wedle amerykańskich dokumentów odbywało się to ”przy pełnym wsparciu” Departamentu Stanu.

W opublikowanej właśnie historii Banku Anglii znaleźć można także kilka pogardliwych słów pod adresem Harry’ego Dextera White’a, urzędnika Departamentu Skarbu i bliskiego sojusznika Henry’ego Morgenthau, sekretarza skarbu USA. Morgenthau i White byli najpotężniejszymi wrogami BIS, którzy goszcząc w lipcu 1944 roku w Bretton Woods – gdzie alianci dyskutowali nad kształtem powojennego systemu finansowego – mocno lobbowali za zlikwidowaniem tej instytucji. W dokumentach Banku Anglii przytoczona i szyderczo skomentowana została wypowiedź White’a, który następująco podsumował działalność BIS: ”Amerykański prezes robi interesy z Niemcami, podczas gdy nasi chłopcy z nimi walczą”.

Dzięki pomocy wpływowych przyjaciół, w tym Montagu Normana, Allena Dullesa i znacznej części Wall Street, udało się odeprzeć ataki Morgenthau i White’a i ocalić BIS. Obrońcy banku powołali się na ten sam argument, który wymieniono na 1295 stronie historii Banku Anglii: BIS był potrzebny, by zorganizować powojenną gospodarkę europejską.

Od lat 50. aż do 90. XX wieku to BIS w dużej mierze odpowiadał za plan wprowadzenia euro i jego techniczne przygotowanie. Gdyby nie ten bank, wspólna waluta prawdopodobnie nie weszłaby do obiegu. Alexander Lamfalussy, były dyrektor BIS, założył w 1994 roku Europejski Instytut Walutowy, obecnie znany jako Europejski Bank Centralny.

BIS nadal notuje znaczące zyski. Ma zaledwie około 140 klientów (przedstawiciele banku nie chcą zdradzić, ilu dokładnie), a mimo to zarobił w zeszłym roku 900 milionów funtów, od których nie musiał zapłacić podatku. Co dwa miesiące BIS organizuje Global Economy Meetings (Spotkania Globalnej Gospodarki), w których uczestniczy 60 szefów najpotężniejszych światowych banków centralnych, w tym prezes Banku Anglii Mark Carney. BIS nigdy nie ujawnia szczegółów owych obrad, mimo że biorą w nich udział urzędnicy państwowi odpowiedzialni za zarządzanie narodowymi gospodarkami.

Przy BIS działają także Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego, regulujący funkcjonowanie komercyjnych banków, oraz niedawno powstała Rada Stabilności Finansowej, która koordynuje pracę organów nadzoru w poszczególnych krajach. Bank Rozrachunków Międzynarodowych stał się więc głównym filarem globalnego systemu finansowego.

Montagu Norman i Hjalmar Schacht byliby naprawdę dumni.

Autor: Adam LeBor

Źródło: Daily Telegraph

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Watergate, Enron i "Siedmiu Krasnoludów". Jak informatorzy zmieniali historię
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 15 sierpień 2013, 09:01 napisał(a)
 

Źródło: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/watergate-enron-i-siedmiu-krasnoludow-jak-informatorzy-zmieniali-historie,331987.html

Amerykański rząd nie mógł wygrać wojny w Wietnamie, celowo zarażał syfilisem swoich obywateli, a potężne biznesowe lobby uzależniało miliony ludzi od papierosów bez ich wiedzy. Żaden z tych faktów historycznych nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie odważne decyzje jednostek. To zawsze jeden człowiek uruchamiał proces, który kilka razy w historii USA zmieniał jej bieg. Dokonania takich postaci jak Mark Felt (afera Watergate) czy Jeffrey Wigand (pozew przeciwko koncernom tytoniowym) doczekały się też wybitnych filmów i trafiły do masowej wyobraźni.

Daniel Elsberg i wojna w Wietnamie, która "nie mogła zostać wygrana"

Ten analityk wojskowy w 1971 r. wykradł z Pentagonu i opublikował 7 tys. stron dokumentów z których wynikało, że najważniejsi ludzie w USA, w tym trzech prezydentów i czołowi kongresmeni, wiedzieli w momencie podejmowania decyzji o wojnie w Wietnamie, że "nie da się jej wygrać".

Po ujawnieniu dokumentów prezydent Nixon zlecił zdyskredytowanie Elsberga, do czego miało dojść m.in. dzięki podsłuchom, które założono w gabinecie psychiatry informatora. Sprawa wyszła na jaw w toku śledztwa przeciwko Elsbergowi i sąd oddalił wszystkie zarzuty - w tym o szpiegostwo - jakie postawili mu prokuratorzy. Potem Elsberg stał się dość popularnym autorem książek. Przez lata dawał też odczyty.

Peter Buxtun i czarnoskórzy mężczyźni zarażani syfilisem

Eksperyment "Tuskegee" - to jedna z najsmutniejszych, a zarazem najbardziej wstrząsających afer, która została wykryta dopiero po 40 latach. Zaczęło się od eksperymentów lekarzy, którzy na zlecenie rządu USA rozpoczęli w 1932 r. zarażanie czarnoskórych dorosłych Amerykanów syfilisem, twierdząc, że podają im szczepionki na choroby, jakie właśnie przechodzili. Potem eksperymentowali na nich kolejne leki przeciwko chorobie. W wyniku działań podejmowanych przez cztery dekady zmarły w ten sposób tysiące ludzi, a o wiele więcej członków ich rodzin zostało bezpowrotnie skrzywdzonych.

39. rocznica afery, która zniszczyła prezydenta

W 1972 r., po tym, jak sprawę ujawnił światu pracownik służby zdrowia Peter Buxtun, w USA zdecydowano o zaprzestaniu testowania leków w fazie laboratoryjnej na ludziach. Żyjące ofiary eksperymentu dostały wtedy odszkodowania od rządu USA. Ten jednak przeprosił za badania dopiero w 1997 r., za kadencji Billa Clintona.

"Głębokie Gardło" i Watergate

Mark Felt przyznał się dopiero w 2005 r. To on był informatorem Carla Bernsteina i Boba Woodwarda - dziennikarzy "Washington Post", którzy wpadli na trop nielegalnych podsłuchów zakładanych w sztabie wyborczym demokratów przez administrację urzędującego na początku lat 70-tych republikańskiego prezydenta Richarda Nixona.

Ponad dwa lata dziennikarskiego śledztwa, które toczyło się w ogromnej mierze dzięki kolejnym informacjom przekazywanym Bernsteinowi i Woodwardowi przez "Głębokie Gardło", doprowadziły w końcu do śledztwa w Kongresie i rezygnacji z funkcji prezydenta przez Nixona w 1974 roku. W tamtym roku "Washington Post" dostał za te teksty Nagrodę Pullitzera.

 

Sam Mark Felt w 1980 r. został skazany i zwolniony ze służby w administracji za nigdy do końca nieokreślone w oskarżeniu "szpiegostwo", co sugerowało, że amerykańskie służby mogły się dowiedzieć o jego roli w aferze "Watergate". W latach 80-tych Felt został ułaskawiony przez Ronalda Reagana, ale przez kolejne lata nie mógł i tak pełnić funkcji w administracji publicznej. Felt zmarł w 2008 r. w wieku 95 lat.

Irańczyk wezwał Reagana na dywanik

Mehdi Hashemi, wysoko postawiony członek Irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, nienawidził USA. Nie chciał doprowadzić do finalizacji popieranej nawet oficjalnie przez Teheran umowy o dostarczeniu Iranowi broni z USA w zamian za uwolnienie amerykańskich zakładników przetrzymywanych przez Hezbollah w Libanie. Iran dostał w końcu broń, zakładnicy zostali uwolnieni, ale w 1986 r. Hashemi dotarł do sekretów tej operacji i wyjawił je jednej z libańskich gazet. W 1987 r. Ronald Reagan musiał się tłumaczyć dziennikarzom w Waszyngtonie z "układania się" z terrorystami i Iranem.

Jeffrey Wigand, tytoń i scenariusz w Hollywood

Gdy w 1993 r. w jednym z najważniejszych programów publicystycznych lat 90-tych - "60 minut" w stacji CBS - były wicedyrektor ds. badań i rozwoju giganta przemysłu tytoniowego Brown & Williamson opowiedział swoją historię, w USA doszło do największego przełomu w historii dyskusji o paleniu.

Wigand zdradził i udowadniał, powołując się na badania, których wyniki miał kontrolować, jak wielkie koncerny dodają do tytoniu substancje chemiczne stymulujące mózg do pobierania większej ilości nikotyny, co w konsekwencji doprowadza do uzależnienia.

Informator CBS, sam mierząc się z pogróżkami wystosowanymi wielokrotnie wobec niego i jego rodziny, poświęcił życie domowe, decydując się na "wojnę" z przemysłem tytoniowym. Dzięki zeznaniom przed sądem Wigand wcześniej zdyskredytowany przez prawników wielkich korporacji, doprowadził do wypłacenia przez nie największej w historii kwoty odszkodowań dla ofiar palenia - niewyobrażalnych 246 miliardów dolarów.

Historia Wiganda została przedstawiona w brawurowym filmie Michaela Manna, "Informator" (The Insider) w 1999 r. Wiganda zagrał tam Russell Crowe, a producenta "60 minut", który namawia go do walki z koncernami - Al Pacino.

Sherron Watkins i bankructwo Enronu

Wiceprezes giganta branży energetycznej z Teksasu w 2001 r. zauważyła, że spółka prowadzi kreatywną księgowość. Wysłała anonimowy list do przewodniczącego rady dyrektorów koncernu Kennetha Lay'a, ale ten sprawą się nie przejął. List nie do końca jasnymi kanałami przedostał się też jednak do publicznej wiadomości. Wybuchła afera. Akcje Enronu w krótkim czasie tuż po opublikowaniu listu spadły z 90 dol. do zaledwie kilku centów. Kilka miesięcy później Enron musiał ogłosić upadłość, zwalniając ponad 22 tys. ludzi.

Przed Kongresem przeprowadzono postępowanie przeciwko całemu szefostwu i radzie nadzorczej jednej z największych spółek energetycznych na świecie. Kenneth Lay został skazany na ponad 20 lat więzienia, ale kary nie odbył, bo w 2006 r. zmarł na atak serca.

Jeffrey Skilling, prezes Enronu, odsiaduje wyrok 24 lat więzienia. Enron to dziś w USA symbol zamierzonego oszustwa i korupcji.

Joe Darby i Abu Ghraib

Joe Darby chciał kiedyś obejrzeć zdjęcia znajomego amerykańskiego żołnierza służącego w Iraku. Przypadkiem Charles Graner wysłał mu jednak fotografie irackich więźniów torturowanych i poniżanych w więzieniu Aby Ghraib. Darby poinformował o tym dowództwo wojskowe i media. O sprawie napisał m.in. dziennikarz "New Yorkera".

Rozpoczęło się śledztwo, które doprowadziło m.in. do skazania Granera, którego uznano za "zdrajcę" Ameryki. Graner wyszedł z więzienia w 2011 r. po przesiedzeniu 6,5 roku z 10 lat zasądzonych przez trybunał wojskowy. Poddany kompletnemu ostracyzmowi Graner w końcu dołączył wraz z żoną do programu ochrony świadków i żyje pod zmienionym nazwiskiem.

W Abu Ghraib torturowano nie tylko podejrzanych o terroryzm zdrowych mężczyzn, ale też kobiety, dzieci i osoby upośledzone. Stosowano rażenie prądem, oblewanie kwasem fosforowym, skakanie po ranach postrzałowych, wiązanie genitaliów i nóg drutem i ciąganie po podłodze. Wielu więźniów zostało też zgwałconych.

Bradley Manning i depesze Wikileaks

Starszy szeregowy amerykańskiej armii i haker wykradł na przestrzeni kilku miesięcy 250 tys. tajnych dokumentów wojskowych dzięki Sieci Przesyłowej Tajnych Protokołów Dyplomatycznych, do której miał dostęp. Przekazał je demaskatorskiemu portalowi WikiLeaks Juliena Assange'a.

Po wielu miesiącach ukrywania się został złapany i przewieziony do USA. 3 czerwca zaczął się jego proces. Postawiono mu początkowo 22 zarzuty, ale będzie sądzony tylko za 10. Najcięższe, na czele ze zdradą kraju i narażeniem na śmierć obywateli USA, sąd odrzucił.

Osobą, która ukrywa się przez Waszyngtonem jest też Assange, obecnie przebywający w ambasadzie Ekwadoru w Londynie. Wielka Brytania zdecydowała bowiem o ekstradycji Australijczyka do USA

 
Obraz Jurczyk Mariusz
I co teraz, Google?
Jurczyk Mariusz w dniu niedziela, 11 sierpień 2013, 13:33 napisał(a)
 

Źródło: http://gielda.onet.pl/i-co-teraz-google,18489,5569728,1,news-detal

I co teraz, Google?

Przez lata przyzwyczailiśmy się do lekceważenia naszej prywatności w sieci, dzięki czemu Google i spółka zarabiają coraz więcej na gromadzeniu danych. Czy ujawnienie przez Edwarda Snowdena sposobu i skali inwigilacji internetu przez amerykański rząd coś zmieni?

W internecie zostawiamy dużo informacji

- Tworzymy rzeczy wielkie, których nie ma – tak Larry Page zachwalał swój najnowszy wynalazek Google Glass. Atmosfera wokół okularów podgrzewana była od ponad dwóch lat, choć ich debiut przewidziany jest dopiero na przyszły rok. Od ponad roku europejscy regulatorzy ostrzegali przed zagrożeniem związanym z naruszaniem prywatności przez Google Glass, ale firma sprawą wydawała się nie przejmować. I w tym momencie na scenę wchodzi Edward Snowden, analityk, jeden z 854 tys. cywili pracujących dla amerykańskich służb specjalnych, i ujawnia, że Google, zresztą tak jak Apple, Facebook i Microsoft – współpracuje z amerykańskim wywiadem (NSA). Prywatność w sieci staje się numerem 1.

Tego, że możemy być inwigilowani w sieci, że wywiad podsłuchuje polityków, nawet tych z sojuszniczego obozu, że wykrada tajemnice gospodarcze, można było się domyślać, od tego są służby. Ale większość użytkowników internetu korzystających z usług Google i innych globalnych spółek informatycznych nie zdawała sobie sprawy, że one również stanowią część tej układanki.

Firmy od trzech lat miały przekazywać dane użytkowników na żądanie NSA. Nikt nie lubi, kiedy dostęp do jego danych mają osoby trzecie. Gdyby jeszcze chodziło tylko o prywatną pocztę, to większość mogłaby na to machnąć ręką, ale coraz więcej firm przenosi swoje zasoby do chmury zbudowanej przez potentatów z Doliny Krzemowej. Magazynowanie danych na sieciowych serwerach to oprócz Big Data (sortowania i analizowania tych danych) absolutne priorytety działalności firm technologicznych z całego świata i ogromne nadzieje. Na przykład wszystkie zasoby pobierane przez Google Glass też oczywiście miałyby trafiać do chmury. Dlatego wyciągnięcie na światło dzienne niewygodnej prawdy o tym, jak bardzo Dolina Krzemowa powiązana jest z amerykańskim wywiadem, może znacząco utrudnić jej realizację strategicznych celów.

Według "Washington Post", do Doliny Krzemowej trafia dziś blisko 10 proc. z wartego 80 mld dol. rocznie budżetu agencji wywiadowczej. To zbliżenie jest naturalne, obie strony operują tą samą "walutą" – obracają informacją. Zbierają ją, analizują i wykorzystują. Inne mają tylko cele: Google i spółka robią to dla pieniędzy, agencja – by zwiększyć swoją wiedzę. Ich interesy zaczęły się zbiegać w ciągu ostatnich lat, a wszystko przez technologiczny postęp, jaki nastąpił w produkcji pamięci komputerowych. Znacząco zostały obniżone koszty przechowywania danych, obrabianie i wykorzystywanie na masową skalę danych konsumenckich stały się intratnym biznesem. Model działania wielu firm internetowych zaczął się sprowadzać do oferowania użytkownikom wielu usług za darmo, w zamian za pozyskiwanie od nich danych do komercjalizacji. W ten sposób firmy zaczęły dysponować dużymi ilościami informacji i narzędziami do ich analizowania, czyli tym, czym amerykański wywiad interesował się od dawna.

Kiedy Max Kelly, szef bezpieczeństwa w Facebooku, odchodził z serwisu trzy lata temu, nie szukał pracy w Twitterze albo Dropboxie, ale poszedł pracować dla agencji NSA. Człowiek, który odpowiadał za bezpieczeństwo kont miliarda użytkowników Facebooka, był dla agencji cennym nabytkiem. Podobnie było z Mikiem McConnellem, wiceprezesem Booz Allen – firmy, w której akurat pracował bohater przecieku Edward Snowden. Kiedy McConnell w 2007 roku opuścił firmę, w NSA objął stanowisko dyrektora. W 2009 roku wrócił do Booz Allen.

Chcąc zobaczyć, jak oba te światy się przenikają, wystarczy pójść na jedną z dużych konferencji poświęconych bezpieczeństwu w sieci, na których pracownicy agencji spotykają się z przedstawicielami hakerskiej społeczności. I nie przychodzą tylko posłuchać, co mają do powiedzenia młodzi gniewni internetu, ale prowadzą wśród nich rekrutację talentów. Keith Alexander, szef NSA, był na przykład specjalnym gościem zeszłorocznego DEF CON, jednej z największych niezależnych konwencji hakerów na świecie, przyciągającej co roku do Las Vegas ponad 15 tys. osób. W dżinsach i czarnym T-shircie przemówienie do uczestników zaczął od słów: "Ameryka was potrzebuje, żeby bronić swojej cyberprzestrzeni".

Amerykańskiego wywiadu nie tworzy dziś jedna agencja, to przemysł, który na dodatek został silnie sprywatyzowany. Według "Washington Post" zlecenia dla agencji realizuje 2 tys. amerykańskich firm. Jedną z nich jest Booz Allen, ale są to też operatorzy komórkowi, jak Verizon, czy Google i Microsoft.

W zeszłym roku Google wspólnie z Onix Networking zdobył wart 35 mln dol. kontrakt na prowadzenie Departamentowi Spraw Wewnętrznych poczty elektronicznej i systemu współpracy w chmurze. Głównym jego konkurentem był Microsoft, który realizował je wcześniej, kasując za usługę 59 mln dolarów.

Dlaczego Google i spółka tak walczą o te kontrakty? Dzieje się tak z bardzo prostego powodu. Zamówienia rządowe są niezawodnym, stałym i intratnym źródłem przychodów.

Dlatego Microsoft podjął się opracowania wspólnie z New York Police Department systemu Awareness. Początkowo miało to być narzędzie do monitorowania w czasie rzeczywistym sytuacji na Manhattanie na wypadek ataków terrorystycznych albo dużych zagrożeń kryminalnych. Ale jako uniwersalne narzędzie do wykrywania zagrożeń trafiło również do innych miejsc w Ameryce.

Inną formą współpracy Doliny Krzemowej z agencją jest inwestycja w firmę Recorded Future, której udziałami podzieliły się Google i wehikuł inwestycyjny In-Q-Tel. Ten ostatni podmiot to fundusz venture capital, niezależny, ale finansowany przez CIA, w którego stworzenie zaangażowani byli zarówno wojskowi, jak i Gilman Louie, znany twórca gier wideo. Recorded Future to rodzaj "kryształowej kuli" – spółka tworzy oprogramowanie, które przeszukuje serwisy społecznościowe, prywatne strony internetowe i serwisy informacyjne, by na podstawie zebranych danych za pomocą specjalnych algorytmów przewidywać nadchodzące wydarzenia.

Z In-Q-Tel współpracuje też inna gwiazda Doliny Krzemowej – Peter Thiel, założyciel PayPala i jeden z pierwszych inwestorów Facebooka. Razem z funduszem zainwestował w Palantira, firmę zajmującą się wykrywaniem defraudacji finansowych. Bazują między innymi na oprogramowaniu wykorzystywanym przez PayPala. Z kolei jedną z najściślej współpracujących firm z NSA jest Paladin Capital Group, która specjalizuje się w finansowaniu start-upów oferujących technologie dla agencji. Założycielem funduszu jest Kenneth Minihan, długoletni szef NSA za prezydentury Billa Clintona.

Można by powiedzieć, że nie ma w tym nic niezwykłego. Ktoś musi budować te systemy, a biznes robi to efektywniej. Ujawnienie tej współpracy nie ma znaczenia dla firm takich jak Paladin, ale dla Google czy Facebooka, które opierają swój biznes na zaufaniu milionów użytkowników, to poważna rysa na wizerunku. Koncerny informatyczne grają o wielkie pieniądze, jakie przynieść ma sprzedaż biznesowi i klientom indywidualnym usług w chmurze. Z myślą o nowych zleceniach Apple buduje nowe ogromne centra przechowywania danych w Priniville, Amazon w Ashburn, Facebook w Altonie, a Google w Council Bluffs. Prawie 90 procent wartego 9,6 mld dol. budżetu Microsoftu wydanego na badania i rozwój było związane z cloud computingiem. To ma być rewolucja porównywalna z popularnym w latach dziewięćdziesiątych trendem przenoszenia produkcji do tańszych lokalizacji za granicą. Na pozór zyski wydają się oczywiste: dzięki powierzeniu zarządzania informatyczną infrastrukturą można obniżyć koszty, zwiększając funkcjonalność i bezpieczeństwo systemu. Pod warunkiem, że obie strony sobie ufają, a w obecnej sytuacji staje się to kwestią problematyczną.

Kiedyś Eric Schmidt, były szef Google, przestrzegał, że największym zagrożeniem dla internetu jest jego bałkanizacja, czyli rozpad sieci na wiele narodowych, ściśle kontrolowanych wirtualnych królestw. Teraz okazuje się, że sama Dolina Krzemowa może się przyczynić do ziszczenia się tego scenariusza.

Trudno chyba sobie wyobrazić gorszy obraz Ameryki niż ten obecny. Obrońca wolności podsłuchuje europejskich sojuszników i cynicznie wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję, jaką daje mu globalna ekspansja amerykańskich spółek technologicznych oraz to, że większość cyfrowych informacji świata zgromadzona jest na terenie USA. Dlatego Neelie Kroes, komisarz europejski ds. agendy cyfrowej, uważa, że "afera inwigilacyjna" uderzy w usługi chmury oferowane przez Google i Amazona, i jest to szansa dla europejskich spółek, które działają w lepszym otoczeniu prawnym i mogą zagwarantować swoim klientom większe bezpieczeństwo. Wtóruje jej niemiecki minister spraw wewnętrznych, Hans-Peter Friedrich, który mówił, że każdy, kto obawia się, że jego aktywność w internecie może być inwigilowana, powinien korzystać z serwisów, które nie przechodzą przez amerykańskie serwery.

Podsłuchowy skandal uderza w wizerunek wszystkich spółek internetowych, które do tej pory często były wręcz mitologizowane – postrzegano je jako bezinteresownych innowatorów sprawiających, że życie staje się lepsze. I faktycznie, w Dolinie Krzemowej wciąż nie brakuje marzycieli, którzy wierzą, że budując internet, tworzą narzędzie wyzwolenia i wiedzy. Zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że niektórzy przy tej okazji zarabiają nieprzyzwoicie wielkie pieniądze, ale teraz okazało się, że jest znacznie gorzej. Bo żeby spokojnie zarabiać miliardy, trzeba śledzić i inwigilować swoich użytkowników.

Sukces firm z Doliny Krzemowej opierał się nie tylko na funkcjonalności oferowanych rozwiązań, ale też na zaufaniu, które przez lata wypracowali wśród internetowej społeczności. Teraz, gdy zostało to zakwestionowane, będą musiały się zmierzyć z pierwszym w swojej historii kryzysem wartości.

Sieć od dawna dzieliła się na mniejszość, która obawiała się konsekwencji odzierania swoich użytkowników z prywatności przez internetowych potentatów, i większość, która była zachwycona tym, że tak tanio może pozyskiwać w zamian za informacje o sobie darmowe usługi i nowe funkcjonalności w internecie. Okazuje się, że cena, jaką trzeba za to płacić, jest wyższa i teraz konsumenci będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście dalej się im to opłaca.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Raport: bez OFE dług publiczny na koniec 2012 wynosiłby 38,1 proc. PKB
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 13 czerwiec 2013, 20:40 napisał(a)
 

 

Raport przygotowały resorty pracy i finansów.

Z danych Eurostatu wynika, że na koniec 2012 roku dług publiczny wynosił 55,6 proc. PKB.

Zgodnie z danymi Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych pieniądze do OFE wpłaca ponad 16 mln przyszłych emerytów. Ludwik Kotecki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów, informował pod koniec maja, że zmiany w funkcjonowaniu OFE, które będą efektem przeglądu systemu emerytalnego, wejdą w życieod 1 stycznia 2014 roku. Dodał, że obecnie wszystkie warianty zmian są możliwe, a projekty ustaw jesienią trafią do parlamentu.

Raport resortów pracy i finansów wskazuje w raporcie, do którego dotarła PAP, że bez wprowadzenia II filaru kapitałowego do systemu emerytalnego dług publicznych w latach 1999-2012 kształtowałby się nieco poniżej 40 proc. PKB, co mogłoby skutkować wyższym ratingiem Polski, niższymi rentownościami obligacji oraz niższymi kosztami obsługi długu.

"Inwestorzy i agencje ratingowe śledzą poziom zadłużenia publicznego oraz jego relacje do PKB i kierują się tym wskaźnikiem przy zmianie ratingu. Należy oczekiwać, że gdyby relacja długu do PKB w Polsce była poniżej 40 proc. przez cały okres od 1999 roku, to korzystniejsze wtedy oceny agencji ratingowych przełożyłyby się na niższe koszty pożyczek" - napisano we fragmentach raportu, do których dotarła PAP.

"Pewnym porównawczym przykładem może być analiza ratingu, wielkości długu oraz rentowności 10-letnich obligacji Czech" - dodano.

Autorzy raportu przypominają, że rating Czech, początkowo porównywalny z polskim (BBB+ w przypadku agencji Fitch dla obydwu państw oraz o jeden stopień wyższy rating Czech w przypadku pozostałych agencji) został w ostatniej dekadzie podniesiony w większym niż w Polsce stopniu.

"W analizowanym okresie rating Czech został podwyższony 2-krotnie przez agencję S&P (łącznie o 3 poziomy) oraz 3-krotnie przez agencję Fitch (również o 3 poziomy). W przypadku Polski, od 2002 r. agencja Moody’s podwyższyła jednorazowo rating o 2 poziomy (w 2002 roku), a pozostałe agencje o jeden poziom" - głosi raport.

Autorzy rządowego dokumentu zwracają również uwagę, że relacja długu publicznego do PKB w latach 1999-2012 była w Polsce znacząco wyższa niż w Czechach, średnio o 17,1 pkt proc.

"W obydwu państwach relacja ta istotnie w tym okresie wzrosła (o 16,0 pkt proc. w Polsce i o 30,0 pkt proc. w Czechach). Jednak ta część długu publicznego w Polsce, która nie była związana z finansowaniem OFE była w relacji do PKB stosunkowo stabilna i nie przekraczała 40 proc. (z wyjątkiem 2003 roku)" - napisano.

"Gdyby nie OFE, różnica między relacją długu do PKB Polski a Czech stale by się zmniejszała, a od 2011 r. dług publiczny Czech byłby wyższy niż Polski (w 2012 roku aż o 7,7 pkt proc.)" - dodano.

Z raportu przygotowanego przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wynika również, że pośredni efekt wpływu istnienia OFE na rentowności jest trudny do oszacowania i wrażliwy na przyjęte założenia.

"(...) Nawet ostrożne szacunki wskazują wzrost rentowności długu Skarbu Państwa, wynikający z konieczności finansowania zwiększonych potrzeb pożyczkowych z tytułu OFE. (...) Przyjmując konserwatywne założenia dotyczące wpływu mniej korzystnej relacji dług/PKB i gorszego ratingu Polski na koszty obsługi długu publicznego, można szacować, że ten wzrost rentowności wahał się w przedziale od 20 do 38 punktów bazowych, a gdyby nie nastąpił (gdyby nie uruchomiono OFE), wydatki budżetu państwa na obsługę długu w latach 1999-2012 mogłyby być niższe o około 13,3 mld zł, zaś w samym roku 2012 byłyby niższe o ok. 2,1 mld zł (o 5,1 proc. wydatków na obsługę długu)" - głosi dokument.

"Przy założeniu, że różnica między rentownościami obligacji skarbowych w Polsce i w Czechach zależy wyłącznie od relacji długu do PKB, a nie byłoby OFE i wobec tego dług publiczny w Polsce byłby stosownie niższy, to na koniec 2012 r. dług publiczny w Polsce (za sprawą niższych kosztów jego obsługi w kolejnych latach) byłby dodatkowo niższy o ok. 70,8 mld zł (tj. 4,4 proc. PKB) i wynosiłby wobec tego 33,7 proc. PKB (według definicji unijnej)" - dodano.

Rządowy dokument wskazuje też, że należy założyć, iż wyższy dług związany z OFE był jedną z przyczyn dużych różnic w koszcie finansowania potrzeb pożyczkowych państwa polskiego i czeskiego.

"Rentowność 10-letnich obligacji rządowych, będąca jedną z miar kondycji finansów publicznych danego kraju, w sposób znaczący i systematyczny przekraczała w Polsce odpowiednią stopę dla obligacji czeskich (średnio w latach 2001-2012 o 2,0 pkt proc.)" - napisano.

Zgodnie z informacjami przekazywanymi przez przedstawicieli rządu przegląd funkcjonowania systemu emerytalnego ma być opublikowany w przyszłym tygodniu.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Spotkanie grupy Bilderberg
Jurczyk Mariusz w dniu piątek, 7 czerwiec 2013, 22:35 napisał(a)
 
Źródło: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14059846,Tuzy_biznesu_i_polityki_na_spotkaniu_grupy_Bilderberg_.html#BoxSlotII3img
Jeff Bezos, szef Amazona, Eric Schmidt, szef Google, Peter Sutherland z Goldman Sachs i brytyjski kanclerz skarbu George Osborne - to zaledwie czterech z bogatej listy gości spotkania Bilderberg. To podejrzewana przez wielu o sprawowanie władzy nad światem nieformalna grupa, skupiająca najpotężniejszych graczy biznesu i polityki. A założył ją Polak.
Hotel Grove w podlondyńskim Watford otoczony jest szczelnym kordonem służb bezpieczeństwa i setek demonstrantów, protestujących przeciw spotkaniu. Dla nich grupa Bilderberg to sprzysiężenie bogatych i wpływowych, którzy zza kulis nadają ton wydarzeniom na świecie. Spotkanie - kolejne z regularnie odbywających się tego typu nieformalnych szczytów - przyciągnęło uwagę wielu niezależnych i alternatywnych mediów, zajmujących się teoriami spiskowymi.

Wyznawcy teorii spiskowych: "Gińcie w piekle!"

Rej wodził amerykański prezenter radiowy Alex Jones, który nadawał głośno transmisję przed hotelem Grove. "Atakujemy grupę Bilderberg światłem informacji, które spali ich jak hrabiego Draculę. Ujawniamy ukrywających się władców marionetek. Oni naprawdę istnieją" - mówił.

REKLAMA
Kiedy limuzyny z tuzami polityki i biznesu mijały protestujących, ci krzyczeli: "Gińcie w piekle!". 46-letni Simon Taylor z Dewsbury obwinia "bilderbergowców" o działanie na rzecz "bankructwa klasy średniej". W tłumie protestujących wiele osób podzielało jego zdanie.

Znane nazwiska na spotkaniu grupy Bilderberg

Ale w spotkaniu w Watford nie było nic tajnego - przekonuje "Independent", choć zauważa, że relacjonuje je nawet wstrzemięźliwa w temacie Bilderberga BBC. "Independent" podkreśla jednak, że po raz pierwszy ujawniono listę tematów, które będą omawiane na spotkaniu grupy. Wśród nich jest m.in. wojna w cyberprzestrzeni, zmiany na Bliskim Wschodzie i tzw. "big data", czyli analizy dużych zbiorów szybko zmieniających się danych oraz "wszelkie sprawy bieżące".

Wiadomo też, że w spotkaniu weźmie udział 138 osób. Nazwiska przynajmniej części z nich są znane: założyciel i szef Amazona Jeff Bezos, jeden z szefów Google Eric Schmidt, brytyjski kanclerz skarbu George Osborne i jego odpowiednik z gabinetu cieni Ed Balls, były minister ds. biznesu w rządach Tony'ego Blaira i Gordona Browna lord Peter Mandelson, szef Goldman Sachs International Peter Sutherland, były sekretarz stanu USA Henry Kissinger i były amerykański generał David Petraeus.

"Tajną grupę rządzącą światem" założył Polak

Otoczkę tajnej grupy rządzącej światem Bilderberg nosi od samego początku. Grupa powstała w 1954 r. z inicjatywy Polaka - prof. Józefa Retingera, byłego doradcy polskiego premiera, generała Władysława Sikorskiego. Retinger, poważany na salonach Europy dyplomata, znany jako mistrz zakulisowych rozgrywek i szara eminencja polityki, chciał nieformalnie wzmocnić relację Europy i Ameryki. Od miejsca pierwszej konferencji - hotelu Bilderberg w Holandii, grupa wzięła później nazwę. Retinger został sekretarzem grupy Bilderberg - był nim aż do śmierci w 1960 r.

O tym, kto dostanie zaproszenie na spotkanie grupy Bilderberg, decyduje mieszczący się w Holandii komitet sterujący, złożony z dwuosobowych reprezentacji krajów na podstawie wewnętrznych kryteriów. Przez pół wieku na spotkaniach pojawili się przedstawiciele rodzin królewskich, m.in. król Hiszpanii Juan Carlos I i brytyjski książę Karol. Wielu zaproszonych gości to aktualni i byli prezydenci i szefowie rządów, m.in. Bill Clinton czy Tony Blair, oraz przedstawiciele potężnych firm, m.in. Shella, IBM czy Microsoftu. 
Komentarz
To może zamiast "podejrzewać", zajrzyjcie Państwo piętro wyżej - p. Sławomir Sikora - w 2004 r. prezes zarządu Banku Handlowego, a od 2005 r. członek rady nadzorczej spółki Agora też brał udział w takim spotkaniu.
Po drugie, jeśli "pierwszy raz ujawniono" tematy to co to jest to tutaj:
www.bilderbergmeetings.org/conferences-10s.html
Po trzecie, ciekawy zbieg okoliczności, że obecne tematy obrad wypływają jednocześnie z takimi newsami:
theextinctionprotocol.wordpress.com/2013/06/07/nsa-fbi-mining-data-directly-from-major-internet-companies-big-brother-not-only-watching-hes-collecting/
Po czwarte - czekam na publiczne zadanie pytania, co tam robi nasz min. finansów? Z tym się proponuję zmierzyć dziennikarsko, powodzenia.
 
Obraz Jurczyk Mariusz
Dlaczego profesor nigdy nie zje kiełbasy. O mięsie na święta
Jurczyk Mariusz w dniu niedziela, 31 marzec 2013, 21:22 napisał(a)
 

Źródło: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,13650557,Dlaczego_profesor_nigdy_nie_zje_kielbasy__O_miesie.html#MT

Co jemy, kiedy jemy mięso? O tym, jak żyć, nie będąc wegetarianinem, rozmawiamy z prof. Tadeuszem Szmańką, badaczem mięsa z Katedry Technologii Surowców Zwierzęcych i Zarządzania Jakością Uniwersytetu Przyrodniczego

Marzena Żuchowicz: Po tylu latach przyglądania się mięsu w laboratorium jest pan w stanie odróżnić wołowinę od koniny?

Prof. Tadeusz Szmańko: Na oko? Raczej nikt nie byłby w stanie stwierdzić jej obecności w mięsie zmielonym, zwłaszcza przy zaledwie kilkuprocentowym dodatku. Do tego potrzebne są skomplikowane i drogie badania DNA. Sensorycznie pewnie jedynie piasek moglibyśmy stwierdzić. I to wtedy, gdy zazgrzytałby nam między zębami.

Chce pan powiedzieć, że jemy straszniejsze rzeczy niż konina?

- Konina wcale nie jest gorsza od wołowiny. Jest w Polsce tańsza, dlatego zdarzają się oszustwa.

Fakt, że jest tańsza, nie świadczy wcale o niższej jakości tego mięsa. Na cenę wpływa brak popytu. Polacy nie jedzą koniny, bo nie ma u nas tradycji spożywania tego rodzaju mięsa. Ale to nie dlatego, że jesteśmy szczególnie wrażliwi na cierpienie tych zwierząt. Inne zwierzęta znacznie bardziej cierpią, np. kurczęta brojlery. Podczas wyłapywania do uboju chwyta się je rękami po kilka naraz, zwykle za skrzydła. Jeżeli w tuszce kupionego kurczęcia zauważymy złamane skrzydło lub nogę, to powinniśmy mieć świadomość, że ptak mógł przez kilka godzin cierpieć.

A kupowane w sklepach wędliny, na przykład kiełbasy i wędzonki w osłonce - co w nich właściwie jest?

- Bardzo rzadko są wyprodukowane z jednego kawałka mięsa. Kupujemy je, bo są wygodne, pokrojone jeszcze w sklepie na równe plasterki. Ale wystarczy wziąć taki plasterek pod światło. Widzi pani?

Tylko w niektórych miejscach można rozpoznać mięsień. W pozostałych miejscach pęczki włókien mięśniowych, czyli te podłużne białe prążki, są przedzielone jednorodną masą.

To niedobra szynka? Dębowa, 35 zł kilogram.

- Płacimy za to, że dobrze wygląda na pierwszy rzut oka. Dopiero jak się dobrze przyjrzeć, to widać tę niejednolitą strukturę, która świadczy o tym, że producentowi zależało na wysokiej wydajności. Chociaż wysoką cenę bardzo często narzucają sprzedawcy, a nie producent.

Producentowi zależy na tym, żeby z jednego kilograma mięsa wyprodukować jak najwięcej szynki?

- Tak. Czasem ta wydajność wynosi nawet 160 proc. i wtedy niemal w ogóle nie widać jednolitej charakterystycznej struktury mięśnia.

Co tam jest dodawane?

- Przy tak wysokich wydajnościach stosuje się dodatki wiążące: wodę, a także inne białka, również roślinne. Z ich pomocą tworzy się zwartą całość z drobnego mięsa, czyli skrawków pozostałych po wykrawaniu, a także mięsa pochodzącego z mechanicznego odmięśniania kości, skórek wieprzowych i drobnych tłuszczów. Te ostatnie powszechnie stosuje się zwłaszcza w produkcji kiełbas. Do tego dodaje się jeszcze substancje wzmacniające smak mięsny.

Słyszałam, że w zwiększaniu wydajności pomagają polifosforany. Są bardzo szkodliwe?

- Mogą przyczyniać się one do zaburzenia w naszym organizmie równowagi pomiędzy fosforem a wapniem, co podobno może prowadzić do osteoporozy.

W sklepie za szybką da się odróżnić prawdziwy kawał szynki od udawanego?

- Prawdziwa szynka to wędzonka wyprodukowana z mięśni kończyny tylnej świni. Powinna mieć kształt elipsoidy, czyli bryły, której powierzchnia po przekrojeniu będzie przypominała elipsę. Może mieć też kształt zbliżony do walca. A im bardziej wyrównana powierzchnia tego walca - bez poszarpanych brzegów - tym lepiej.

Zresztą najlepiej samemu upiec sobie w domu kawałek schabu. Pod warunkiem, że nie będzie się go trzymać kilka dni w lodówce. Najbezpieczniej zjeść tego samego dnia, ewentualnie nazajutrz. Niepeklowane, jedynie upieczone w piekarniku mięso jest bardzo nietrwałe. Dla porównania: wyprodukowana w naszej katedrze polędwica sopocka, odpowiednio zapakowana i przechowywana (metodę zgłosiliśmy w urzędzie patentowym), zachowała dobrą jakość przez sześć miesięcy. Sam się nią wtedy delektowałem.

Na co jeszcze zwracać uwagę podczas kupowania?

- Na pewno produkt powinien mieć świeżą, niezmienioną barwę i długi okres trwałości. Różową barwę oraz charakterystyczny smak wędliny zawdzięczają dodatkowi azotynów. One spełniają również wiele innych ważnych funkcji, m.in. wykazują działanie bakteriostatyczne i przeciwutleniające. Dlatego mimo że są substancjami bardzo niebezpiecznymi, są stosowane w produkcji wędlin.

Jakie jest ryzyko?

- Ryzyko jest, jeśli jemy nieświeży produkt peklowany. Mogą w nim powstać rakotwórcze N-nitrozoaminy, jedne z najbardziej rakotwórczych substancji. Te niebezpieczne związki mogą się też tworzyć podczas pieczenia i grillowania produktów peklowanych, czyli w temperaturze powyżej 100 st. C.

Więc smażenie kiełbasy czy bekonu na patelni może się dla nas źle skończyć?

- Na patelni mamy 170 st. Ryzyko jest kolosalne. Taką kiełbasę lepiej ogrzewać na parze albo wkładać na chwilę do gorącej wody, wtedy ryzyko jest mniejsze. Jedzenie surowej kiełbasy - tak jak każdego innego surowego mięsa - też zdecydowanie odradzam. Jeśli ktoś na przyjęciu częstuje nas tatarem czy swojską kiełbasą, lepiej udawać wegetarianina. Ja zresztą w ogóle staram się nie jeść kiełbas.

Dlaczego?

- W jej osłonce gromadzi się najwięcej szkodliwych substancji - kumulują się tam podczas wędzenia. Zwłaszcza jeśli to wędzenie jest bardzo tradycyjne, czyli dymem wytwarzanym podczas spalania drewna, a zwłaszcza gdy wędzony produkt znajduje się bezpośrednio nad paleniskiem.

Wędzenie jest jedną z najstarszych metod utrwalania żywności, ale w dymie wędzarniczym są również substancje rakotwórcze, między innymi węglowodory aromatyczne. Ich stężenie na powierzchni osłonki kiełbasy lub wędzonki jest największe. Zresztą ten sam problem występuje w przypadku wędzonych ryb. Na szczęście coraz powszechniej w procesie wędzenia stosowany jest preparat dymu wędzarniczego, który jest rafinatem dymu wędzarniczego w znacznym stopniu pozbawionym tych toksycznych związków.

A kabanosy pan je?

- Podobnie jak kiełbas staram się ich nie jeść. W kiełbasce o średnicy nieco powyżej 1 cm stężenie niebezpiecznych substancji musi być bardzo duże. A w dodatku osłonki ściągnąć nie można.

Ale szynkę wędzonkę ma pan w lodówce?

- Tak. Proszę spojrzeć, jak ją przechowuję. Jest poukładana równiutko, plasterek na plasterku, tak żeby boki były regularne, jak przed pokrojeniem, a nie każdy plasterek w inną stronę. Wtedy na zewnątrz poukładanego stosu jest część uwędzona, wysuszona, bardzo trwała. I jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby na tej powierzchni rozwinął się jakikolwiek biofilm mikroorganizmów.

Czyli taki śliski film?

- Tak. Kiedy proszę ekspedientkę, żeby podczas krojenia równo poukładała mi plasterki, to patrzy na mnie jak na dziwaka.

Pewnie to niejedyna prośba?

- Oczywiście, że nie! Najpierw proszę, by zmieniła jednorazową rękawiczkę, jeśli wcześniej dotykała nią serów. Wtedy pani dostaje drgawek. Zaskakujące, jak w wielu sklepach stoiska z serami i wędlinami są połączone, a ekspedienci nie mają pojęcia o tym, że przenoszą na produkty mięsne mikroorganizmy, które naturalnie występują w serach, jednak przeniesione na wędliny bardzo ograniczają ich trwałość.

Zawsze też trzymam wędlinę w najchłodniejszym miejscu w lodówce - w temperaturze nawet -3 st. C, w bardzo luźno rozpostartym woreczku foliowym. Otwarta część skierowana jest w stronę drzwi lodówki. Nie radzę przechowywać wędzonek np. na talerzu, przykrytych innym talerzem. Wtedy na wewnętrznych ściankach talerzy skrapla się para wodna, co może przyczyniać się do namnażania się mikroorganizmów.

Co ważne, przed zjedzeniem wędliny zawsze odcinam 3-5 mm od brzegu, czyli tę nieszczęsną uwędzoną skórkę, której nie powinno się jeść.

A czy kupując szynkę, sprawdza pan, skąd pochodzi?

- Najchętniej kupuję w dużych sklepach, na przykład na stoiskach patronackich, firmowych w hipermarketach. Tam standardów sanitarnych przestrzega się najbardziej restrykcyjnie. Podobnie jest z zakładami produkcji. Im większy, tym większa szansa na to, że spełnia ściśle określone procedury. Mamy w Polsce renomowane duże zakłady. Stan sanitarny jest tam naprawdę na wysokim poziomie.

Pytała mnie pani wcześniej o koninę. W przypadku tego rodzaju mięsa występuje - podobnie jak w mięsie wieprzowym - ryzyko wystąpienia włośni, dlatego konina w tym kierunku musi być badana, zresztą również mięso nutrii i dzików. W dziczyźnie ze względu na naturalne warunki życia tych zwierząt ryzyko włośnicy jest szczególne duże - włośnica może wystąpić po zjedzeniu przez zwierzę gryzonia, myszy lub szczura.

To może lepiej w ogóle nie jeść mięsa...

- Trzeba jeść mięso. Jest w diecie niezbędne, jest źródłem pełnowartościowego białka, niezbędnego zwłaszcza w diecie dzieci, a także najlepiej przyswajalnego żelaza. Praktycznie nie ma bardziej wartościowego źródła żelaza. Również szpinak ma go może całkiem sporo, ale jest przyswajane przez organizm ludzki tylko w blisko 5 proc., a żelazo z mięsa w 90 proc.

*Prof. Tadeusz Szmańko jest absolwentem Akademii Rolniczej we Wrocławiu, obecnego Uniwersytetu Przyrodniczego. Od ponad 40 lat pracuje w Wydziale Nauk o Żywności tej uczelni. Obecnie w nowym, doskonale wyposażonym gmachu Katedry Technologii Mięsa i Zarządzania Jakością zajmuje się m.in. problematyką poprawy jakości dziczyzny, a także badaniem nowych, bezpiecznych metod utrwalania żywności. Pozostali pracownicy katedry sprawdzają jakość i walory żywieniowe mięsa kurcząt i przetworów drobiowych. Badają też izolowane z mleka i mięsa drobiu bioaktywne peptydy pod kątem ich stosowania w zapobieganiu chorobie Alzheimera.

 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Lewicka: Nie ma powodu, by obniżać prowizje OFE
Jurczyk Mariusz w dniu piątek, 29 marzec 2013, 20:46 napisał(a)
 

Źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,5164665.html

Rozmawiała Dominika Wielowieyska 28.04.2008 , aktualizacja: 28.04.2008 20:44 A A A

Dominika Wielowieyska

System otwartych funduszy emerytalnych jest tańszy w porównaniu z cenami usług finansowych na rynku - zapewnia Ewa Lewicka, szefowa Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych

Dominika Wielowieyska: Dlaczego towarzystwa emerytalne nie konkurują ze sobą i nie obniżają prowizji od składki pobieranej od nowych członków OFE? Wszystkie, z jednym wyjątkiem, żądają bardzo wysokiej prowizji 7 proc.

Ewa Lewicka: Opublikowany w "Gazecie" komentarz, w którym żądała pani obniżenia prowizji, bardzo mnie zbulwersował. Przedstawiła w nim pani fałszywą rzeczywistość.

Na początku reformy niektóre fundusze emerytalne gwarantowały swoim klientom obniżenie prowizji za staż w funduszu. Niestety, Sejm w 2003 r. uchwalił ustawę, która wymusiła na towarzystwach ujednolicenie opłat, ale ci klienci OFE, którzy już nabyli prawa do niższych prowizji, zachowali swój przywilej. Ponadto Allianz pobiera 4 proc. od składki.

W związku z tym, że w przeszłości zastosowano niższe opłaty dla klientów nie opuszczających funduszu, średnia opłata pobierana przez fundusze to nie 7 proc., lecz 5,95 proc. Poza PTE Allianz, które stosuje niższą stawkę dla wszystkich, jest aż sześć towarzystw, które pobierają opłaty obniżone dla klientów z dłuższym stażem w OFE. W tej grupie znajduje się np. PTE CU, w którym średnia opłata to 4,3 proc.

Towarzystwa nie konkurują wysokością opłaty, bo zablokował to ustawodawca. Gdyby pozwolono towarzystwom dowolnie planować obniżanie prowizji zgodnie z zasadą: im dłuższa przynależność do OFE, tym mniejsza prowizja, to ta konkurencja cenowa dawałaby kolejne efekty. I średnie opłaty mogłyby być niższe.

Ile wynosiła średnia opłata w OFE przed wejściem ustawy w życie?

- W grudniu 2003 r. było to 6,15 proc., a więc poniżej 7 proc. wprowadzonych ustawowo. To najlepszy dowód, że mechanizm obniżania opłaty od składki oparty na regułach rynkowych, a nie na dekretacjach, działał i przynosił efekty.

Dzięki tej decyzji Sejmu opłaty generalnie spadły. Ponad połowa funduszy miała wcześniej prowizje wyższe niż 7 proc. I zgodnie z ustawą opłaty będą spadać nadal, ale dopiero po 2010 r.

Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego dziś niemal wszystkie fundusze wciąż pobierają 7 proc. opłaty od kolejnych nowych członków.

- Nie może być konkurencji tam, gdzie ustawodawca narzucił górny limit i sztywne zasady. To była świadoma decyzja Sejmu. Pretensje, że towarzystwa emerytalne nie konkurują, obniżając opłaty, trzeba adresować do posłów. Najważniejsze, że towarzystwa konkurują dobrymi wynikami inwestycyjnymi i z punktu widzenia przyszłych emerytów to te wyniki są najistotniejsze.

Zanim weszły w życie wspomniane przepisy ustawy dotyczące prowizji, to np. Polsat w ogóle nie proponował obniżania prowizji z biegiem czasu. Jednocześnie ten sam fundusz oferował klientom wysokie stopy zwrotu i był stale w czołówce pod względem wyników inwestycyjnych. Dlatego dyskusję o tym, czy należy przyspieszyć obniżanie opłat, uważam za absolutnie chybioną.

Mamy prawo w imieniu przyszłych emerytów żądać, by prowizje były niższe. Co więcej zyski towarzystw będą też rosły dzięki drugiej opłacie za zarządzanie, ponieważ zależy ona od aktywów, a aktywa z biegiem czasu będą rosły.

- Ależ opłaty za zarządzanie maleją wraz ze wzrostem aktywów. Te opłaty dla klientów należących do dużych funduszy są znacznie niższe od opłat pobieranych w mniejszych pod względem aktywów funduszach.

Procentowo maleją, ale w liczbach bezwzględnych przychód towarzystw będzie rósł, bo aktywa rosną lawinowo. Przynależność do OFE jest obowiązkowa.

- Taka dyskusja jest niepoważna, bo nikt nie dyskutuje o wzroście PKB w liczbach bezwzględnych, tylko w procentach. Przychody rosną, bo rosną wynagrodzenia, a od nich składki na emerytury, w tym na OFE.

Nikt nie dostaje emerytury w procentach, tylko w gotówce.

- Mówi pani o przychodach z tytułu opłat, a przychody dla PTE to jeszcze nie zyski, bo trzeba je pomniejszyć o koszty, a te są niemałe. W Polsce opłaty w dużym stopniu mają związek z bardzo wysokimi kosztami związanymi z bezpieczeństwem systemu emerytalnego. Wobec tego PTE ponoszą koszty związane z odpisem na fundusz gwarancyjny, wnoszą opłatę na rzecz ZUS od każdej składki, którą Zakład przekazuje do OFE. Koszty bezpieczeństwa to aż 40 proc. wszystkich kosztów OFE.

Trzeba też pamiętać o tym, że jeśli bessa na giełdzie będzie trwała dłużej, to wówczas przychody towarzystw także będą maleć. Spodziewa się pani, że będą one pracować za darmo?

A czy to emeryci mają płacić za złe wyniki inwestycyjne OFE?

- Obecne, niższe niż poprzednio wyniki inwestycyjne funduszy emerytalnych są konsekwencją bessy na rynku kapitałowym. Dotyka ona w takim samym stopniu fundusze emerytalne, jak porównywalne fundusze inwestycyjne czy inne, również porównywalne instytucje rynku kapitałowego. A za złe wyniki funduszu, które nie są konsekwencją koniunktury, ale ewidentnie złego zarządzania, zapłaci towarzystwo emerytalne w ramach mechanizmu minimalnej wymaganej stopy zwrotu obowiązującego w naszym systemie emerytalnym! Do lipca 2007 r. relacja aktywów zgromadzonych w OFE do przekazanych składek za cały okres działalności OFE utrzymywała się w okolicach 150 proc. To jest obraz zysków, jakie przynosiły klientom OFE.

Giełda ostatnio poszła w dół, zyski członków OFE także, ale same towarzystwa zanotowały 14-proc. wzrost zysków. I nie myślą o obniżaniu opłat. Wiemy też, że trzy największe fundusze już uzyskały zwrot z zainwestowanego kapitału. Sytuacja towarzystw jest naprawdę dobra, tak wysokie prowizje są absolutnie nieuzasadnione.

- Czego pani żąda? Żeby karać największe towarzystwa za to, że cieszą się największym powodzeniem? A poza tym zwracam uwagę, że pozostałe 12 towarzystw tego zwrotu jeszcze nie uzyskało.

Ja tylko uważam, że kondycja towarzystw jest wyśmienita i że jest pole do obniżania opłat. OFE to bezpieczny biznes, macie zagwarantowany dopływ aktywów na długie lata. Dla tych, którzy będą mieli niskie emerytury, te sumy oszczędzone dzięki niższym opłatom, są znaczące.

- Według naszych analiz towarzystwa emerytalne pobierają niższe opłaty od zwykłych funduszy inwestycyjnych stabilnego wzrostu. Na stronach internetowych IGFE jest tabelka ze szczegółowym wyliczeniem, ile płaci klient zwykłego funduszu, a ile klient OFE. Ten system jest więc tańszy w porównaniu z cenami usług finansowych na rynku.

 

Amerykańskie fundusze emerytalne nie pobierają w ogóle prowizji od składki, tylko za zarządzanie. Z kolei zwykłe fundusze obracają pieniędzmi jednego klienta średnio przez dwa lata, a fundusze emerytalne będą tymi pieniędzmi obracać przez kilkadziesiąt lat. Dlatego trudno to porównywać. A same prowizje od wpłacanych pieniędzy do zwykłego funduszu są niższe niż w OFE, bo sięgają jedynie 3-5 proc.

 

- Ale też polskim funduszom emerytalnym nie grożą bankructwa, jakie zdarzają się funduszom amerykańskim. A sumując wszystkie koszty ponoszone przez klienta funduszy, system emerytalny jest tańszy. Mówi pani 3-5 proc., a tymczasem w funduszach emerytalnych całość kosztów, jakie ponieśli ich członkowie na wszystkie opłaty wyniosła w 2007 r. w stosunku do średnich aktywów 1,36 proc. W 2002 r. było to 2,13 proc. Tak więc zarówno jeśli chodzi o wysokość tych kosztów, jak i tempo ich obniżania, fundusze nie mają się czego wstydzić. Dlatego te żądania pod adresem towarzystw emerytalnych są nieuzasadnione.

 

 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Unijne agencje to pozostająca poza jakąkolwiek kontrolą urzędnicza ziemia obiecana
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 28 marzec 2013, 09:05 napisał(a)
 

Źródło: http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/693374,unijne_agencje_to_pozostajaca_poza_jakakolwiek_kontrola_urzednicza_ziemia_obiecana.html

Kraje Wspólnoty muszą oszczędzić na administracji, bo takie zalecenia płyną z Brukseli. Instytucje unijne tymczasem nie zamierzają ograniczać zatrudnienia we własnych, i tak rozbudowanych strukturach.

 

Największym pracodawcą europejskich urzędników jest Komisja Europejska. W 27 dyrekcjach generalnych, czyli unijnych ministerstwach, pracuje 32,6 tys. urzędników. W kluczowych obszarach: konkurencyjności, spraw gospodarczych i rynku wewnętrznego, zatrudnienie w KE wzrosło odpowiednio o 6,78 proc., 27,3 proc. i 13,5 proc., jeśli porówna się pierwszy kryzysowy rok 2008 z obecnym.

 

Największy skok w skali całej Komisji nastąpił w 2009 r. (w stosunku do 2008 r.). Liczba urzędników wzrosła wówczas aż o 41 proc. Idzie to oczywiście w parze z pęcznieniem kosztów unijnej administracji z roku na rok. W 2008 r. wydano na nią 6,4 mld euro. Na bieżący rok w budżecie zaplanowane jest już 8,4 mld euro. Ponad połowa z tej sumy zostanie przeznaczona na pensje. Nie obniżano ich od początku kryzysu.

 

Przy negocjacjach nad nowym budżetem na lata 2013–2020 ogłoszono 5-proc. redukcję w zatrudnieniu, ale w kontekście oszczędności wymuszonych przez unijną machinę w krajach członkowskich obniżki te są symboliczne. Grecja planuje redukcję administracji o 150 tys. etatów, a rząd brytyjski odchudził administrację o 29 tys. pracowników, czyli ok. 6 proc. – Unia do pewnego stopnia stara się kontrolować wydatki, ale według nas jest to nadal stanowczo za mało – mówi DGP Paweł Świdlicki z brytyjskiego think tanku Open Europe.

 

Open Europe krytykuje UE za zbyt konserwatywne działania w kwestii wydłużania czasu pracy, hojnych uposażeń i przywilejów. Pensja pracownika etatowego Komisji zaczyna się od 31 tys. euro rocznie i może dojść do 220 tys. euro. Uzupełniają ją dodatki, m.in. w wysokości 16 proc. podstawowego uposażenia, jeśli praca wymaga przeprowadzki. Przenosiny uprawniają także do jednej pensji gratis. Do tego dochodzą dodatki na dzieci, ich edukację, a także ubezpieczenie zdrowotne.

 

Jednak nawet jeśli Komisja zaciśnie pasa, inne instytucje przejedzą te oszczędności. W Parlamencie Europejskim zatrudnienie w ciągu ostatniej dekady wzrosło o ponad połowę, a budżet zwiększył się w latach 2009–2012 o jedną piątą. Około tysiąca pracowników parlamentu zarabia więcej niż europosłowie. A i oni na poziom uposażeń nie powinni narzekać.

 

Parlament generuje też gigantyczne koszty. Tylko w 2010 r. na tłumaczenia dokumentów przygotowawczych wydano 90 mln euro. A NATO ma 28 członków, ale tylko dwa języki urzędowe. ONZ ze 193 krajami takich języków ma 6. Ze specjalistycznych wyliczeń wynika, że ograniczenie liczby unijnych języków urzędowych do 6 zmniejszyłoby koszty tłumaczeń do 5,4 mln euro rocznie. Rozwiązanie kwestii „strasburskiego cyrku”, czyli wędrówki posłów i dokumentów z Brukseli do Strasburga i z powrotem, mogłoby zaoszczędzić kolejne 200 mln euro. Najbardziej zatrważające jest jednak konsekwentne zwiększanie liczby unijnych agencji. W unijnych instytucjach pracuje ok. 56 tys. osób.

 

Agencje: ziemia obiecana unijnych urzędników

Unijne agencje to pozostająca poza jakąkolwiek kontrolą urzędnicza ziemia obiecana, strefa, gdzie biurokracja swobodnie rośnie. Do 1990 r. istniały zaledwie trzy agencje. Teraz jest ich 52, z czego połowa powstała po 2003 r. W raporcie „The Rise of the EU Quangos” think tank Open Europe (OE) szacuje, że w 2012 r. kosztowały one europejskiego podatnika 2,64 mld euro, aż o jedną trzecią więcej niż w 2010 r. Wtedy też pracowało w nich 9031 osób. Open Europe szacuje, że dzisiaj może ich być ponad 10 tys.

 

Część tego wzrostu jest efektem powołania w 2011 r. Europejskiego Systemu Nadzoru Finansowego, w którego skład wchodzą Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA), Europejski Urząd Nadzoru Ubezpieczeń i Pracowniczych Programów Emerytalnych (EIOPA), Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) oraz Europejska Rada ds. Ryzyka Systemowego (ESRB). Do 2014 r. ich budżet i zatrudnienie mają się podwoić (każda kosztuje ok. 20 mln euro rocznie), ale ten wydatek akurat nie budzi kontrowersji. Wiele z pozostałych agencji – np. Europejskie Centrum Rozwoju Kształcenia Zawodowego – już niekoniecznie.

 

– Każde państwo chce mieć własną agencję, a niektóre traktują to jak okazję do stworzenia nowych miejsc pracy – tłumaczy Paweł Świdlicki z Open Europe. Dlatego niektóre agencje mieszczą się poza wielkimi metropoliami, w czym mistrzem jest Hiszpania (Alicante, Bilbao, Vigo i Torrejon de Ardoz). Sama Komisja przyznała kilka lat temu, że egzotyczne lokalizacje znacząco zwiększają koszty urzędniczych podróży. Polska wywalczyła dla siebie Europejską Agencję Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich Unii Europejskiej, w skrócie – Frontex. Według OE agencje w 2012 r. kosztowały Polskę 75,2 mln euro.

 

Agencje to organy unijne niepodległe żadnej z głównych instytucji, jak Komisja czy parlament. Oprócz zwykłych kompetencji, takich jak rejestracja znaków towarowych, leków czy chemikaliów, istnieją także bardziej egzotyczne, jak Centrum Satelitarne Unii Europejskiej czy Europejskie Wspólne Przedsięwzięcie na rzecz Realizacji Projektu ITER i Rozwoju Energii Termojądrowej. Niektóre agencje, zwane wykonawczymi, powołuje się na czas określony do spełnienia konkretnego zadania, np. wdrożenia systemu szlaków transportowych TEN-T.

 

– Kilka lat temu było porozumienie, żeby nie powoływać już więcej agencji. To, że praktyka nie pokrywa się z deklaracjami, wzbudza poczucie, że kosztują masę pieniędzy – mówi Tobias Bach z Uniwersytetu w Hanowerze, współautor raportu „Best practice in governance of agencies”. Bach argumentuje, że wiele agencji ściśle współpracuje z krajowymi odpowiednikami, koordynując i wymieniając informacje. Zdaniem Open Europe bez szkody można byłoby zlikwidować 10 z nich, m.in. Europejską Agencję Praw Podstawowych, Instytut Równości Płci, Europejską Fundację na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy. Przyniosłoby to oszczędności rzędu 442 mln euro.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
NASZ WYWIAD: Prof. Ancyparowicz: Reforma emerytalna to było wielkie oszustwo. Przez nią wszyscy będziemy nędzarzami
Jurczyk Mariusz w dniu środa, 27 marzec 2013, 21:28 napisał(a)
 

Źródło: http://wpolityce.pl/wydarzenia/50026-nasz-wywiad-prof-ancyparowicz-reforma-emerytalna-to-bylo-wielkie-oszustwo-przez-nia-wszyscy-bedziemy-nedzarzami 

Czego mogą się spodziewać przyszli emeryci? Donald Tusk zapowiedział, że w maju lub czerwcu rząd ogłosi wedle jakich od przyszłego roku będą wypłacane świadczenia. O przyszłości ZUS-u, OFE - rozmawiamy z prof. Grażyną Ancyparowicz: ekonomistką, byłą wiceszefową Głównego Urzędu Statystycznego, wykładowcą SGH:

 

Wpolityce.pl: Premier Donald Tusk wspomniał wczoraj, że z analiz, które otrzymał wynika, iż emerytury z OFE mogą być wypłacane tylko przez 10 lat. Czy to oznacza dla przyszłych emerytów?

Prof. Grażyna Ancyparowicz: Nie słyszałam tej wypowiedzi. Ale cała reforma przeprowadzona w 1999 roku była wielkim oszustwem. Polakom zafundowano piramidy finansowe. Wielkie korporacje mają pełną świadomość, że skoro natknęły się na barierę popytu na produkcję finansową w krajach wysoko rozwiniętych to jedyną szansą przetrwania było, przekonanie rządów z grupy krajów tzw. rynków wschodzących (do których należy Polska) do zlikwidowania funduszy ubezpieczeń społecznych i założenia funduszy emerytalnych.

I jaka mamy sytuację? Przecież już w tej chwili z OFE są wypłacane pieniądze i są to kwoty netto od 20 do 60 zł. Bierze je ok 20 tys. kobiet, a składka, którą zgarniają te fundusze pochodzi od ponad 16 mln ludzi. Więc jeżeli trzeba będzie wypłacać masowo składki dla 5 mln emerytów, to oczywiście żadnych pieniędzy nie będzie. I nie musimy mówić o 10 latach, bo moim zdaniem te fundusze znikną same, o ile wcześniej nie zlikwiduje ich rząd.

Co do reformy emerytalnej - ona spowodowała jedną rzecz, o której Polacy nie wiedzą, albo po prostu nie chcą tego zrozumieć. Powołując OFE wyrąbała wielką dziurę w tym naszym wielkim statku, na którym płyniemy, czyli w finansach publicznych.  I one toną, ponieważ 40 proc. składki cały czas kierowano do OFE, a rząd musiał na to pożyczać pieniądze, które z powrotem dawał OFE. I to tak krążyło. Taki był schemat. W związku z tym mamy bardzo duże zadłużenie. Ja uważam, że jest to ok. 500 mld zł. A OFE, tak czy inaczej, muszą zostać zlikwidowane. Natomiast ludzie, którzy są z nimi powiązani, w tym środowiska, które potrzebują legalizacji swoich dochodów poprzez grę giełdową, są bardzo zainteresowani tym, żeby te fundusze jeszcze przez jakiś czas funkcjonowały. Problem jednak polega zupełnie na czymś innym. W toku kolejnych poprawek tzw. reformy emerytalnej Polakom odbierze się emerytury.

 

To znaczy?

Od 2014 roku wszystkie nowo przyznane emerytury, osobom, które urodziły się po 1953 roku będą liczone w ten sposób, że suma kapitału początkowego (plus składki, które były wpłacane po waloryzacji), będą dzielone przez przewidywana długość życia. I jeżeli tak, to rozpatrzmy taką symulację: jest człowiek, który pracował 40 lat. Cały czas miał pracę i cały czas płacił składki – nie chorował, nie przebywał na urlopach rodzicielskich, bezpłatnych etc., a na dodatek zarabiał nieźle, bo średnio przez te 40 lat odprowadzał składkę w wysokości 600 zł. (A pamiętajmy, że takich ludzi jest w Polsce niewielu.) I taki człowiek może zaoszczędzić sobie rocznie 7 200 zł, czyli będzie miał na swoim koncie w ZUS-ie ok. 300 tys. zł zapisanych jako prawo do świadczenia emerytalnego. I przyjmijmy, że to takiemu człowiekowi musi wystarczyć na 200 mies. To taki człowiek na rękę otrzyma 1200 zł emerytury. Tymczasem wiemy, że utrzymanie najskromniejszego mieszkania w mieście to jest 700 – 800 zł miesięcznie. W związku z tym, ten człowiek może z głodu nie umrze i mieszkanie utrzyma. Ale większość ludzi nie będzie miała takiego stażu, ani odkładania składek przez cały czas. Poza tym nie jest prawdą, że składkę odprowadza się od pełnej kwoty. Przeważnie – sprawdzałam to – jest odprowadzana od 61 proc.  podstawy, czyli wszyscy pracodawcy starają się jak najmniej dawać na ubezpieczenie społeczne.

 

Więc co się stanie za kilkanaście lat, kiedy emerytów nowego systemu zacznie gwałtownie przybywać?

A co to pana Tuska obchodzi? Co gorsza to nie obchodzi samych zainteresowanych. Przecież ludzie mówią dużo o OFE. To oczywiście jest problem, który Polaków ograbia z ich własnych ciężko zarobionych pieniędzy. Podwójnie, bo raz że zagarnia składkę, a po drugie na wykupienie tych wszystkich obligacji idą też nasze podatki. Czasem słyszę jakieś idiotyczne argumenty, że OFE są pożyteczne ze względu na grę giełdową. Ale przecież z gry giełdowej żadne przedsiębiorstwo nie ma w gruncie rzeczy żadnych pożytków. Jeśli chce podnieść kapitał poprzez emisje akcji, to są inne  instytucje finansowe, gdzie może z powodzeniem ten kapitał sprzedać. Giełda to jest miejsce spekulacyjne. Ochrona giełdy ma takie samo uzasadnienie ekonomiczne jak ochrona kasyna gry.

 

Ale, powtórzę pytanie, co się stanie, gdy na emerytury zaczną przechodzić masowo osoby rozliczane według tego nowego systemu?

To się zacznie już od 2014 roku. I z każdym rokiem tych osób będzie przybywało. Co się stanie? Ci którzy mają jakieś rodziny, dzieci które jeszcze nie wyjechały za granicę – może sobie poradzą. Jeżeli będzie dwoje mieszkających razem staruszków – to też może sobie jakieś skromne mieszkanko utrzymają.

A reszta? Trzeba pamiętać, że ta reforma ma jeszcze drugie dno, które polega na tym, że jeśli starsi ludzie będą mieli zbyt mało pieniędzy by utrzymać własne mieszkania, to będą je cedować na banki. Tacy ludzie mieszkają często w bardzo atrakcyjnych lokalizacyjnie punktach. Korporacje to przejmą i będzie można budować szklane wieżowce.

 

Ma pani na myśli odwrócone hipoteki?

Tak. Przecież po to to się robi.  Strategia korporacji nie jest przecież obliczona na jeden rok. To jest strategia długofalowa. Na Zachodzie są już przecież takie miasta, że w centrum aglomeracji nie mieszka nikt. Właśnie dlatego, że tam ludzi już wywłaszczono, choć może nie w tak brutalny sposób jak to się będzie działo w Polsce. Może wtedy pojawi się jakiś nowy pan Owsiak, który zorganizuje zbiórkę na starych ludzi? Trudno wyrokować. To futurologia. Natomiast jest bardzo wiele instytucji, które są opłacane by wprowadzać Polaków w błąd, mówiąc, że możemy mieć wysokie emerytury mając niskie dochody. Przecież to jest kłamstwo i oszustwo.

 

Czyli to, czy pieniądze z OFE będą dzielone przez 10, 12, czy 16 lat nie ma znaczenia?

Nie ma znaczenia.  Najlepiej byłoby je natychmiast zlikwidować, żeby nie powiększać długu publicznego. Trzeba by wytłumaczyć ludziom, że tam nie ma żadnych pieniędzy. Są natomiast dwie rzeczy: długi państwa i organizacji samorządowych w formie obligacji oraz rzekome zyski spekulacyjne z akcji. A w pewnym momencie może się okazać, że fundusze tracą... Do tego można dołożyć wypowiedzi pana Mordasewicza czy innych ekonomistów, którzy twierdzą, że na giełdzie można wygrywać zawsze, czy jest hossa, czy bessa. Wnioski można wyciągnąć samemu...

 

Nie brzmi to wszystko optymistycznie...

Ale nie możemy być ślepymi optymistami. Powinniśmy się jako społeczeństwo zbuntować. Ale trzeba najpierw wytłumaczyć społeczeństwu, że to jest oszustwo. A potem jak najszybciej wycofać się z tej reformy, bo wszyscy będziemy nędzarzami. Wszyscy.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Koniec OFE? - rozmowa z prof. Leokadią Oręziak
Jurczyk Mariusz w dniu niedziela, 24 marzec 2013, 20:23 napisał(a)
 

Koniec OFE? - rozmowa z prof. Leokadią Oręziak

Źródło: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/koniec-ofe-rozmowa-prof-leokadia-oreziak
W Chile po niemal30 latach funkcjonowania funduszy emerytalnych okazało się,że dwie trzecie ich członków nie dostanie żadnej emeryturyProf. Leokadia Oręziak – pracuje w Katedrze Finansów Międzynarodowych SGH, wykłada również na Uczelni Łazarskiego. Specjalistka z dziedziny finansów międzynarodowych, rynku finansowego oraz integracji europejskiej. Jest autorką licznych publikacji na temat Unii Europejskiej, m.in. książek „Rynek finansowy Unii Europejskiej”, „Euro. Nowy pieniądz” i „Finanse Unii Europejskiej”, a także artykułów poświęconych OFE.Rozmawia Paweł DybiczW tym roku z budżetu państwa – od nas wszystkich, choć nierówno, bo najbogatsi w Polsce podatków nie płacą albo płacą niskie – trzeba wpłacić do OFE kolejne miliardy złotych.– W tym roku składka do OFE ma wynieść 12 mld zł, prócz tego koszty obsługi długu spowodowanego przez OFE to, jak szacuję, jakieś 18 mld. Na ten rok przyrośnie więc kolejne 30 mld zł długu z powodu istnienia OFE. Gdybyśmy zlikwidowali tę przyczynę zadłużenia, moglibyśmy dojść do relatywnie dobrej sytuacji. To nie oznacza, że mielibyśmy od razu równowagę, ale moglibyśmy bardzo poprawić nasze położenie. Gdyby nie zredukowano składki z 7,3% do 2,3% w 2011 r., potrzeby pożyczkowe Polski w ubiegłym roku byłyby o ponad 20 mld  zł wyższe. Jednak od roku 2013 do 2017 składka do OFE corocznie będzie rosła, przygniatając społeczeństwo coraz większym ciężarem. Już w tym roku ma to nas kosztować dodatkowe 3 mld zł. Skądś trzeba je wziąć – albo rząd pożyczy, albo zwiększy cięcia budżetowe, albo podniesie podatki.Czy propozycja Ministerstwa Finansów, by 10 lat przed emeryturą pieniądze przyszłego emeryta przeszły z OFE do ZUS, to oznaka końca funduszy emerytalnych?– To bardzo nieśmiała propozycja, próbująca ograniczyć negatywne skutki funkcjonowania OFE. Oczywiście lepiej zrobić taki krok niż żaden. Ta propozycja jest cichym przyznaniem się do tego, że fundusze emerytalne znacznie pogarszają sytuację finansową Polski, a rząd nie ma siły ani odwagi, żeby zrobić to, co konieczne, czyli zlikwidować OFE. Żeby skończyć z tym bezsensownym i krzywdzącym nas systemem.Dlaczego Ministerstwo Finansów decyduje się na taki ruch? Czy OFE za bardzo duszą ministra?– Trudny do zniesienia jest stan, w którym ciągle narasta zadłużenie kraju z powodu utworzenia OFE, czyli przymusowego filaru kapitałowego w systemie emerytalnym. Według szacunków MF, a także moich, dług publiczny, który narósł od 1999 r.z powodu funduszy, wynosi już pewnie 300 mld zł, albo więcej. Wraz z odsetkami. Polska nie miała, i nadal nie ma, nadwyżek budżetowych, by je odkładać na przyszłe emerytury. Ma natomiast od wielu lat deficyty budżetowe i ogromny dług publiczny. Nie mamy zatem z czego finansować OFE. Do tej pory rządowi udawało się zaciągać na ten cel pożyczki. Możliwości zadłużania państwa są jednak coraz bardziej ograniczone. Dalsze utrzymywanie OFE będzie więc oznaczało dla społeczeństwa ogromne poświęcenia w postaci coraz wyższych podatków oraz drastycznych cięć w wydatkach na szpitale, leki, oświatę, infrastrukturę niezbędną do rozwoju kraju.PRZYGNIATAJĄCY CIĘŻARTe 300 mld to największa pozycja w długu Polski, wynoszącym ponad 835 mld zł.– W 1999 r., przed wprowadzeniem OFE, wynosił on 270 mld zł. Jak zatem wspomniałam, połowa przyrostu długu, owe 300 mld, to skutek utworzenia OFE.Czy propozycja MF ma na celu tylko obniżenie długu publicznego? Szacuje się, że wynosi on obecnie 54% PKB, a po proponowanych zmianach w systemie emerytalnym ma spaść poniżej 50%.– Ten powód jest bardzo ważny. Połowa przyrostu długu publicznego Polski od 1999 r. jest skutkiem wprowadzenia OFE. Oznacza to, że ustanowienie przymusowego filaru kapitałowego stało się ogromnym ciosem dla finansów publicznych i ostatecznie może prowadzić do niewypłacalności państwa.Ludzie się zastanawiają, jak to możliwe, bo większość myśli: Przecież z mojego wynagrodzenia pobierają składkę, o jaki dług tu chodzi? A do tego towarzystwa emerytalne mówią: My nie zadłużamy.– Nasze państwo trzeba rozpatrywać jako jedno gospodarstwo, mające jeden budżet. W 1999 r. ustanowiono nowy, ogromny wydatek budżetowy w postaci OFE. Aż 40% składki emerytalnej od miesięcznych wynagrodzeń pracowników skierowano do prywatnych funduszy w celu inwestowania na rynku finansowym. Gdyby nie było OFE, cała składka byłaby przeznaczana na wypłatę bieżących emerytur. W Polsce jest 5 mln emerytów, mamy wobec nich zobowiązania. Po to pobiera się składki, żeby te emerytury wypłacać. Skoro zabrano 40% składek, w ZUS powstała ogromna dziura. Od ponad 14 lat rząd musi więc pożyczać pieniądze, by refundować ZUS ten ubytek składki.Obawiam się, że suche liczby nie trafiają do Polaków.– Posłużę się przykładem pokazującym bezsens OFE. Można sobie wyobrazić młode małżeństwo z dwójką dzieci, które zaciągnęło kredyt na mieszkanie. Do tego pożyczyło w banku na meble i samochód. Miesięcznie ma do spłacenia wysokie raty, musi więc ograniczać konsumpcję, w tym także wydatki na jedzenie dla dzieci. I w tych warunkach finansowych para postanawia, że będzie gromadzić środki na posag dzieci, inwestując na rynku finansowym. Ale ponieważ nie ma nadwyżek, bo bardzo się zadłużyła, zaciąga regularnie nowe kredyty. Za pożyczone pieniądze kupuje akcje i obligacje. Z jednej strony, gromadzi papiery wartościowe, a z drugiej, tworzy się jej nowy dług. Do tej rodziny w niedługim czasie zapuka komornik, bo nie da się bez końca zadłużać. Ostatecznie rodzina znajdzie się na bruku. Zgromadzone papiery nie wystarczą, by spłacić dług, gdyż oprocentowanie kredytu na ogół jest zawsze wyższe niż nawet najlepszej lokaty. Polska jest taką rodziną, która zbiera na przyszłe emerytury, inwestując w OFE pożyczone pieniądze. Skutek tego bezsensownego rozwiązania może być tylko jeden – bankructwo państwa.REZERWA Z DŁUGUAle zwolennicy OFE mówią, że w przyszłości, przy złej sytuacji demograficznej, taka zgromadzona rezerwa, dziś wynosząca 260 mld, będzie wiele znaczyć, jeśli nie okaże się zbawienna.– Ale żeby ją mieć, teraz musimy się zadłużać. Dług spowodowany przez OFE sam się nie spłaci. Obok aktywów zgromadzonych w funduszach wszyscy Polacy, także członkowie OFE, mają zatem ów dług, zresztą o kilkadziesiąt miliardów wyższy niż wartość rynkowa tych aktywów. Dług zaś oznacza wyższe podatki w przyszłości, a teraz rzutuje na wiarygodność kraju i skutkuje wyższym oprocentowaniem całego polskiego zadłużenia. OFE wprowadzono w Polsce pod presją Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, organizacji działających na rzecz międzynarodowych instytucji finansowych, w tym wielkich towarzystw ubezpieczeniowych i banków z krajów wysoko rozwiniętych. Przymusowy filar kapitałowy to dla nich wspaniałe źródło zysku. W latach 90. Polska i inne kraje naszego regionu padły ofiarą ekspansji tych podmiotów. Okazały się zbyt słabe, by się oprzeć wielkiej presji z ich strony. Borykająca się z transformacją gospodarczą i dużym zadłużeniem zagranicznym Polska była na łasce instytucji międzynarodowych. To przecież wtedy zredukowano nasze zadłużenie w Klubach Londyńskim i Paryskim o 50%, ale w zamian przysłano nam komorników, przedstawicieli Banku Światowego. Jeden z nich stanął na czele państwowej instytucji wprowadzającej reformę emerytalną. OFE w Polsce wprowadzono więc w warunkach ograniczonej suwerenności.Część krajów, na które także napierano, np. Słowenia, nie dała sobie narzucić czegoś takiego.– Żaden rozwinięty kraj nie chciał tego wprowadzić. Kraje silne czy mające zdeterminowanych polityków potrafiły odeprzeć atak, a u nas prawie cała klasa polityczna poddała się ogromnej presji i wyrafinowanej machinie propagandowej finansowanej przez amerykańską agencję rządową, Bank Światowy i inne instytucje żywotnie zainteresowane stworzeniem w Polsce wielkiego źródła zysku dla oligarchów finansowych. Gdy popatrzymy na strukturę tych funduszy, na ich beneficjentów, to się okaże, że największe zachodnie podmioty finansowe – Aviva (22%) oraz ING (21%) – mają prawie połowę rynku OFE. Niemal 90% aktywów OFE jest zarządzanych przez powszechne towarzystwa emerytalne (PTE) należące do wielkich koncernów międzynarodowych.Czy owe 300 mld długu to jedyne koszty wprowadzenia OFE? Ktoś policzył, ile zapłaciliśmy za ten eksperyment, ten miraż emerytury pod palmami?– Oprócz zwiększonego długu publicznego skutkiem reformy z 1999 r. jest redukcja emerytur o połowę. Z raportu Komisji Europejskiej z 2012 r. wynika, że w 2060 r. łączna emerytura ma wynieść 22% ostatniego wynagrodzenia. W starym systemie relacja ta wynosiła w 2010 r.47%, a wcześniej była jeszcze wyższa. Tak radykalna obniżka emerytur była konieczna, by można było wprowadzić OFE. W 1999 r. ludziom tego nie mówiono, tylko reklamowano emerytury pod plamą. To był mechanizm ukrywania prawdy.Raczej oszustwo.– Tak to można określić. Trzeba też wspomnieć, że dodatkową ceną, jaką polskie społeczeństwo musi zapłacić za utrzymywanie OFE, jest podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat, by obniżyć wydatki na cele emerytalne. W rezultacie owej zmiany nastąpiła kolejna redukcja poziomu emerytur, gdyż kobiety w okresie pięciu lat, a mężczyźni dwóch lat przed osiągnięciem tego wieku będą otrzymywać tylko połowę i tak już zredukowanej emerytury, czyli ok. 400-500 zł miesięcznie. Rysuje się perspektywa ogromnego ubóstwa rzeszy emerytów. Wiele lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego ludzie zostaną praktycznie bez środków do życia. Przy ogromnym bezrobociu strukturalnym prawdopodobieństwo, że za 20-30 lat będzie praca dla osób po sześćdziesiątce, jest niewielkie. Nawet spośród tych po pięćdziesiątce pracuje obecnie co trzecia osoba, a przecież automatyzacja dalej będzie rugować ludzi z rynku pracy.HOSSA I BESSATowarzystwa emerytalne nie martwią się tym, co będzie za dziesięciolecia, dla nich najważniejszy jest bieżący zysk.– Społeczeństwo powinno mieć świadomość, jak wielkie straty mogą ponieść fundusze. W 2011 r. ZUS przekazał do OFE 15 mld zł, a potem nastąpił spadek aktywów o prawie 12 mld zł, czyli te pieniądze wcale nie zostały pomnożone, tylko niemal w całości je stracono. A w 2008 r. przepadło prawie 30 mld zł. W styczniu i w lutym 2013 r. aktywa OFE spadły o 2,6 mld zł, czyli fundusze straciły wszystko, co w ciągu tych dwóch miesięcy przekazał im ZUS (1,6 mld zł), i miliard z tego, co było poprzednio. Tak reklamowane zyski OFE za 2012 r. już znacznie stopniały i mogą dalej topnieć, bo końca kryzysu na rynkach finansowych nie widać. OFE mogą stracić nawet w krótkim czasie ogromne pieniądze. Np. w maju 2012 r. ich aktywa spadły o 4,8 mld zł, czyli o kwotę bliską rocznym wydatkom państwa na szkolnictwo wyższe. Przedstawiciele PTE głoszą, że fundusze jeszcze się odegrają. Nawet jeżeli tak się stanie, kto zagwarantuje, że za rok czy dwa znowu nie przegrają kilkudziesięciu miliardów? Przestrogą dla Polski powinny być doświadczenia Chile, gdzie przez 30 lat funkcjonowania tego systemu jedną trzecią płaconych składek towarzystwa emerytalne pobrały sobie na koszty administracyjne. Ponadto w wyniku kryzysu finansowego z 2008 r. chilijskie OFE straciły na giełdzie 60% zysków osiągniętych przez 26 lat. Po niemal30 latach funkcjonowania funduszy okazało się, że dwie trzecie członków OFE nie dostanie żadnej emerytury. Konieczne stało się przyznanie im zasiłków, na które składają się chilijscy podatnicy.Historia polskich OFE pokazuje, że ich zyski są o wiele mniejsze niż z lokat bankowych, już nie mówiąc o obligacjach państwowych. Najlepsi mieli zyski na poziomie 16-17%.– Ale to jest bez znaczenia, nie możemy bowiem mówić o zyskach, skoro mamy wielki dług z powodu OFE. Dane o stopach zwrotu, które podają towarzystwa, mieszają ludziom w głowie. OFE informują np., że w zeszłym roku zarobiły dla przyszłych emerytów, ale nie mówią, że część ich zysków z 2012 r. już wyparowała. Wszelkie zyski na rynku finansowym nie mają charakteru trwałego. Wartość aktywów spadła, ale PTE pobranych opłat nie zwrócą.Gra na giełdzie zawsze grozi utratą pieniędzy. Jak szacować emeryturę człowieka idącego na nią w czasie hossy na giełdzie, a jak w czasie bessy? Czy to rozróżnienie nie kłóci się z zasadą sprawiedliwości społecznej zapisaną w konstytucji?– Oczywiście, jeżeli ktoś nie będzie miał szczęścia w tym systemie, a system na szczęściu jest oparty, to przechodząc na emeryturę, kiedy koniunktura jest słaba, gdy akcje spadają np. o 30% czy 50%, będzie miał znacznie mniejszą emeryturę niż człowiek, który przeszedł na nią w czasie hossy. Wtedy my, podatnicy, będziemy musieli wyrównać tym ludziom emeryturę do minimalnej. Towarzystwa grały na giełdzie tymi pieniędzmi, wyciągały z tego korzyści, a na koniec wszyscy będziemy musieli dopłacić do emerytury minimalnej. Te instytucje prywatyzują zyski, a straty my mamy pokrywać. Dlatego niezwykle niesprawiedliwe jest uzależnianie emerytur od mechanizmu giełdowego. Po to powstały na świecie emerytury państwowe, żeby zapewnić człowiekowi minimum środków do życia. Żeby jego przetrwanie nie zależało od giełdowej ruletki.ZAROBKI BEZ KONTROLIWielkie koncerny zagraniczne i właściciele towarzystw emerytalnych czerpią z OFE duże zyski. Pracujący w nich też, więcej – mimo kryzysu ich uposażenia się zwiększyły.– O tych zarobkach mamy tylko szczątkową wiedzę, nie publikuje się bowiem żadnych informacji o wynagrodzeniach.Ale oni obracają pieniędzmi publicznymi, powinni więc chyba podlegać kontroli publicznej?– Ma pan rację, ale zasady działania funduszy emerytalnych tak sprytnie skonstruowano, żeby nie upubliczniać zarobków osób zarządzających OFE. To oczywiście powinno się zmienić. Z przecieków wiadomo, że zarobki w nich są typowe dla sektora finansowego, liczone w dziesiątkach tysięcy lub większe. To niezwykle atrakcyjne posady, nie tylko menedżerów, lecz także wszystkich osób powiązanych z tymi instytucjami. Jeżeli popatrzymy na Chile, zobaczymy, że miejscowa oligarchia latami czerpała zyski z OFE. Nie sądzę, by u nas nie było takich powiązań. Bulwersujące jest to, że ci, którzy są w podmiotach państwowych, przechodzą później do PTE i zajmują eksponowane stanowiska. Przewodniczący instytucji nadzorującej OFE zostaje potem np. członkiem rady nadzorczej jednego z PTE. Taki organ jak Komisja Nadzoru Finansowego powinien bronić interesów państwa i obywateli, a nie angażować się w lobbing na rzecz towarzystw emerytalnych. Przykładem takiego zaangażowania może być silny głos KNF, by właśnie towarzystwa emerytalne wypłacały emerytury, gdy tymczasem Ministerstwo Finansów jest za tym, by robił to ZUS.A może zarobki w OFE uzależnić od ich wyników, zysków?– To niedopuszczalne rozwiązanie, ponieważ na rynku finansowym jest tak, że jeśli się chce osiągnąć wyższy zysk z jakiejś lokaty, trzeba się pogodzić z tym, że będzie ona bardziej ryzykowna. Najmniej ryzykowne dają najmniejszy zysk. Są relatywnie bezpieczne, ale nisko oprocentowane. Jeżeli zatem wynagrodzenia PTE uzależnimy od zysków, wprowadzimy bodziec finansowy do lokowania pieniędzy w bardziej ryzykowne aktywa w pogoni za wyższym zyskiem. Oczywiście przejściowo wartość tych aktywów może wzrosnąć, PTE pobiorą sobie od tego wyższe prowizje, ale potem, gdy wartość rynkowa aktywów spadnie, towarzystwa prowizji już nie oddadzą. To kolejny dowód, że OFE są niereformowalne.Nie brakuje głosów, że skoro OFE tak tracą, trzeba ustanowić tzw. subfundusze i niech na jakieś 10 lat przed przejściem na emeryturę pieniądze będą lokowanew tzw. bezpieczne fundusze.– To dopiero byłoby bezsensowne rozwiązanie. Oznaczałoby lokowanie pieniędzy w obligacje skarbowe, bo bezpieczniejszych nie ma, choć i one w dzisiejszych czasach są mniej bezpieczne niż kiedyś. Popatrzmy na różne kraje, wcale nie tak odległe. Co by było, gdyby OFE kupowały kiedyś obligacje greckie czy portugalskie? Ale nawet gdyby kupowały tylko polskie, co to oznacza? To, że państwo, czyli my wszyscy, zobowiązuje się do wykupu tych obligacji, ze sprzedaży których emeryt będzie miał pieniądze. Czym to się różni od zobowiązania ZUS? Niczym. Tak samo jest to zobowiązanie państwa, tylko znacznie gorsze, bo zwiększa dług już teraz i nalicza się od niego odsetki, podczas gdy zobowiązanie ZUS wobec danej osoby stanie się wymagalne dopiero po przejściu przez nią na emeryturę, czyli za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, i to nie od razu, ale stopniowo.Największy jednak bezsens mechanizmu tzw. bezpiecznych subfunduszy polega na tym, że od wartości zgromadzonych w nich obligacji pośrednik w postaci towarzystwa emerytalnego przez dziesięciolecia pobierałby co miesiąc opłaty. Stąd silny lobbing instytucji finansowych za utrzymaniem OFE, bo przecież od zwykłych zapisów na kontach ZUS nie są w stanie pobierać takich opłat. Łączne opłaty pobrane przez PTE od 1999 r. niedługo sięgną 20 mld zł. A ile wyniosą przez 50 lat?POLETKA DOŚWIADCZALNEChile i Argentyna to dla nas poletka doświadczalne. Jakie lekcje wyciągnęliśmy z funkcjonowania OFE w tych krajach?– Argentyna zlikwidowała OFE jednym cięciem i bezwarunkowo. Była krajem bardzo zadłużonym, a istnienie OFE pogłębiło ten problem. Uzasadniając to cięcie, prezydent Argentyny Cristina Fernández de Kirchner powiedziała, że stworzenie funduszy było wielką grabieżą. W Chile OFE istnieją ze względu na ogromne powiązania chilijskich oligarchów z koncernami zarządzającymi funduszami. Istnieją, mimo że po 30 latach okazało się, że większość ich członków nie uzyska żadnej emerytury.W przeciwieństwie do nas w Europie głośno było o zmianach w węgierskich OFE.– Rozwiązanie węgierskie może być dla nas drogowskazem. W Polsce część ludzi jest przekonana, że OFE są dla nich dobre, że to ich pieniądze, i byłaby bardzo rozczarowana informacją, że zabiera się im fundusze. Ta grupa uruchomiłaby mechanizm, który pewnie doprowadziłby do zaskarżenia decyzji przed instytucjami międzynarodowymi i Trybunałem Konstytucyjnym. Lobbyści OFE dysponują ogromnymi pieniędzmi, żeby wystąpić przeciwko Polsce, musimy więc szukać takiego rozwiązania, które sprawdziło się w praktyce. Węgry wprowadzały zmiany etapami. Pierwszym krokiem było zawieszenie wpłat do OFE, drugi polegał na umożliwieniu ludziom dokonania wyboru. Wszystkie środki OFE przeniesiono do tamtejszego ZUS. W określonym czasie każdy miał obowiązek zadeklarować, czy zostaje w nim, czy chce nadal być w OFE. Decydując się na pozostanie w funduszu, dana osoba musiała się pogodzić z tym, że bierze na siebie koszty i ryzyko związane z uzależnieniem emerytury od gry na rynku finansowym i że nie będzie mieć państwowej gwarancji emerytury minimalnej. Pozostanie w OFE wybrało tylko 2% członków funduszy, reszta (98%) wróciła do węgierskiego ZUS, chcąc tym samym, by państwo gwarantowało im te emerytury.A co się stało z ich aktywami zgromadzonymi w OFE?– Przeszły na własność państwa. Większość aktywów stanowiły węgierskie obligacje skarbowe. Zostały one umorzone. Akcje i inne instrumenty finansowe przekazano do specjalnego państwowego funduszu.Nie wywołało to perturbacji na tamtejszej giełdzie?– Ten argument podnoszą obrońcy OFE, mówiąc, że kiedy państwo przejmie akcje znajdujące się w funduszach, zaraz je sprzeda, bo potrzebuje pieniędzy. Otóż państwo nie musi sprzedać akcji od razu, może je zbywać sukcesywnie, tak jak na Węgrzech – i tam takiego szoku giełdowego nie było.A co otrzymali ci, którzy wrócili do tamtejszego ZUS?– Dopisano im takie składki, by otrzymali pełną emeryturę, tak jakby nigdy do OFE nie należeli. Węgrzy poparli zniesienie przymusu udziału w filarze kapitałowym głównie z powodu dużych strat, jakie fundusze poniosły w czasie kryzysu finansowego. Dzięki tej zmianie można było obniżyć podatki, przeznaczyć większe kwoty na cele społeczne, na wsparcie rodzin i poprawę dzietności.Wpompowanie w międzynarodowe koncerny finansowe miliardów złotych w niczym nie poprawia sytuacji demograficznej Polski. Za te pieniądze (20 mld zł) można by utworzyć wiele miejsc pracy, zbudować wiele przeszkoli. Do zlikwidowania OFE potrzebna jest odwaga i determinacja rządzących, należy też je przeprowadzić w sposób, który zminimalizuje ryzyko podważenia decyzji przez Trybunał Konstytucyjny. Jeśli więc zostawi się ludziom wolność wyboru, czyli to, o co liberałom chodzi, nie będzie podstaw do podważenia.Ma pani jednak świadomość, że polska klasa polityczna myśli inaczej? Od lewa do prawa, od banków po „Solidarność”, która tworzyła jeden z funduszy, uczestniczyła przecież we wprowadzaniu OFE. Poza tym nie sądzę, by politycy zdecydowali się na taki krok, bo wtedy rodzi się pytanie, kto za to odpowie.– O ile mi wiadomo, na Węgrzech nikt nie stanął przed Trybunałem Stanu, uznano bowiem, że dla dobra sprawy i kraju przeszłość trzeba oddzielić wyraźną linią i nie wracać do początków OFE.ZAATAKOWAĆ ZUSNasi liberałowie mówią, że ZUS jest nieefektywny.– Wygłaszanie o ZUS jak najgorszych opinii, dyskredytacja państwa i państwowego systemu emerytalnego to pierwsza rzecz, jaką zrobiono w wielkiej kampanii przed wprowadzeniem OFE. Najpierw ludzi nastraszono, żeby bali się o przyszłość i zaakceptowali rozwiązania korzystne dla międzynarodowych korporacji. To z tych środowisk i od ludzi z nimi powiązanych wychodzą oskarżenia: ZUS to worek bez dna, jest niewypłacalny, nie liczcie na emerytury z niego. My mamy dla was, Polaków, inne rozwiązania. I ta polityka koncernów trwa do dzisiaj. Dlatego warto, by ludzie sobie uświadomili, że ZUS tylko przenosi ten kawałek chleba od osoby, która pracuje, do będącej już na emeryturze. W ZUS innych pieniędzy nie ma i nie będzie. ZUS przekaże emerytom tyle, ile jesteśmy w stanie im dać. Instytucja ta nie jest od jakiegokolwiek pomnażania pieniędzy pochodzących ze składek.Nie brakuje też opinii, że obsługa emerytów w ZUS kosztuje nie mniej niż w OFE.– Jeżeli chodzi o koszty ZUS, jestem pewna, że koszt pracownika ZUS jest o wiele niższy niż zatrudnionego w OFE. Poza tym ZUS pełni bardzo liczne funkcje, obsługuje cały system rentowy, zasiłków. Pamiętajmy, że obsługuje całe OFE. Poprzez niego składki 16 mln osób trafiają do funduszy. Jak wszędzie można i należy poprawiać system pracy w ZUS. Międzynarodowym koncernom potrzebny jest taki przeciwnik, bo pokazuje się, jaki on jest zły, by mówić, jacy my jesteśmy dobrzy, jakie mamy dla was emerytury pod palmami. Tę atmosferę niechęci do ZUS wytwarza się w ludziach młodych, bo oni wtedy myślą: Mamy swoje OFE, tym państwowym molochem nie musimy się przejmować. Podczas gdy ZUS to część państwowego sytemu repartycyjnego, będąca elementem zwykłej ludzkiej solidarności, która istniała przez wieki. Jest istotą człowieczeństwa, że dzieci utrzymują rodziców niemogących już pracować.Czy tak myślą również pani studenci?– Wielu pewnie tak, bo oni padli ofiarą tej wielkiej propagandy na rzecz OFE, która od kilkunastu lat prowadzona jest w mediach. Dopiero gdy przedstawi się im sprawę, zaczną ją analizować, otwierają im się oczy i widzą bezsens tego systemu. Atmosfera robi się wówczas gorąca, bo tracą złudzenia zbudowane na tym, że tam są jakieś pieniądze. Powiem panu więcej: duża część pracowników uczelni do dziś nie ma świadomości, czym są OFE. Ci, którzy bliżej poznali zasady ich działania i wpływu na finanse państwa, dochodzą do tego samego wniosku co ja: OFE trzeba zlikwidować.A czy wśród młodych jest to przekonanie do solidaryzmu społecznego, wyrażanego w systemie emerytalnym?– Myślę, że nie ma, bo oni padli ofiarą wszechobecnej medialnej propagandy. Jeśli taki młody człowiek nie wyniesie zwykłej uczciwości, owej solidarności z domu, to myśli tylko o sobie, mówiąc: Co ja będę utrzymywał jakichś starców, płacił na ich emerytury. Moją kasę oddaję do OFE, a one, inwestując, pomnażają ją. Ci młodzi nie zdają sobie sprawy, że składki, które teraz płacą pracujący, nie idą na jakichś obcych starców, tylko na ich rodziców, a na ich emerytury powinny pracować ich dzieci.Nie trafia do nich, że z powodu OFE będą mieli emerytury w wysokości 22% uposażenia?– Dobrze będzie, jeśli dostaną te 22%, bo może być mniej. Istnieje ryzyko, że wiele osób nie nabędzie praw nawet do tej głodowej emerytury, jeżeli rozszerzać się będzie zjawisko zatrudniania na umowach śmieciowych. Z drugiej strony objęcie tych umów składkami ZUS nie ma sensu. Trzeba najpierw zlikwidować OFE, w przeciwnym razie towarzystwa emerytalne otrzymają od polskiego społeczeństwa nowy wielki strumień pieniędzy do dyspozycji. Będą mogły pobrać znacznie większe opłaty i wytransferują za granicę kolejne miliardy, i to w sytuacji, gdy brakuje pieniędzy na karetki pogotowia i leki nawet dla najciężej chorych. Bez likwidacji OFE obłożenie umów śmieciowych składkami ZUS stanowiłoby dodatkowy haracz do zapłacenia przez obywateli na rzecz międzynarodowych koncernów finansowych.OGRANICZONE DZIEDZICZENIEA może dla młodych liczy się dziedziczenie aktywów zgromadzonych w OFE?– Obietnica dziedziczenia była jedną z głównych przynęt, żeby nie powiedzieć najważniejszą, dla milionów osób, które mogły wybrać, kiedy OFE były wprowadzane, i mogły do nich przystąpić albo nie. Wybrały OFE, bo obiecano, że będzie można dziedziczyć zgromadzone środki. Ta obietnica była nieuczciwa, gdyż w systemie zabezpieczenia emerytalnego dziedziczenie nie powinno mieć miejsca. Obietnica czy możliwość częściowego dziedziczenia jest najważniejszym czynnikiem skłaniającym młodych do popierania OFE, ale nie mają oni pojęcia, że dziedziczenie zostało mocno ograniczone w ustawie. Poza tym nie zdają sobie sprawy, że ta w istocie szczątkowa możliwość jest sposobem na podtrzymanie poparcia społecznego dla OFE, by system mógł trwać, pozwalając instytucjom finansowym ciągnąć z niego korzyści kosztem przyszłego emeryta i całego państwa.Rządzący, chcąc podjąć jakąś decyzję w sprawie OFE, mają niemały kłopot. Bo są świadomi, że w środowisku naukowym panuje taki podział w sprawie OFE, że trudno na coś się zdecydować, wybrać jakąś drogę rozwiązania problemu, uznać jakiś model za właściwy. Są bowiem tacy ekonomiści jak pani, którzy chcą likwidacji OFE, są zwolennicy ich reformy i tacy, którzy nawet dotychczasowe posunięcia uważają za zamach na fundusze.– Mocno popierają OFE ci ekonomiści, którzy w jakiś sposób są powiązani, pośrednio lub bezpośrednio, z sektorem finansowym. Albo byli twórcami tego systemu, czyli są sędziami we własnej sprawie, albo przez lata ciągnęli z niego korzyści. Zwolenników OFE warto zapytać, co gotowi są poświęcić, by utrzymać przymusowy filar kapitałowy. Czy godzą się na to, że ciągle będzie brakowało pieniędzy na szpitale, drogi, oświatę, dożywianie dzieci itp.? A może godzą się na wyższe podatki? Nie ma tak w ekonomii, że możesz mieć jakieś dobro, nic nie płacąc za nie. Ogromny niedostatek wiedzy na temat OFE sprzyja utrzymywaniu się tego systemu. I dlatego tak łatwo wmówić ludziom, że rząd, próbując dokonać choćby kosmetycznych zmian w OFE, robi skok na kasę funduszy, na nasze pieniądze.Żaden rząd nie chce się spotkać z takim zarzutem głoszonym w mediach, bo może przegrać wybory.– Nie jest tajemnicą, że koncerny finansowe są powiązane z mediami. Jedna z największych spółek medialnych jest niemal w połowie własnością funduszy emerytalnych. Czy wydawana przez nią gazeta może napisać prawdę o OFE, czyli o swoich właścicielach? Tylko nieliczne media, do których „Przegląd” należy, są w stanie napisać prawdę o funduszach, bo inne boją się, że stracą reklamy. Telewizja publiczna też nie wypełnia swojej funkcji. I tak brniemy w OFE. I jak długo będziemy to ciągnąć? Dopóki nie nastąpi krach finansów publicznych? Gdyby ludzie wiedzieli, czym są fundusze, zrodziłby się może jakiś ruch społeczny wymuszający na rządzących likwidację OFE.Paweł Dybicz
 
Obraz Jurczyk Mariusz
Wielkie firmy zwalniają. To będzie najgorszy rok od 20 lat
Jurczyk Mariusz w dniu niedziela, 17 luty 2013, 21:43 napisał(a)
 
Rok 2013 może okazać się pechowym dla wielu polskich pracowników. To będzie najgorszy rok dla gospodarki od 20 lat – alarmuje "Gazeta Wyborcza".

Już pod koniec ubiegłego roku pierwsze wielkie firmy zapowiedziały grupowe zwolnienia. I lawina ruszyła. Łącznie pracę może stracić ok. 14 tys. osób.

Komentarze:

 

MAciek:

Poruszył mnie Twój post. Ja jestem rocznik 86,ale też pamiętam podwórka pełne dzieci i klasy, w których trzeba było dostawiać ławki. Jestem pierwszym rocznikiem reformy szkolnictwa (gimnazjum). Jak byłam w I kl. gimnazjum to klasy były od A do .... N uśmiech taka dzielnica duża była, a w każdej klasie min. 25 dzieciaków. było zatrudnionych po kilku n-li z każdego przedmiotu, w bibliotece pracowały 3 bibliotekarki (na cały etat). Piszesz, że Ci się udało, bo masz pracę. Ja też mam, ale jest to śmieciówka, choć znajomi i tak mi zazdroszczą, bo pracuję w zawodzie. Tęsknie za Polską mojego dzieciństwa! 

Slaweckii:

Polska nigdy nie dogoni zachodu z jednego prostego względu w naszym kraju jest przyzwolenie na oszustwo. Uświadomiłem to sobie dopiero będąc na wymianie studenckiej w Kopenhadze . Studnia w tym kraju jaki i cała edukacja ma jedną dużą różnicę w porównaniu do edukacji w Polsce. Bezwzględnie tępi się tam ściąganie. Jak mój kolega wyciągnął ściągę na egzaminie to duńskie dziewczyny siedzące obok podniosły ręce do góry i powiedziały prowadzącemu ,że kolega z Polski oszukuje. Te dziewczyny dostały brawa od swoich kolegów gdy wychodziły z sali a mój kumpel po egzaminie wyleciał ze studiów i musiał wrócić do Polski .To pokazuje różnicę w mentalności między Polakami a Duńczykami. Na zachodzie ściąganie to oszustwo przede wszystkim wobec kolegów .Dla nich to po prostu droga na skróty a u nas oszustwo nazywa się cwaniactwem a niekiedy nawet zaradnością życiową. Później taki oszust kończy edukację i idzie do pracy w urzędzie i wypija hektolitry kawy bo nie jest nauczony ciężkiej pracy, zostaje robotnikiem albo inżynierem i buduje drogi ,które po roku trzeba modernizować bo wykombinował sobie że do modernizacji będzie też potrzeba firma budowlana, albo zostaje politykiem i obieca swoim rodakom drugą Irlandię, 15% podatek liniowy, program "tanie państwo" a po sześciu latach rządów nie potrafi się przyznać do tego że oszukał swoich wyborców. My Polacy szczycimy się naszym cwaniactwem , tym że umiemy "dobrze kombinować " uważamy siebie za lepszych od mieszkańców innych krajów a prawda jest taka, że jesteśmy narodem ,w którym złe cechy takie jak lenistwo i oszustwo uważa się za coś dobrego a osoby ,które są pracowite, chcą do czegoś dojść ciężką pracą,a nawet takie które posprzątają głupią kupę po swoim psie traktuje się jak idiotów. Prawda jest taka "jaki naród taki kraj" więc zamiast patrzeć na innych i obwiniać cały świat może trzeba spojrzeć w lustro albo chociaż na swój dyplom i zastanowić się ile w tym dyplomie jest ciężkiej pracy(nauki) a ile kombinowania("ściągania"). 

sebrix:

Ponad 60% uczniów z mojej klasy jestem rocznik 1975 wyjechała też za granicę... Ja skończyłem studia w polsce ale nie pracuję w zawodzie bo płacą żenująco niskie wnagrodzenie... Miałem kiedyś zamiłowanie do majsterkowania i napraw, i zrobiłem sobie dodatkowo kurs dla hydraulików. W szkole średniej miałem niemiecki i nawet nieźle mi szło. Od paru lat mieszkam w Szwajcarii mam niedużą firmę instalacyjną (wentylacje, klimatyzacje, ogrzewanie, sanitarka) i 4 pracowników w tym 1 z Polski. Mam dom dwa auta (ja audi a4rocznik 2010, żona golfa v) i dodatkowo domek letniskowy w Alpach. Zwiedziłem już trochę świata i nie mam zamiaru wracac tego klepania biedy w Polsce jak większośc moich znajomych... którzy jedynie na co mogą sobie pozwolic to zakupy w biedronce... A i tak większośc z nich boi się, że stracą pracę... Problem w Polsce jest taki, że zwykły człowiek nie ma szans i nie szanuje się ludzi i ich pracy itd. moi rodzice po kilkudziesięcioletniej harówie dla tego kraju nie mają nic... gdyby nie moja pomoc finansowa to nie poskładali by końca z końcem. Boli mnie to, że Polacy choc to pracowici i kreatywnie ludzie, a polska to piękny kraj i dają się okradac grupie cwanieków. I nie rozumię tego dlaczego wybieraja tych samych złodzieji na kolejne kadencję... Ludu polan powstań z kolan 

Paweł:

Zastanów się co jest tańsze: zapłacić lekarzowi czy zapłacić urzędnikowi by zapłacił lekarzowi. Zapłacić nauczycielowi czy zapłacić urzędnikowi by ten zapłacił nauczycielowi. Ty wybierasz sposób pośredni a więc DROŻSZY i jeszcze twierdzisz ze na tańszy cię (biednych) nie stać? Jak bardzo musisz zbiednieć (o ile muszą wzrosnąć podatki, wiek emerytalny) byś w końcu by ZMUSZONY zacząć myśleć? No cóż, mamy demokrację. 99% wyborców ma podobne zdanie do twojego. Dl;a tego dług przekroczył 22 tys na kredyt. Po prostu chcesz żreć na kredyt, bo cię nie stać. Tylko pamiętaj, żarcie na kredyt kończy się wizytą komornika. Jaki kraj zostawisz dzieciom i wnukom? Bi jesteś za leniwy by brać odpowiedzialnosć za swój los. Niech się urzędnik martwi,. W końcu to opiekuńcze państwo. zwiń

ka:

Czy wiecie że 2320 zł. odsetek zapłaci co roku 4 osobowa rodzina tylko od samych długów jakie narobił Tusk przez 5 lat swoich rządów? 6 lutego, Tusk miał wielki sukces o którym media nawet nie wspomniały. Otóż przez 5 lat i 3 miesiące Donald Tusk podwoił zadłużenie naszego kraju i zegar długu wybił magiczną cyfrę 1 bilion 56 miliardów. Tym co nie rozumieją co to znaczy wytłumacżę że od czasów Gierka po dzień objecia władzy przez PO (około 37 lat) zadłużenie (włącznie z długami jakie pozostawił Gierek) urosło do 528 miliardów złotych. Na następne 528 miliardów Donald Tusk potrzebował tylko 5 lat i 3 miesiące. Paradoksalnie, sukces ten osiągnął by już rok wcześniej gdyby nie 120 miliardów wpływów ze sprzedaży przedsiębiorstw (prywatyzacji) które powstały w większości... za Gierka i wygenerowały cżęść sumy wcześniejszego zadłużenia. Trzeba fenomena aby takie długi wygenerować w czasie gdy do Polski płyną dziesiątki miliardów euro funduszy unijnych na lata 2007 - 2013. W czasie gdy rząd "oszczędza" zamykając tysiące szkół, przedszkoli, szpitali, ośrodków zdrowia, komisariatów policji, dworców, połączeń kolejowych, klubów, bibliotek, domów kultury, kin, teatrów, nierentownych zakładów... Dzieje się to w czasie gdy rząd pozyskuje dodatkowe dziesiątki miliardów z wyższych podatków, nowych podatków, wyższego VAT i akcyzy za paliwa, wyższych kar, mandatów, wszelkiego rodzaju opłat... Mało kto sobie zdaje sprawę że same odsetki tylko od tej części długu który zrobił nam rząd Tuska wynosżą 580 złotych na osobę, czyli 4 osobowa rodzina zapłaci rocznie 2320 złotych samych odsetek. Czy o tyle wzrosły w tym samym czasie pensje osób ktore pracuja na utrzymanie tej 4 osobowej rodziny a wychodzi to o prawie 200 zł. miesięcznie? Zaznaczam że są to tylko same odsetki od długów ktore zrobił sam Tusk przez 5 lat swoich nieudacznych "rządów". 

~xyz do ~mza: ja też jestem rocznik 76 i wbrew temu co piszesz mogę dodać: Owszem ludzie stali w kolejkach po papier, ba - stałeś pół nocy po lodówkę, a wychodziłeś z telewizorem bo lodówki się skończyły. Ale nie pamiętam biedy. Moi rodzice byli zwyczajnymi szarymi ludźmi, ale nie pamiętam bym nie miał co żreć. Nie pamiętam by była panika przed utratą dochodów. Piszesz o szarości - a ja pamiętam, że ludzie jeździli (oczywiście kto chciał) na wycieczki i wczasy - również ci najbiedniejsi nie mieli problemu z wysłaniem dziecka na obóz. Ja z rodzicami conajmniej kilka razy w roku jechałem na krótkie 3 dniowe wypady za miasto i ze 2 razy w roku na 2 tygodniowe wczasy na mazurach. spotkania rodzinne, to były wielkie imprezy na które niewiele osób dziś może sobie pozwolić - a przecież była bieda... Jako dziecko nie wiedziałem co to kloszard, bezdomny, nie widziałem eksmisji (poza jednym wyjątkiem - eksmisja rodziny alkoholików) dziś nie trzeba być alkoholikiem, menelem, złodziejem by wszystko stracić...

Paweł:

Korwin postuluje przede wszystkim ograniczenie biurokracji, która oprócz widocznych kosztów (wydatki na płace dla urzędników) generuje masę kosztów ukrytych (jak np. koszty hamowania gospodarki przez idiotyczne pomysły urzędników, takie jak koncesje, pozwolenia, zaświadczenia itp). Zauważ, że za komuny tez były drogi, szkoły, przedszkola i służba zdrowia (i odnoszę wrażenie, że poziom tych szkół był wyższy niż teraz, a ze szpitala nikogo z kwitkiem nie odsyłano) - i państwo dawało radę tym wszystkim zarządzać mając około 120 tysięcy urzędników wyposażonych w kalkulatory i zarękawki. Teraz urzędników mamy prawie 800 tysięcy, wyposażonych w komputery, jakich za komuny nie miały nawet ośrodki obliczeniowe w krajach wysokorozwiniętych, z czego 95% ma komputer. I ciągle przybywa. Sęk w tym, że kolejne rządy nie są zainteresowane likwidacją tych miejsc pracy, bo to jest wierny elektorat aktualnie rządzącej partii. W efekcie w wyborach najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy nie wytwarzają żadnego dochodu narodowego. Stąd u władzy wciąż jedna i ta sama klika już od ponad 20 lat. zwiń

Krzysiu emigrant:

Ja wlasnie wyjechalem z Polski latem 1990 bo juz dusilem sie zyciem w kraju pelnym cwaniactwa, chytrych oczek tych "zaradnych zyciowo",,rodzacej sie wlasnie mafii,,,mimo iz sam posmakowalem "przyjemnosci" tego przywileju i egzystencji w grupie tych "cwanszych",,,teraz od lat zyje,mieszkam,pracuje w Kanadzie bez potrzeby kretactwa,place podatki w zamian za co a ten kraj traktuje mnie godnie,,,nawet zapewniajac spokojna starosc (bezplatne szpitale, lekarze, do konca zycia leki z doplata ze swiadczen pracowniczych).

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Coś na temat kolei - Do władz spółek Grupy PKP wchodzą bliscy współpracownicy Leszka Balcerowicza
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 21:02 napisał(a)
 

Więcej o kolei - rady nadzorcze, zarobki zarządu, itp  czytaj -> Infokolej

Rządy w Grupie PKP przejmują najbliżsi współpracownicy Leszka Balcerowicza, autora polskiej transformacji ekonomicznej po 1989 r., w latach 1989-1991 i 1997-2000 wicepremiera i ministra finansów, a od 2001 do 2007 r. prezesa Narodowego Banku Polskiego. 

Aniołki Balcerowicza 

Z Leszkiem Balcerowiczem od kilkunastu lat blisko współpracuje Jakub Karnowski, z początkiem kwietnia powołany na fotel prezesa PKP S.A. Gdy Balcerowicz w latach 1997-2000 był wicepremierem oraz ministrem finansów w rządzie Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności, Karnowski pełnił funkcję szefa jego gabinetu politycznego (objął to stanowisko jako 23-latek). 

Gdy Balcerowicz został natomiast szefem NBP, Karnowski został tam zatrudniony najpierw jako doradca, a następnie jako dyrektor departamentu zagranicznego. Ponadto Jakub Karnowski jest pracownikiem kierowanej przez Leszka Balcerowicza katedry międzynarodowych studiów porównawczych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. 

Podobnym życiorysem może pochwalić się Piotr Ciżkowicz, który do władz PKP S.A. – na stanowisko członka zarządu – trafił razem z Karnowskim. Ciżkowicz w czasach prezesury Balcerowicza w NBP był kierownikiem wydziału międzynarodowych studiów porównawczych (wydział podlegał dyrektorowi departamentu zagranicznego NBP, czyli Jakubowi Karnowskiemu). Ciżkowicz również pracuje w kierowanej przez Balcerowicza katedrze na SGH. Przed przejściem do zarządu PKP S.A. Jakub Karnowski był prezesem Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych PKO, a Piotr Ciżkowicz głównym ekonomistą firmy doradczej Ernst & Young. 

Kolejnym aniołkiem Balcerowicza w Grupie PKP jest Remigiusz Paszkiewicz, któremu pod koniec kwietnia powierzono pełnienie obowiązków prezesa zarządu spółki PKP Polskie Linie Kolejowe. Paszkiewicz wraz z Leszkiem Balcerowiczem pracował w Ministerstwie Finansów oraz w Narodowym Banku Polskim. Ostatnie pięć lat Paszkiewicz spędził piastując kierownicze stanowiska w spółkach grupy Orlen: kierował między innymi inowrocławskimi kopalniami soli Solino i zakładami chemicznymi Anwil we Włocławku. 

Codzienny użytkownik kolei 

Niespełna tydzień po powołaniu nowego zarządu PKP S.A. – na czele którego stanął Jakub Karnowski – zależny od Grupy PKP portal internetowy „Kurier Kolejowy” zamieścił komentarz-laurkę na temat nowego szefa Grupy PKP: „Doświadczenie Jakuba Karnowskiego zdobyte w sektorze finansowym będzie jego cennym atutem, bo do naprawy finansów PKP potrzeba dobrego, konsekwentnego menedżera, jakim bez wątpienia jest Jakub Karnowski. (...) Jako codzienny użytkownik kolei szczerze trzymam kciuki, aby mu się udało”. Autorem powyższej opinii jest Wiktor Wojciechowski, przedstawiony przez redakcję portalu „Kurier Kolejowy” wyłącznie jako główny ekonomista Invest-Bank S.A.. 

Tymczasem Wiktor Wojciechowski trzyma kciuki nie tylko jako „codzienny użytkownik kolei”, ale również jako... kolega nowego prezesa PKP S.A. Wojciechowski to bowiem kolejny aniołek Balcerowicza – tak jak Karnowski związany jest z katedrą międzynarodowych studiów porównawczych SGH (Leszek Balcerowicz był promotorem pracy doktorskiej Wiktora Wojciechowskiego). Podobnie jak Karnowski, Ciżkowski oraz Paszkiewicz, również i Wojciechowski pracował w Narodowym Banku Polskim w czasie prezesury Balcerowicza. 

Wiktor Wojciechowski jest ponadto związany z fundacją Forum Obywatelskiego Rozwoju, której Leszek Balcerowicz jest założycielem, wyłącznym fundatorem oraz przewodniczącym rady. 

FOR i TOR 

Z Forum Obywatelskiego Rozwoju – jako członek rady fundacji – związany był również Tadeusz Syryjczyk, obecnie senior-ekspert w Zespole Doradców Gospodarczych TOR. 

Tymczasem to właśnie ze środowiska zespołu TOR w ostatnim czasie wypływały sygnały umacniające pozycję Jakuba Karnowskiego. Piotr Faryna, prokurent w ZDG TOR, stwierdził w wypowiedzi dla portalu internetowego „Rynek Kolejowy”, że w fotelu prezesa PKP S.A. „potrzebny jest finansista, a nie kolejarz, i profil pana Karnowskiego spełnia te wymagania. Znajomość kolei nie jest mu do niczego potrzebna”. Natomiast Adrian Furgalski, dyrektor w ZDG TOR, w mediach chwalił powołanie Karnowskiego na szefa PKP, argumentując, iż „nowy prezes PKP jest Balcerowiczem kolei i twardym człowiekiem” (radio Tok FM), a „aby uzdrowić polską kolej trzeba dopuścić świeżą krew ekonomistów, finansistów” (Polskie Radio). 

Senior-eksperta zespołu TOR Tadeusza Syryjczyka z Leszkiem Balcerowiczem łączy to, że razem działali w Unii Demokratycznej, następnie przekształconej w Unię Wolności. Z ramienia tej partii w koalicji AWS-UW rządzącej w latach 1997-2000 byli ministrami (Balcerowicz – finansów, a Syryjczyk – transportu i gospodarki morskiej). W Ministerstwie Transportu i Gospodarki Morskiej za kadencji Syryjczyka szefową gabinetu politycznego była Maria Wasiak – pełniła tę funkcję w latach 1998-2000 (w tym czasie pracownikiem tego gabinetu był Adrian Furgalski, dziś ekspert i komentator, a wówczas młody działacz Unii Wolności). 

Spotkanie po latach 

Dziś Maria Wasiak jest członkiem zarządu PKP S.A. kierowanego przez Jakuba Karnowskiego. Wasiak wysokie funkcje na kolei zajmuje od 2000 r. (od momentu gdy wraz z Tadeuszem Syryjczykiem odeszła z ministerstwa po wystąpieniu Unii Wolności z koalicji AWS-UW). Maria Wasiak przez ostatnich 12 lat była między innymi prezesem spółki PKP Przewozy Regionalne oraz dyrektorem biura prywatyzacji PKP S.A. Od 2004 r. nieprzerwanie zasiada w zarządzie PKP S.A. 

Mimo deklaracji ministra transportu Sławomira Nowaka, że zależy mu na „nowej jakości w zarządzaniu” w Grupie PKP, Maria Wasiak przetrwała ostatnie zmiany w zarządzie PKP S.A. Nowak wyjaśnił, iż chodzi o syntezę doświadczenia i nowej jakości. 

Dla Marii Wasiak i Jakuba Karnowskiego znalezienie się w jednym zarządzie PKP S.A. to spotkanie po latach. Przed 12 laty byli oni bowiem szefami gabinetów czołowych polityków Unii Wolności zasiadających w radzie ministrów koalicji AWS-UW. Dodajmy, że to właśnie w tym rządzie powstawała uchwalona we wrześniu 2000 r. ustawa o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP, która, wprowadzając podział kolei na spółki, rozkręciła błędne koło nieustannych przekształceń na kolei. 

Autor: Karol Trammer 
Źródło: Z Biegiem Szyn

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Chipy wszczepiane do mózgu - może nie takie wspaniałe?
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 21:01 napisał(a)
 
Oni naprawdę chcą wszczepić czipy do twojego mózgu.

Michael Snyder, 
endoftheamericandream.com 
USA 
2012-08-08 Nauka i technologia <>Czy jesteś gotowy na czip wszczepiony do twojego mózgu? To może, w tym momencie nie brzmieć zbpyt atrakcyjne, ale właśnie to wielkie firmy farmaceutyczne i duże firmy technologiczne zaplanowały dla nas w przyszłości. Obecnie inwestowane są miliony dolarów na badania "najnowszych technologii implantowanych mikroczipów", które pozwolą do znaczne “polepszenie" naszego zdrowia i naszego życia. Oczywiście, kiedy te urządzenia będą po raz pierwszy wprowadzone na rynek, nikt nie zmusi cię do wszczepienia czipa do mózgu. Początkowo, implanty mózgowe będą sprzedawane jako "przełomowe odkrycie", które pozwoli na leczenie przewlekłych chorób i które umożliwia osobom niepełnosprawnym prowadzenie normalnego życia. Kiedy "korzyści" z takich technologii będą przedstawione ogółowi społeczeństwa, wkrótce większość ludzi będzie chciała je pozyskać. Wystarczy wyobrazić sobie szum medialny, który otoczy te implanty, kiedy ludzie dowiedzą się, że można pozbyć się nadwagi w ciągu kilku dni lub, że można pobrać cały kurs z uczelni do swojej pamięci w ciągu kilku godzin. Możliwości tego typu technologii są nieograniczone, a jest jedynie kwestią czasu zanim chipy wszczepiane do mózgu staną się dość powszechne. To co kiedyś było science fiction szybko staje się rzeczywistością, która zmieni świat na zawsze.

Ale czy nie istnieją żadne, bardzo poważne minusy posiadania mikroukładów wszczepionych do mózgu? Oczywiście, że takowe istnieją. Niestety, wprowadzenie tej technologii nie jest tak odległe jak ci się wydaje, a większość ludzi nawet nie zastanawia się jakie mogą być negatywne konsekwencje jej używania. 

Zgodnie z ostatnim artykułem Financial Times, firma farmaceutyczna przyszłości będzie zawierać"bioelektronikę", która "leczy chorobę poprzez wysyłanie elektrycznych impulsów do mózgu i innych miejsc". Choroby takie jak cukrzyca i padaczką oraz problemy takie jak otyłość i depresja będą traktowane "za pośrednictwem elektronicznych implantów w mózgu zamiast tabletek lub zastrzyków." Implanty te wysyłają sygnały elektryczne do komórek i narządów, które są "nieprawidłowe". Ludzie będą całkowicie "wyleczeni" bez konieczności połykania pigułki lub poddawania się operacji. Brzmi zbyt dobrze, aby mogło być prawdziwe, nieprawdaż? Cóż, Financial Times twierdzi, że brytyjski gigant farmaceutyczny GlaxoSmithKline ciężko pracuje aby rozwijać tego typu technologie. Moncef Slaoui, szef działu badań i rozwoju w GlaxoSmithKline, mówi, że"wyzwaniem jest integracja pracy - w interfejsach mózg-komputer, materiałoznawstwie, nanotechnologii, mikro-energetyce - w celu zapewnienia korzyści terapeutycznych."

Jeśli implant wszczepiony do mózgu będzie w stanie wyleczyć chorobę, na którą cierpisz całe życie, czy go weźmiesz? Wiele osób będzie musiało odpowiedzieć sobie na tego rodzaju pytania w najbliższych latach.

Ten rodzaj technologii jest obecnie bardzo szybko rozwijany. W rzeczywistości, niektórzy badacze już odnieśli sukces lecząc niektóre choroby poprzez wszczepianie mikroukładów do mózgów szczurów. Oto co można przeczytać w niedawnym artykule Mashable “Osoby po udarze mózgu i chore na Parkinsona mogą skorzystać z kontrowersyjnego eksperymentu, w którym szczurom laboratoryjnym wszczepiono mikroukłady. Naukowcy twierdzą, że testy przyniosły pozytywne rezultaty w badaniach nad uszkodzeniami mózgu. Szczury wykazały funkcje motoryczne w dawniej uszkodzonychszarych komórkach po tym jak mikrochip został wszczepiony pod czaszkę szczura i elektrody zostały przeniesione do mózgu szczura. Bez mikroprocesora, szczury z uszkodzonym mózgiem nie posiadały funkcji motorycznych. Udar mózgu i Parkinson może spowodować trwałe uszkodzenia układu nerwowego w mózgu, więc te badania naukowe niosą nadzieję."

Ponadto, rząd USA pracuje nad wszczepianymi czipami, które będą w stanie monitorować stan zdrowia żołnierzy, zwiększając ich możliwości na polu bitwy. Tak więc technologia ta z pewnością będzie wprowadzana.

Wydaje się, że to musi być bardzo skomplikowana operacja, aby wszczepić czip do mózgu, nieprawdaż?

Właściwie jest to dość proste. Według artykułu The Wall Street Journal, typowa procedura jest bardzo szybka i często wymaga jedynie spędzenia nocy w szpitalu ”Neuro- implanty, nazywane również implantami mózgowymi, są urządzeniami medycznymi, które mają być umieszczone pod czaszką, na powierzchni mózgu. Będące często tak małe, jak aspiryna, implanty wykorzystują cienkie, metalowe elektrody "nasłuchujące" aktywność mózgu, a w niektórych przypadkach stymulujące aktywność mózgu. Dostosowany do pracy pomiędzy neuronami, neuro-implant może w istocie "słuchać" aktywności mózgu, a następnie "rozmawiać" bezpośrednio z mózgiem. Jeśli ta perspektywa sprawia, że czujesz się nieswojo, możesz być zaskoczony tym, że instalacja neuro-implantu jest stosunkowo prosta i szybka. Po znieczuleniu, wykonuje się nacięcie w skórze głowy, wykonuje się otwór w czaszce, a urządzenie jest umieszczone na powierzchni mózgu. Komunikacja diagnostyczna z urządzeniem może odbywać się bezprzewodowo. Jeżeli nie są to warunki ambulatoryjne, pacjenci zwykle muszą spędzić jedynie jedną noc w szpitalu.”

Ale czy to naprawdę jest bezpieczne aby mieć wszczepione do głowy urządzenie, które potrafi"rozmawiać" bezpośrednio z mózgiem? Wiele dużych korporacji liczy na to, że w świecie, który jest zawsze głodny nowych technologii, większości ludziom nie będą przeszkadzały takie rzeczy.

Na przykład Intel pracuje nad czujnikami, które będą wszczepiane do mózgu, które będą pozwalały na bezpośrednie sterowanie komputerami i telefonami komórkowymi. Oto fragment artykułu Computer World UK: “Do roku 2020, nie będziesz potrzebował klawiatury i myszy aby kontrolować komputer, mówią badacze Intela. Zamiast tego, użytkownicy będą otwierać dokumenty i surfować po internecie używając jedynie własnych fal mózgowych. Naukowcy z laboratorium badawczego Intela w Pittsburghu pracują nad znalezieniem sposobów czytania i wykorzystania ludzkich fal mózgowych do obsługi komputerów, telewizorów i telefonów komórkowych. Fale mózgowe mogłyby być wykorzystane poprzez zaawansowane czujniki Intela wszczepiane do mózgu ludzi. Naukowcy twierdzą, że plan nie jest częścią filmu science-fiction, Wielki Brat nie będzie osadzał chipów w mózgu wbrew twojej woli. Naukowcy oczekują, że konsumenci będą pożądali wolności, którą pozyskają za pomocą implantu.”

Po raz kolejny, nie jest to coś do czego będziesz przymuszany wbrew swojej woli. Te wielkie korporacje liczą na to, że wiele osób będzie chciało dostać te implanty. Nawet teraz niektórzy producenci gier wideo rozwijają zestawy słuchawkowe, które pozwalają użytkownikom na granie w gry za pomocą fal mózgowych zamiast joysticka lub panelu sterowania. Inne firmy chcą umożliwić bezpośrednie podłączenie mózgu do Internetu.



Jak pisałem wcześniej, IBM agresywnie pracuje nad rozwojem tego rodzaju technologii. Oto cytat z niedawnej notki prasowej IBM “Naukowcy IBM są wśród tych, którzy badają jak podłączyć twój mózg do urządzeń takich jak komputer lub smartfon. Jeśli tylko pomyślisz że chcesz do kogoś zadzwonić, to się wydarzy. Będziesz mógł sterować kursorem na ekranie komputera tylko poprzez myślenie o tym, gdzie chcesz go przenieść. Naukowcy z dziedziny bioinformatyki opracowali zestawy słuchawkowe z zaawansowanymi czujnikami czytającymi elektryczną aktywność mózgu, które pozwalają na rozpoznawanie wyrazu twarzy, podniecenia i poziomu koncentracji oraz myśli osoby bez podjęcia przez nią jakichkolwiek fizycznych działań.”

Potencjalne "korzyści" z takich technologii, są prawie poza naszą wyobraźnią. Artykuł na stronie internetowej kanału Science Channel ujął to w ten sposób “Gdybyś mógł przerzucać dane bezpośrednio do szarych komórek z powiedzmy 50 Mbps -maksymalną prędkością oferowaną przez jednego z głównych dostawców usług internetowych w USA - byłbyś w stanie przeczytać 500-stronicową książkę w niespełna dwie dziesiąte sekundy.”

Jak zmienił by się świat, jeśli można by było ściągnąć naukę całego życia bezpośrednio do mózgu w ciągu kilku tygodni? Możliwości są nieograniczone, jak również możliwości do nadużyć. Implantowane mikrochipy, które mogą "rozmawiać" bezpośrednio z mózgiem dałyby tyranicznemu rządowi ostateczną formę kontroli. Gdyby można było pobrać myśli i uczucia bezpośrednio z mózgów obywateli, można by w ten sposób osiągnąć pełną kontrolę, nigdy nie martwiąc się, że ludzie zwrócą się przeciwko tobie. W rzeczywistości, można potencjalnie zaprogramować takie czipy aby obywatele czuli się zadowoleni przez cały czas.

Wykład Huxleya z 1962 roku na temat tego, że budowany jest system kontroli mentalnej, systemy technik które sprawią, że ludzie w niedługim czasie będą zadowoleni ze swojego niewolnictwa, z życia w planowanym systemie totalitarnym przyszłości:


Film Alexa Jonesa "EndGame" - czyli dokąd zmierza świat zachodu:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Te układy mogłyby wytwarzać "Naturalną ekstazę", która nigdy się nie kończy. To sprawi, że twoi obywatele będą bardzo zależni od czipów i nigdy nie będą chcieli z nich zrezygnować. Ten rodzaj technologii ma potencjał, aby być jednym z największych zagrożeń dla wolności i swobody w historii ludzkości. Na początku te wszczepiane czipy będą sprzedawane nam jako jeden z największych przełomów w "historii", w końcu całkowicie nas zniewalając.

Tak więc ja nigdy nie wszczepię sobie jakiegokolwiek implantu mózgowego, i mam nadzieję, że ty również.


Link do oryginalnego artykułu: LINK
 
Obraz Jurczyk Mariusz
Ryzyko kosztuje. Gdy coś jest zbyt piękne, aby było prawdziwe
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 20:58 napisał(a)
 
Wołanie o ratunek wystawionych do wiatru poszukiwaczy okazyjnych interesów oznacza, że wolny rynek nie nauczył nas wciąż banalnej i brutalnej prawdy: ręka w rękę z wolnościami rynku idzie wysoka cena płacona za naiwność i głupotę. Ani moralność, ani sprawiedliwość nie pozwalają, aby cenę tę płaciło społeczeństwo. Tylko ci, którzy iluzjom się oddali.
Gdy wróżka w prywatnej telewizji powiada, że szczęście pani Krysi da brunet wieczorową porą, a brunet okazuje się pijakiem i sadystą, albo mądrala z tytułami naukowymi rekomenduje zakup akcji firmy X, a firma tydzień później idzie z torbami, nie przychodzi nam do głowy- z tego, co wiem - pomysł podania do sądu TVN czy Polsatu. 

Czym się to różni od sytuacji, gdy biuro podróży oferuje nam za półdarmo wakacje nad ciepłymi morzami, a potem wakacje szlag trafia, albo cwaniak mami obietnicą bezpiecznego zarobku trzykrotnie wyższego, niż obiecują inni, i z obietnic się nie wywiązuje?

Z niedowierzaniem i oburzeniem słuchałem kilka miesięcy temu, jak przedstawiciel naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych tłumaczył się z faktu, że rząd nie wysłał jeszcze samolotu po wystawionych do wiatru klientów biura podróży. A z czyich pieniędzy miał być opłacany ten lot? Z pieniędzy rządu? To znaczy z naszych, z pieniędzy podatnika. To znaczy, że ten, kogo na wakacje poza domem nie stać albo spędza urlop nad Narwią lub płaci dużo więcej solidnym biurom podróży, ma dofinansować poszukiwacza okazji?

Nie spotkałem się z takimi przypadkami ani w USA, ani we Francji. Co innego zaś, gdyby trzeba było ewakuować obywateli z kraju, który np. ogarnęła rewolucja.

Jeszcze bardziej wątpliwe jest oczekiwanie wsparcia tych, którzy powierzyli swe pieniądze firmie Amber Gold. Nie przepadam za terminem "frajer", ale czy ci wszyscy, którzy ulokowali swe oszczędności w tradycyjnych bankach i mogą liczyć na 5 proc. rocznie lub mniej, nie postawiliby się, czy też raczej, czy państwo nie postawiłoby ich na pozycji frajerów, gdyby państwo, czyli podatnik, czyli my wszyscy mielibyśmy płacić za ich wpadkę? 

Na warszawskim Powiślu słyszę zwięzły komentarz historii Amber Gold: cwaniaków przerobiono na frajerów. Sięgam do internetowego "Mega-Słownika", a tam pod słowem "cwaniak" znajduję długą gamę synonimów: hochsztapler, kombinator, naciągacz, spekulant, kanciarz, krętacz, oszust, miglanc, bajerant, matacz. Lista antonimów jest króciutka: naiwniak, osoba prostolinijna, oferma, ciapa. 

Jednym tchem wymieniłem sprawy upadłych biur podróży i afery Amber Gold. To uproszczenie. Nie należy ferować przedwcześnie wyroków, ale wiele wskazuje na to, że za upadkiem biur podróży stoi niekompetencja ich właścicieli, którzy nie poradzili sobie z sytuacją na rynku, operując na granicy opłacalności. 

W przypadku Amber Gold, jak powiedział reporterce telewizji jeden z przyjaciół jego twórcy, mogło chodzić o "przekręt życia".

W tym sensie są to przypadki od siebie odległe. Łączy je jednak fakt, że do kraks doszło na skrzyżowaniu ułomnego systemu zabezpieczeń - i tu można doszukać się winy państwa - i defektów ludzkiej natury, za które państwa winić nie można. 

Fakt, że bez odpowiedniej finansowej poduszki bezpieczeństwa można tworzyć biuro podróży oferujące tysiącom ludzi egzotyczne wycieczki, samo w sobie stanowi zaproszenie do klapy. Uprawnione jest pytanie, po co nam Krajowy Rejestr Sądowy, jeśli nie ma w nim śladu po wyrokach? Jak to jest możliwe, że parabank może założyć osoba skazana sądownie za wyłudzenia? 

Można i trzeba eliminować luki w przepisach, wzmacniać nadzór, ostrzej karać za fałszerstwa, ale nie da się pozbawić ludzi iluzji, prawa do zachłystywania się mitami lub ulegania mrzonkom.

Przy okazji międzynarodowego kryzysu finansowego, który dokonał spustoszenia w życiu setek milionów rodzin i zatrząsł światową gospodarką, pojawiło się uzasadnione pytanie o to, czy rynek jest niemoralny. Dziś wiemy, że upadek wielu firm nie był jedynie wynikiem niekompetencji i niefortunnego zbiegu okoliczności - że nie brakło manipulacji czy wręcz szalbierstwa. Nawet tam, gdzie nie pogwałcono prawa, pogwałcono coś, co zwykliśmy nazywać etyką. 

Czy grzechom winni są bardziej ułomni ludzie, czy niesprawne instytucje? Czy logika systemu jest taka, że bez daleko posuniętej kodyfikacji, narzucenia reguł i ich policyjnego nadzoru jesteśmy skazani na grabież w biały dzień?

Wolny rynek ceni cechy charakteru, które niekoniecznie plasują się wysoko na liście tradycyjnych cnót. Skłonność do podejmowania ryzyka, spekulacji czy hazardu, są często skuteczniejszą drogą do sukcesu niż ostrożność, oszczędność czy cierpliwość. Mnóstwo jest pokus, by łamać zasady przyzwoitości. Wszelkie wynaturzenia wolnego rynku nie oznaczają jednak moralnej wyższości systemu centralnego planowania - ten bowiem niszczył charakter bardziej niż daleki od perfekcji wolny rynek. Wystarczy wspomnieć czarny rynek i szarą strefę. Także korupcja nie jest wytworem wolnego rynku. 

Żaden system ekonomiczny nie chroni przed okazjonalnym triumfem niedobrych cech ludzkiego charakteru. Wszystkie do pewnego stopnia uruchamiają drzemiące w nas egoizm czy zachłanność, które prowadzą do wynaturzeń i szkód społecznych. Ich skala budzi obawy i sprzeciw. 

W obliczu gigantycznych nadużyć ostatnich lat podejmuje się coraz to nowe próby reform instytucjonalnych. Chińczycy stawiają za przestępstwa gospodarcze przed plutonem egzekucyjnym. Rosjanie jedne przekręty tolerują, inne fabrykują, a jeszcze kiedy indziej, w zależności od politycznych sympatii, wysyłają do obozów ciężkiej pracy. 

Już Adam Smith powiedział, że zarządzający pieniędzmi innych rzadko czynią to z taką sama starannością, z jaką troszczą się o swoje. Obowiązujący kiedyś moralny absolutyzm - są rzeczy, których po prostu się nie robi - zastąpił moralny relatywizm - skoro wszyscy to robią, to czemu ja miałbym być inny? 

W społeczeństwach demokratycznych oczekiwanie, że same tylko rozwiązania systemowe uchronią nas przed grzesznikami, jest ułudą. Rynek wymaga systemu praw i ograniczeń, których strażnikiem i policjantem jest państwo, bo samoregulujący jest on tylko w podręcznikach ekonomii. 

Niedocenianym w swej skuteczności strażnikiem moralności jest presja społeczna. Dla zdecydowanej większości z nas szacunek bliźnich i społeczna akceptacja naszych zachowań bardzo się liczą. Pokazywanie czynów nagannych, nazywanie ich po imieniu i ich piętnowanie, a jednocześnie pochwała życia godziwego i cnót powszechnie cenionych - to ważny element walki z niemoralnym rynkiem. Jeśli społeczeństwo ceni wartości etyczne i daje wyraz swego szacunku dla konkretnych zachowań, ich praktykowanie i troska o reputację nabiera wymiaru dobrze pojętego własnego interesu. 

Na razie, odpukać, od czasów tzw. oscylatora Bagsika - a w tamtej historii rozpływa się tożsamość ofiar - nie przytrafił nam się przekręt finansowy na gigantyczną skalę, gdzie liczba poszkodowanych to setki tysięcy czy miliony ludzi. Ale na mniejszą skalę ofiarami nieuczciwości jesteśmy codziennie. To, że pozostajemy wobec tego często bezradni, ani nie buduje autorytetu państwa, ani nie poprawia naszego samopoczucia.

Niesolidna firma budowlana wykiwała mnie na grube tysiące. Od państwa nie oczekuję zwrotu ukradzionych pieniędzy, ale oczekuję, że ułatwi mi dochodzenie moich roszczeń. Od sądu, że postępowanie nie będzie wlokło się w nieskończoność, a ode mnie wymagać się będzie tych samych papierków, dawno zresztą dostarczonych. Gdy wygasła rękojmia, a mój taras wciąż cieknie, nie winię rządu, choć krew mnie zalewa z bezsilności i świadomości, że kolejne naprawy mogą przynieść podobny skutek i kolejny niekompetentny fachura pozostanie bezkarny.

Z afery Amber Gold opozycja stara się - takie jej prawo - uczynić aferę Tuska. Sprawa nabrała więc narracji politycznej, a na odległy plan zeszła kwestia ważniejsza, i dla funkcjonowania państwa, zakresu swobód i wolności, i naszego samopoczucia. Dotyka ona granicy między odpowiedzialnością państwa a naszą osobistą odpowiedzialnością. 

W którym momencie państwo ma nas zwalniać z samodzielnego myślenia i odpowiedzialności za nasze decyzje? Pora zrozumieć, że gdy coś jest zbyt piękne, aby było prawdziwe - jak dwa tygodnie w Egipcie za tysiąc złotych albo 13-proc. odsetki na lokacie w Amber Gold - zwykle nie jest prawdziwe. 

Komuna z samego założenia nie była w stanie oprzeć się pokusom wtrącania się do wszystkiego w naszym życiu. Wolność oznacza większą odpowiedzialność. Kiedyś rząd udawał, że nam płaci, a my czasem udawaliśmy, że pracujemy, ale praca była dla każdego, a absolwent wyższej uczelni dostawał nakaz pracy. Dziś nie ma ani nakazu, ani gwarancji pracy. Większa wolność oznacza wyższe ryzyko. Ale ryzyko osobiste, a nie zbiorowe. 

Gorycz, jaką odczuwają dziś społeczeństwa zachodnie, i spadek zaufania do rządów wynikają w dużej mierze z tego, że za błędy zapłacili nie ci, którzy je popełnili. Sektor bankowy ustawił się w komfortowej sytuacji: gdy zarabiał na spekulacji, sam spijał śmietanę. Gdy powinęła mu się noga, pośpieszył po ratunek do rządu. Innymi słowy: orzeł - ja wygrywam, reszka - ty przegrywasz. Taka sytuacja oznacza nic innego jak prywatyzację zysku i uspołecznienie ryzyka. Powinniśmy się jej wystrzegać jak egipskiej plagi. A do tego by doszło, gdyby, co postulują niektórzy, państwo pokryło ewentualne straty klientów Amber Gold.

Źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,12331549,Ryzyko_kosztuje__Gdy_cos_jest_zbyt_piekne__aby_bylo.html#ixzz24j6rBQl8
 
Obraz Jurczyk Mariusz
Hiszpanie tworzą alternatywne pieniądze poza obiegiem euro
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 20:56 napisał(a)
 

Hiszpanie tworzą alternatywne pieniądze poza obiegiem euro

Hiszpanie radzą sobie z kryzysem w niekonwencjonalny sposób, tworząc alternatywny pieniądz wobec euro lub rozliczając się metodą praca za pracę, czyli korzystając z waluty, której jednostką jest godzina - pisze we wtorek "Washington Post".

Za wykonaną w Barcelonie pracę można otrzymać zapłatę określoną jako - na przykład - "10 godzin". Jest to respektowana w całym mieście "sieć kredytowa" - jak określa alternatywny system płatności waszyngtoński dziennik. 

Otrzymawszy jakąś sumę "godzin" można ją wymienić na wizytę u fryzjera, lekcję jogi czy nawet zlecenie dla stolarza. W czasach, w których przyszłość euro jest niepewna, miliony Hiszpanów nie mają pracy, czy też pracują w niepełnym wymiarze, a z gotówką jest krucho, w niektórych regionach kraju zaczyna się rozwijać "gospodarka równoległa", która pozwala ludziom "żyć poza wspólną walutą" strefy euro - pisze "WP". 

Mieszkańcy miasta Malaga utworzyli portal internetowy, który umożliwia zarabianie i zakupy przy użyciu waluty wirtualnej. 

W Barcelonie najlepiej przyjął się model "banków czasu", pozwalający na wymianę usług bez udziału pieniędzy. 

- To sposób na życie dla ludzi, którzy znaleźli się na marginesie gospodarki - mówi w rozmowie z "WP" koordynatorka Hiszpańskiej Sieci Banków Czasu, Josefina Altes. 

W Hiszpanii jest obecnie 325 "banków czasu" i alternatywnych systemów walutowych, w których uczestniczą dziesiątki tysięcy osób. W sumie projekty te stanowią jeden z największych na świecie eksperymentów dotyczących posługiwania się "społecznymi pieniędzmi" - pisze waszyngtoński dziennik. 

- To nie jest tylko desperacki sposób na przetrwanie koszmarnego kryzysu gospodarczego, ale też część (inicjatyw dotyczących) spółdzielczości, unii kredytowych, banków wspólnot komunalnych, farm organicznych i reaktywacji fabryk - alternatywnej gospodarki - ku której zmierza ruch Okupuj ("Oburzonych") - mówi wykładowca Uniwersytetu w Liverpoolu, Peter North. 

30-letni technik komputerowy Sergi Alonso, któremu nie udało się znaleźć pracy w pełnym wymiarze pomaga - poprzez system "banków czasu" - niezliczonym sąsiadom zakładać strony internetowe i rozwiązywać problemy ze sprzętem. Ludzie płacą mu różnymi usługami - od szkoleń w projektowaniu graficznym po lekcje pianina. 

- "Banki czasu" pozwoliły ludziom przypomnieć sobie, że niezależnie od tego, jakie masz umiejętności, zawsze masz innym coś do zaoferowania - powiedział Alonso. 

Wspólna filozofia wielu z tych banków polega na założeniu, że czas każdego z nas jest wart tyle samo, "nawet jeśli jesteś lekarzem" - podsumowuje waszyngtoński dziennik. 

Źródło: http://finanse.wp.pl/kat,102634,title,Hiszpanie-tworza-alternatywne-pieniadze-poza-obiegiem-euro,wid,14877746,wiadomosc.html

 
Obraz Jurczyk Mariusz
W Polsce - katastrofa demograficzna. To nie przesada.
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 20:53 napisał(a)
 

Źródło:http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,13327740,W_Polsce___katastrofa_demograficzna__To_nie_przesada_.html

Polskie społeczeństwo się starzeje. A "katastrofa demograficzna" to nie nadużywany przez media frazes. To fakt. GUS właśnie opublikował prognozy na lata 2015 - 2035. Wynika z nich, że liczba zgonów dramatycznie przewyższy liczbę urodzin, a liczba osób w wieku produkcyjnym będzie stale malała. Wykres jest alarmujący.

2012 r. był piątym z kolei, w którym wystąpił dodatni przyrost ludności. Polaków przybyło jednak mniej niż w poprzednich latach - na każde 100 tys. mieszkańców Polski tylko 1 osoba - wynika z informacji zawartych w raporcie GUS. A demograficzna sytuacja Polski nie jest dobra. Rodzi się za mało dzieci, zastępowalność pokoleń nie jest zapewniona. A będzie jeszcze gorzej.

Z nowych danych wynika, że od 2015 r. przyrost ludności będzie ujemny. Spadnie liczba osób w wieku produkcyjnym. A to może oznaczać załamanie systemu emerytalnego - coraz mniejsza liczba pracujących osób będzie musiała wziąć na siebie obciążenia związane z wypłatą świadczeń rosnącej liczbie emerytów.



Demografia będzie barierą rozwoju Polski

Współczesne problemy demograficzne to efekt ponad dwudziestu lat zaniedbań w tej sferze. - Bardzo trudno jest w krótkim czasie odwrócić pewne negatywne konsekwencje - mówi dr Stanisław Kluza z Instytutu Statystyki i Demografii SGH. - Za dwadzieścia kilka lat będziemy zbierali konsekwencje tego, że od 20 lat wstecz mieliśmy bardzo niski poziom urodzeń. Od 1989 roku Polska nie miała zapewnionej prostej zastępowalności pokoleń. Wskaźnik ten od kilkunastu lat utrzymuje się na stałym i bardzo niepokojącym poziomie - zauważa dr Kluza.

Zdaniem demografa to będzie determinowało funkcjonowanie całej gospodarki. - Taka sytuacja oznacza, że pokolenie dzieci urodzonych w ciągu ostatnich 15 lat jest o mniej więcej jedną trzecią mniej liczne od pokolenia swoich rodziców. To pokolenie będzie więc w bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej w przyszłości - twierdzi dr Kluza.

- Możliwości są dwie: albo to pokolenie będzie musiało się ponadprzeciętnie opodatkować na rzecz starszych pokoleń, żeby utrzymać je na emeryturze, albo dojdzie do pewnych zaburzeń w solidarności międzygeneracyjnej - wyjaśnia. - Na poziomie makroekonomicznym oznacza to, że sytuacja demograficzna będzie jedną z głównych barier dla rozwoju gospodarczego Polski już za kilka czy kilkanaście lat. Taki stan będzie utrzymywał się bardzo długo - podsumowuje.

Nie mamy dzieci, bo....

Dlaczego od 1989 roku sytuacja demograficzna w Polsce jest tak trudna? Demografowie wskazują na zmianę modelu rodziny, przesunięcie wieku zawarcia małżeństwa i urodzenia pierwszego dziecka, a także spadek liczby małżeństw przy rosnącej liczbie rozwodów.

Część trzydziestolatków podkreśla, że niskie zarobki, kredyty, brak pracy i problemy z osiągnięciem stabilizacji zawodowej nie pozwalają im się zdecydować na powiększenie rodziny. "Problemem sa kwestie lokalowe, mamy wynajęty pokój, a w dodatku mąż pracuje w innym mieście i widujemy się tylko w weekendy" - opisuje swoją sytuację 30-letnia Karolina.

Problemem jest też brak polityki prorodzinnej. "Państwo też przesadnie nie zachęca. Mamy znajomych, którzy rozwiedli się tylko po to, żeby upchnąć dziecko do przedszkola, bo samotnej, przynajmniej oficjalnie, matce łatwiej dostać miejsce" - argumentuje Michał. Inni mówią, że potomstwo oznacza wyrzeczenia, na które nie są gotowi. 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Destrukcja państwa
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 20:50 napisał(a)
 

źródło: http://mediologia.salon24.pl/471790,rzady-po-destrukcja-panstwa

 Kilka dni temu Sejm zdecydował, ze biometryczne dowody osobiste zostaną wprowadzone w roku 2016 nikt - o ile mi wiadomo - nie zareagował na ten jeden z największych skandali informatycznych i ekonomicznych III Rzeczpospolitej. Oto łatwy projekt informatyczny – w połowie przygotowany przez rząd premiera J. Kaczyńskiego – będzie zrealizowany nie przez rok tylko 10 – słownie dziesięć lat.

Ostatnie poprawki Sejmu i Senatu próbują wprowadzić trochę porządku do totalnego bałaganu legislacyjnego i informatycznego jaki towarzyszył dotychczasowym próbom w wprowadzenia dowodu biometrycznego przez kolejnych ministrów MSWiA, MSW i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, ale jednocześnie ich lektura udawadnia do jakiego stopnia dezintegracji państwa doprowadziły 5-letnie rządy PO.

W uzasadnieniach przesunięcia daty wprowadzenia dowodów biometrycznych sformułowanych przez urzędników MSW czytamy m.in., że Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji podjął decyzję o przesunięciu wdrożenia elektronicznych dowodów osobistych w wyniku analizy kosztów wymiany dowodów, które oceniono na 2 mld zł – cyfra wzięta z sufitu -, a które musiałby pokryć budżet państwa. Poza tym – wg. urzędników MSW - biometryczny dowód osobisty byłby wykorzystywany w niewielkim stopniu, gdyż obecnie jest mało systemów, które by to umożliwiały.

Te ostatnie zdanie jest zadziwiające, ponieważ wszyscy doskonale wiedzą, że jest dokładnie odwrotnie: to wprowadzenie dowodów biometrycznych miało być fundamentem powstania nowych systemów, to właśnie ich funkcjonowanie w przestrzeni prawno-ekonomicznej III Rzeczpospolitej miało być rozrusznikiem powstania w Polsce nowoczesnych systemów informatycznych opartych o dane zawarte w dowodzie biometrycznym.

Gdy w listopadzie 2006 roku przedstawiałem – jako wiceminister odpowiedzialny za rejestry i dowody tożsamości - projekt dowodów biometrycznych śp. Minister Grażynie Gęsickiej i śp. Wicepremierowi Gosiewskiemu, było dla nas wszystkich jasne, że : po pierwsze, wprowadzenie dowodu osobistego dałoby praktyczną możliwość masowego upowszechnienia podpisu elektronicznego dla obywateli, co przyspieszyłoby rozwój usług gospodarki elektronicznej, a było nieskutecznie obiecywane już na 2001 rok przez Prezydenta Kwaśniewskiego.

Po drugie, wprowadzenie dowodu biometrycznego przy pomocy środków unijnych umożliwiłoby rządowi polskiemu wykorzystanie pieniędzy z UE przeznaczonych na rozwój zabezpieczeń biometrycznych coraz powszechniej stosowanych na świecie; specjaliści obliczyli, że Polska mogłaby w latach 2011 -2015 uzyskać z UE od 2 do 3 miliardów złotych, co stworzyłoby w Polsce warunki do rozwoju nowego rynku oprogramowań elektronicznych.

Po trzecie, wprowadzenie dowodu biometrycznego wymusiłoby na bankach zastosowanie w transakcjach kartami zabezpieczeń biometrycznych co skutkowałoby inwestycjami w tej dziedzinie informatyki. Wyliczyłem korzyści ekonomiczne, jednak najważniejsze byłyby korzyści instytucjonalne związane z pozycją Polski w UE, w której trwają prace nad projektem Europejskiej Karty Obywatela (ECC), w których intensywnie uczestniczyła Polska do końca 2007 r. i których celem jest opracowanie standardów związanych z ID-kartami (czyli dowodami osobistymi) w poszczególnych krajach.

Polska jako jeden z pierwszych krajów - miałaby posiadać biometryczny dowód, co byłoby ogromnym cywilizacyjnym sukcesem naszego kraju. Innymi słowy wprowadzenie dowodów biometrycznych w Polsce miało być impulsem cywilizacyjnym umożliwiającym rozwój gospodarki elektronicznej w naszym kraju. Impulsem organizacyjnym, prawnym i technologicznym, którego założenia realizuje najpierw państwo a następnie wykorzystują go firmy prywatne i całość społeczeństwa obywatelskiego.

To jest paradygmat gospodarki elektronicznej. Czy ktoś w sferach rządowych o tym wie? Czy ministrowie premiera Tuska zdaja sobie sprawę, że niewprowadzenie dowodów biometrycznych jest nie tylko degradacja cywilizacyjna naszego państwa, ale jest także ciosem – w czasach największego kryzysu od 1929 r. - ekonomicznym?

Tysiące miejsc pracy nie powstaną, tysiące młodych informatyków zamiast realizować w Polsce innowacyjne systemy, wyemigrują z naszego kraju. Nieudolność organizacyjna i technokratyczna kolejnych ministrów MSW, MSWiA i MAC będzie skutkowała coraz większym bezrobociem, co jest prawdziwa tragedią. Przypomnijmy, ze wprowadzenie dowodu biometrycznego miało być sztandarowym projektem rządu premiera Tuska – tak to przedstawiały media – co było kłamstwem, ponieważ projekt był już wymyślony i realizowany przez rząd premiera J. Kaczyńskiego, przypomnijmy, że 30 grudnia 2009 r, Premier Donald Tusk zapowiedział tryumfalnie, że za rok pierwsi Polacy dostaną nowe dowody biometryczne z chipem, a za trzy lata staną się one również kartą pacjenta.

Niestety nic z tego nie wyszło (jak i z resztą projektów informatycznych tego rządu) . Przez pięć lat rząd PO i PSL nie umiał wprowadzić - w połowie już zrealizowanego - projektu informatycznego. Jest to totalna kompromitacja, obniżająca nasza rangę – i tak niewysoką – wśród urzędników z Brukseli, którzy się po prostu z nas śmieją. Warto zapytać jakie są przyczyny tej kompromitacji?

Zanik państwa

Jakie są konkretne przyczyny tej abdykacji państwa z rządzenia? Pierwszą i – moim zdaniem – najważniejszą przyczyną jest ogólna filozofia liberałów, którą najprecyzyjniej wyraził minister Rostowski stwierdzając w polemice z B. Kempą, że „my PO w przeciwieństwie do was mamy zaufanie do ludzi (czytaj urzędników)”. Otóż w administracji państwowej nie funkcjonuje coś takiego jak „zaufanie do urzędników” (można mieć zaufanie do współpracownika), tylko precyzyjne procedury administracyjne umożliwiające władzy politycznej kontrolę nad aparatem administracyjnym. Jest to w gruncie rzeczy podstawowy problem każdej władzy w III Rzeczpospolitej.

Jak zdobyć realną władzę nad biurokracją – oddziedziczoną w dużym stopniu po PRL – u - po zdobyciu władzy w państwie w wyniku wyborów ? Tego problemu premier Tusk i jego ministrowie nawet nie zauważyli, stąd liczne afery korupcyjne. Druga przyczyna jest pochodna pierwszej, otóż w rządzie premiera Tuska – szczególnie w informatyzacji – wiceministrowie nie nadzorowali merytorycznie –podległych im departamentów.

Wyznał to wiceminister ds. informatyzacji W. Drożdż w wywiadzie udzielony tygodnikowi ComputerWorld opublikowanym w 2008 r. Na pytanie redaktora : „Jak zatem widzi Pan swoją rolę w projekcie i w zarządzaniu projektami teleinformatycznymi w MSWiA?” wiceminister odpowiada : „Zamierzam się trzymać z daleka od szczegółów technicznych. To zadanie szefów projektów. Moje zaś nadzorować i wspomagać tam zespół, gdzie jest konieczne bezpośrednie zaangażowanie wiceministra.

Aby zaś usprawnić funkcjonowanie podległych mi departamentów, powołujemy w MSWiA Centrum Projektów Informatycznych (CPI), w skład którego wejdą zespoły projektowe PESEL 2, e-PUAP i pl.ID.”. Wyznanie kuriozalne - i pełne sprzeczności -, jak można nadzorować pracę informatyków „trzymając się z daleka od szczegółów technicznych” ? Obowiązkiem wiceministra nie jest „wspomaganie zespołu informatyków”, lecz jego stałe kontrolowanie, ale rzecz jasna jest to niemożliwe, jeżeli nie zna się szczegółów technicznych czyli informatyki.

Wiemy czym taka filozofia rządzenia, albo raczej nierządzenia zaowocowała. Skrajną korupcją.

Rezultat – skrajna korupcja

Urzędnicy nie kontrolowani przez władzę polityczna – zgodnie z metodologia pracy ministra Drożdża – po prostu się demoralizują. Projekt pl.id czyli dowody biometryczne wprowadzano w nowym departamencie metodami przypominającymi do złudzenia stare dobre czasy rządów premiera Millera tak jakby Polska nie przystąpiła do UE w 2003 r. Projekt pl.id wprowadzany był z pogwałceniem wszelkich zasad obowiązujących w UE.

Nie podawano o nim żadnych informacji. Był to projekt realizowany w ukryciu przed publicznością i także przełożonymi W latach 2008 – 2010 na stronicy internetowej MSWiA – o tym jednym z 3 największych projektów informatycznych w UE – nie było ani słowa ! Były zakładki o Pesel 2 (dawno ukończonym), CEPiK-u, Polsce cyfrowej a jakże, ale o projekcie, który dotyczy każdego z nas i na którym firmy informatyczne miały zarobić mnóstwo pieniędzy : nic.

Ponieważ – z definicji jest to niemożliwe więc ktoś zainteresowany projektem w latach 2008 -2010 -, zaczynał poszukiwania : u góry stronicy znajdował zakładkę pt. informatyzacja ; klikał i w tytułach nowych zakładek szukał naszego projektu, niestety nie znajdował go wiec zaczynał sprawdzać co sie kryje pod nazwami e-elementarz, e-pułap i w końcu w zakładce pt. Centrum Projektów Informatycznych odnajdywał nasz projekt. Informacje o projekcie znajdowały sie na trzecim poziomie zakładek czyli w internetowym podziemiu, jednak gdy klikaliśmy na napis pl.id to stwierdzaliśmy, że z lektury stronicy poświęconej wprowadzeniu dowodu biometrycznego nie dowiadujemy sie niczego.

(2029 wizyt strony czyli zero biorąc pod uwagę, ile wejść musieli wykonać pracownicy MSWiA). Wniosek : w latach 2008 -2010 urzędnicy MSWiA zamiast upowszechniać informacje o projekcie dowodów biometrycznych starannie je ukrywają tak jakby działali w informatycznym podziemiu a nie państwie prawa. Proces opisany powyżej jest nazywany często przez politologów alienacją klasy urzędników, która nie kontrolowana i nie dyscyplinowana przez władzę polityczną, przejmuje faktyczną kontrolę nad państwem co w konsekwencji prowadzi do jego upadku.

Alienacja klasy urzędników

Rządy premiera Tuska doprowadziły do odwrócenia relacji miedzy władza państwową i administracją publiczną. Ta pierwsza rezygnując z kontrolowania i ciągłego dyscyplinowania urzędników, jest aktualnie zakładnikiem biurokratów. W gruncie rzeczy to urzędnicy wydaja rozkazy wiceministrom i ministrom. Ci ostatni są medialnymi marionetkami usprawiedliwiającymi absurdalne decyzje w mediach. Ten groteskowy proces budowania Państwa Biurokratów w którym poszczególne segmenty klasy urzędników realizują interesy firm prywatnych jest widoczny przede wszystkim w procesie informatyzacji a w szczególności w realizacji wprowadzenia dowodów biometrycznych.

Aktualnie społeczeństwo nie wie nawet kto – czyli jakie ministerstwo – będzie ten projekt próbowało wprowadzić. W miesiącu wrześniu ukazał się komunikat, ze projekt dowody biometryczne będzie realizowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji – po miesiącu, kiedy urzędujący minister Boni zorientował się, ze nie może go realizować ponieważ za wydawanie dowodów odpowiedzialne jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ukazał się nowy komunikat, że jednak dowody będą wprowadzane przez MSW.

Groteska – ministrowie rządu premiera Tuska nie wiedza co im podlega i za jaka część państwa odpowiadają. To tak jakby maturzysta nie wiedział, jakie przedmioty będzie zdawał na maturze. Jednak ta karuzela decyzji mimo swej groteskowej otoczki dotyka podstawowego problemu (o którym ministrowie aktualnego rządu nie maja pojęcia) współczesnych państw, mianowicie relacji technika-polityka (w naszym przypadku informatyzacja-polityka).

Informatyzacja zmienia politykę

Jednym z najważniejszych problemów współczesnych państw poddanych procesowi globalizacji i informatyzacji są relacje pomiędzy zawodowymi politykami a ekspertami, których rola zgodnie z klasycznymi sformułowaniami Sartoriego z „Teorii demokracji” wzrasta w coraz bardziej stechnicyzowanym, globalnym społeczeństwie XXI wieku.

Co ważniejsze – pomimo wzrostu edukacji społeczeństw – pogłębia się luka pomiędzy wiedzą przeciętnie wykształconego obywatela a specjalistami. Prowadzi to nieuchronnie do redukcji władzy ludu i wzrostu władzy technokratów i biurokratów, bowiem w miarę jak mechanizmy życia społecznego staja się coraz bardziej skomplikowane i wzajemnie sprzężone, zdanie eksperta z konieczności zyskuje o wiele większe znaczenie niż głos wyborcy.

Dlatego też w trójkącie wyborcy – władza państwowa lub partie polityczne – eksperci – rolą partii i państwa jest rozładowywanie permanentnego napięcia jakie istnieje pomiędzy systemem wartość i reprezentowanym przez jej zwolenników a narzędziami technicznymi czy rozwiązaniami instytucjonalnymi jakie proponują eksperci w celu realizacji tychże wartości. Tego problemu rząd premiera Tuska nawet nie zauważa czego dowodem jest mianowanie na najbardziej techniczne stanowisko ministra informatyzacji polonisty, co jest absurdem. Ten podstawowy problem współczesności jest jednak zauważony i doceniony przez PiS. Partie polityczne są bowiem nadal podstawa – więcej strażnikiem – demokracji.

To one definiują precyzyjnie relacje miedzy ekspertami i politykami miedzy technika i polityką. Dlatego inicjatywa PiS –u powołania gabinetu cieni z „premierem” Glińskim uważam za znakomitą, ponieważ w ten sposób kierownictwo partii otwiera się na środowiska eksperckie i nadaje im znaczenie także polityczne. Jest to tym ważniejsze, że ten proces władzy ekspertów Polska odczuwa szczególnie boleśnie ponieważ jest członkiem UE – lub jak twierdza niektórzy, jej kolonią – w strukturach której rządzą fachowcy i specjaliści od wymuszania na krajach członkowskich przy pomocy norm w 100% technicznych, decyzji politycznych.

Piotr Piętak

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Zjesz pączka, firma zapłaci PIT i ZUS
Jurczyk Mariusz w dniu sobota, 9 luty 2013, 09:14 napisał(a)
 

Źródło: WP.PL  Marcin Musiał

Niejednoznaczne przepisy nakazują opodatkowanie pączków zafundowanych przez firmę pracownikom - uważają eksperci podatkowi. Dla fiskusa są one przychodem pracownika, co oznacza, że trzeba od nich zapłacić zaliczkę na PIT oraz składkę na ZUS.

 W związku z koniecznością opodatkowania pączków kupowanych pracownikom, niektóre przedsiębiorstwa w ogóle rezygnują z fundowania pracownikom poczęstunku w tłusty czwartek. Dział księgowy jednej z warszawskich firm uznał, że aby prawidłowo rozliczyć się z fiskusem potrzebna jest lista, na której pracownicy mieli zadeklarować ile pączków zjedzą. Pracownicy potraktowali tę inicjatywę jako żart - lista nie powstała, więc firma pączków nie kupiła.

 Doradca podatkowy z kancelarii Kolibski Nikończyk Dec & Partnerzy Konrad Piłat wyjaśnił, że biorąc pod uwagę stanowisko organów podatkowych i niektóre wyroki sądów administracyjnych, pomysł tworzenia listy chętnych na pączki nie był nieuzasadniony. - Nie należy się jednak dziwić, że pracownicy - kierując się zdrowym rozsądkiem - potraktowali to jako żart- - powiedział doradca podatkowy.

 Wyjaśnił, że spory o opodatkowanie świadczeń udostępnianych pracownikom zaczęły się od problemu, czy obciążone PIT-em powinny być pakiety medyczne opłacane przez firmy zatrudnianym osobom. Wskazał, że w uchwale z 24 października Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że podatek powinien być odprowadzany. Według Piłata uchwała ta zapoczątkowała spory o kolejne świadczenia, m.in. zorganizowanie pracownikom na koszt firmy dojazdu do pracy (np. gdy zakład znajduje się w trudno dostępnym miejscu) oraz udział w imprezie integracyjnej.

 - Poczęstunek w tłusty czwartek najbardziej przypomina tę ostatnią sytuację. Niestety orzecznictwo jest niejednolite - powiedział doradca podatkowy. Dodał, że w wyroku z 24 stycznia 2013 r. NSA uznał, że od udziału w imprezie integracyjnej podatku płacić nie trzeba, ponieważ nie da się ustalić konkretnej kwoty przychodu, ale w wyroku z 8 listopada 2012 r. inny skład NSA stwierdził jednak, że w takiej sytuacji pracownik osiąga przychód. Jego wartość można obliczyć, dzieląc koszty imprezy przez liczbę zaproszonych osób.

 Zdaniem doradcy warto sobie też zadać pytanie, o jaką kwotę podatku chodzi w danej sytuacji. - Jeśli pracownik poczęstuje się dwoma pączkami po dwa złote, to zastanawiamy się, czy jego PIT zwiększy się o ok. złotówkę (firma odprowadza zaliczkę 18 lub 32 proc.- PAP), czy też nie. Nawet jeśli rozliczenia firmy zostałyby w przyszłości skontrolowane, to wydaje się, że rozsądni urzędnicy nie będą tracić czasu na rozpatrywanie, czy zjadając pączka pracownik osiąga przychód. Tym bardziej, że pod względem prawnym problem jest skomplikowany i dotychczas nie został jednoznacznie rozstrzygnięty - podkreślił Piłat.

 Piłat zaznaczył, że sprawa "podatku od pączków" trafiła do Trybunału Konstytucyjnego. Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" wystąpiła bowiem o zbadanie zgodności z konstytucją przepisów dotyczących nieodpłatnych świadczeń dla pracowników.

Także Katarzyna Rola-Stężycka z firmy doradczej Tax Care uważa, że zgodnie z przepisami podatkowymi pączek jest dla pracownika przychodem, problemem jest natomiast określenie wartości tego przychodu i przyporządkowania go do konkretnej osoby. Również Rola-Stężycka zwróciła uwagę na różne wyroki sądów administracyjnych. Zaznaczyła, że w jednym z nich sąd uznał, że przychód można ustalić tylko i wyłącznie wtedy, kiedy można ustalić konkretną wartość świadczenia dla konkretnego pracownika.

 - Może być dyskusyjne czy ustalać przychód w sytuacji, kiedy pracodawca zostawi pączki w ogólnie dostępnym miejscu i nie będzie spisywał, kto i ile pączków zjadł (...). Wszystko zależy od tego, jak dany przypadek zostanie potraktowany najpierw przez urząd skarbowy, a potem przez sąd - powiedziała Rola-Stężycka.

 Firma może mieć także problemy z zaliczenia wydatków na pączki dla pracowników w koszty uzyskania przychodu. Ekspertka wskazała, że w tym przypadku trzeba ustalić, czy wydatek ma z nimi związek.

 - Możliwość zaliczenia wydatków na zakup pączków dla pracowników wiązać się może z zamierzonym celem pracodawcy, jakim jest integracja pracowników, poprawa atmosfery pracy i wzrost motywacji do wykonywania obowiązków służbowych. Takie działania wpływają bowiem na efektywność pracowników, a tym samym można im przypisać związek z uzyskiwanymi przychodami - oceniła.

Wskazała, że w interpretacji z 24 stycznia 2011 r. jedna z izb skarbowych zgodziła się, iż do tzw. kosztów pracowniczych, wśród których dominują wynagrodzenia, można zaliczyć także inne gratyfikacje np. przekazane im napoje bądź artykuły spożywcze. Fiskus zastrzegł jednak, że "prawidłowe zaliczenie wydatku do kosztów uzyskania przychodów uwarunkowane jest wykazaniem jego celowości i związku z przychodem, jak i prawidłowym udokumentowaniem". Należy zwrócić uwagę - zdaniem fiskusa - że to na podatniku ciąży obowiązek wykazania związku poniesionych wydatków z przychodami, bo to on wywodzi skutki prawne w postaci zmniejszenia zobowiązania podatkowego.

 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Zasiłki w Great Britain
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 7 luty 2013, 15:08 napisał(a)
 

Żróło: Gazeta.pl

Ile macie zasiłków. Ja mam miesięcznie
Child benefit - 80 
Child/Working tax credit - 241 (dziecko w PL) płacę spore alimenty
Zwolnienie z council tax - 75 bo mieszkam sam w 3 pokojowym i jestem studentem
Fundusz z collegu - 90 
Kasa z SAAS (Szkocka organizacja finansująca studia) - bezzwrotna 91 
Pożyczka z SAAS - o której to mowa w artykule - 500 funtów
Pracuje 21 h w tygodniu bo muszę się uczyć - to 3 nocki - pensja na rękę 820 funtów bo podatek groszowy gdyż jestem osobą ubogą.
Łącznie miesięcznie wpada na moje konto - 1840 funtów plus zwolnienie z council taxu. Miałem załatwiać jeszcze housing benefit ale ponieważ będą zmiany od kwietnia więc się nie opłaca nawet składać bo nie będę się kwalifikować. 
Zapraszam do Szkocji - 3 nocki pracy i 3 wycieczki do collegu na parę godzin w czasie których i tak mało co się robi bo poziom dla szkockich ciemniaków (najlepsi studenci to 2 Polaków, Czeszka, Bułgarka i zaledwie 1 Szkotka. 

Proszę mnie nie wyzywać od darmozjadów i złodziei - wszystko co dostaję jest w 100% legalnie i uczciwie. Nie moja wina, że się kwalifikuję. I każdego czytającego namawiam aby również o siebie zadbał i walczył o wszystko co mu się należy. Lepiej żyć uczciwie i dostatnio niż dziadować, żebrać czy szmuglować fajki. Jeśli jest jakakolwiek możliwość poprawienia sobie bytu to należy z niej skorzystać. Brytyjczycy i tak nas nienawidzą - taka jest prawda - gdyby tylko mogli to wykopaliby nas stąd z dnia na dzień. Jeśli ktoś uważa, że grając pokorne ciele cokolwiek zyska to jest kompletnie obłąkany. Tutaj trzeba o wszystko co się należy walczyć i wrzeszczeć o rasizmie przy każdej okazji. To jedyny język jaki dociera i budzi (paradoksalnie) respekt i szacunek. Bądź grzeczny, ustępliwy, bój się o cokolwiek powalczyć to zawsze będziesz kopany jak pies i zero jakiejkolwiek wdzięczności. Polacy - walczcie o swoje i żyjcie jak ludzie a nie jak poniewierane białe śmieci. Nie bać się, nie ustępować, upominać się i wykłócać a właśnie tak zdobędziecie respekt i uznanie. Brytyjczycy mają kompletnie inną mentalność. Staranie się być uprzejmym i miłym to polskie podejście - w oczach Polaka jesteś przyjacielski - w oczach miejscowego jesteś śmieciem co się podlizuje - w UK się to kompletnie nie sprawdza - jedyne co można tak uzyskać to sprowadzenie do pozycji polskiego białego murzyna. Ja drę mordę z managerami co 2 dni i nie pozwalam na jakiekolwiek kombinowanie ze mną, moimi godzinami i pracą. Od razu dzwonię na skargę do centrali i jeszcze przychodzą przepraszać. Inne pokorne cielęta dają sobie skakać po głowie mają i tak przewalone a ja wręcz przeciwnie. Mieszkam tu 8 lat - miałem przez kilka miesięcy dziewczynę Szkotkę, innym razem Angielkę też kilka miesięcy - wystarczająco poznałem ich mentalność. Musimy sobie wywalczyć szacunek jak niegdyś muzułmanie i Hindusi. Ich nie wolno obrażać - Polacy - pokażmy siłę i pokażmy, że sobie radzimy, znamy nasze prawa, umiemy z nich korzystać.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Pączki w firmie mogą zmniejszyć podatek
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 7 luty 2013, 13:25 napisał(a)
 

Źródło: Gazeta.pl, Katarzyna Rola-Stężycka, Tax Care

Wiele firm decyduje się w tłusty czwartek na zakup pączków dla pracowników czy kontrahentów. Taki wydatek można zazwyczaj rozliczyć w kosztach podatkowych - fiskus jest coraz bardziej elastyczny w tym temacie.

W ustawach podatkowych znajduje się lista wydatków, które nie mogą być zaliczone do kosztów podatkowych nawet wtedy, gdy mają bezpośredni wpływ przychód uzyskiwany przez firmę (art. 23 ust. 1 ustawy o PIT i odpowiednio art. 16 ust. 1 ustawy o CIT). W tych tzw. katalogach wyłączeń znajdują się wydatki na reprezentację.

Samo pojęcie „reprezentacja” nie jest zdefiniowane w ustawach podatkowych - przepisy wskazują jedynie, że do kosztów uzyskania przychodów nie można zaliczyć kosztów reprezentacji, w szczególności wydatków poniesionych na usługi gastronomiczne, zakup żywności oraz napojów, w tym alkoholowych.

Co ważne, reprezentacja może mieć miejsce tylko na zewnątrz firmy. Jeżeli więc pączki kupowane są tylko dla pracowników, nie uznaje się takiego wydatku za reprezentację. Jednak gdy zakup słodkości jest dokonany także dla kontrahentów odwiedzających firmę, sprawa już nie jest oczywista.

Pączki poza reprezentacją

Sądy dokonując wykładni pojęcia „reprezentacja” sięgają do słownika języka polskiego, w którym reprezentacja oznacza „okazałość, wystawność w czyimś sposobie życia, związaną ze stanowiskiem, pozycją społeczną”. Przenosząc tę definicję na grunt podatkowy przyjmuje się, że reprezentacja to występowanie w imieniu firmy wiążące się z okazałością, w celu wywołania dobrego wrażenia. Obejmuje ona swym pojęciem działania polegające na kontaktach oficjalnych i handlowych pomiędzy podmiotami gospodarczymi. W określeniu „reprezentacja” mieści się więc takie działanie podatnika, które ma na celu stworzenie (utrwalenie) właściwego wizerunku firmy. 

Takich wydatków nie można rozliczyć w kosztach podatkowych. Jednak, co ważne, sądy podkreślają, że istotny jest okazały charakter takiego wydatku. Przykładowo w wyroku NSA z 25 maja 2012 r. (sygn. akt II FSK 2200/10), dotyczącego wydatków na spotkania biznesowe w restauracjach, podczas których omawiane były sprawy związane ze współpracą, sąd stwierdził, że jeżeli wydatki te nie mają charakteru wystawności i okazałości, lecz mieszczą się w granicach powszechnie przyjętych, można je rozliczyć w kosztach podatkowych.

Oznacza to, że zakup pączków dla kontrahentów nie powinien być uznany za wydatek o charakterze reprezentacyjnym i można go rozliczyć w kosztach podatkowych firmy. Podobne stanowisko można znaleźć w interpretacjach indywidualnych, na przykład interpretacji Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z 12.03.2012 r., nr IPTPB3/423-318/11-4/PM: "(…) wydatki ponoszone w związku ze spotkaniami z kontrahentami i pracownikami w siedzibie Spółki na zakup artykułów spożywczych dla kontrahentów i pracowników, jeśli nie noszą znamion wystawności, są zwyczajowo przyjęte, to jako wydatki niewymienione w art. 16 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych mogą stanowić, zgodnie z art. 15 ust. 1 ww. ustawy koszty uzyskania przychodów".

Ciastko kosztem pracowniczym

Rozpatrując, czy wydatek na zakup pączków może być zaliczony w koszty uzyskania przychodów trzeba także ustalić, czy ma on związek z przychodami uzyskiwanymi przez firmę. Możliwość zaliczenia wydatków na zakup pączków dla pracowników wiązać się może z zamierzonym celem pracodawcy, jakim jest integracja pracowników, poprawa atmosfery pracy i wzrost motywacji do wykonywania obowiązków służbowych. Takie działania wpływają bowiem na efektywność pracowników, a tym samym można im przypisać związek z uzyskiwanymi przychodami.

Niekiedy trudno jest wykazać taki charakter zakupu pączków, nie oznacza to jednak, że nie można ich uwzględnić w kosztach podatkowych. Wskazuje na to na przykład interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 24 stycznia 2011 r., nr IPPB1/415-1025/10-4/ES.

W rozpatrywanej sprawie przedsiębiorca kupował na potrzeby pracowników m.in. ciastka argumentując, że wydatki tego typu można rozliczyć w kosztach firmy, ponieważ „do takich wydatków zalicza się między innymi tzw. koszty pracownicze, wśród których dominują wynagrodzenia, ale także wszelkie inne gratyfikacje. Zdaniem Wnioskodawczyni na rzecz pracowników można zaliczyć inne świadczenia, a w tym przekazania im napojów bądź artykułów spożywczych.” Fiskus zgodził się z podatnikiem co do możliwości rozliczenia takich wydatków w kosztach, zastrzegając jednak, że: „prawidłowe zaliczenie wydatku do kosztów uzyskania przychodów uwarunkowane jest wykazaniem jego celowości i związku z przychodem, jak i prawidłowym udokumentowaniem. Należy zwrócić uwagę, że to na podatniku ciąży obowiązek wykazania związku poniesionych wydatków z przychodami, bo to on wywodzi skutki prawne w postaci zmniejszenia zobowiązania podatkowego.”

 

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Zarabiają, a nie starcza im nawet na przeżycie
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 7 luty 2013, 08:47 napisał(a)
 

Żródło: NTO

Coraz częściej ludzie, którzy mają pracę, mimo to stają się klientami pomocy społecznej. Pracodawcy rzadko proponują więcej niż stawka minimalna.

W tym roku pracodawcy muszą im zaproponować minimum 1600 zł brutto (najniższe wynagrodzenie wzrosło od stycznia o 100 zł). To niespełna 1200 zł na rękę. Jak wynika z ogólnopolskiego badania wynagrodzeń przeprowadzonego przez firmę Sedlak & Sedlak, średnia zarobków dla Polski w 2012 roku wyniosła 4 tys. zł brutto. Jednak najniżej opłacane stanowiska odbiegają daleko od tej kwoty.

W 2012 najmniej zarabiali pracownicy ochrony i szwaczki. Ich przeciętne wynagrodzenie wynosiło nieco ponad 1,5 tys. zł brutto, a więc niewiele więcej niż minimalne wynagrodzenie.

Nisko opłacani byli również pracownicy porządkowi, kelnerzy i asystentki stomatologiczne (zarabiali nie więcej niż 1,7 tys. zł brutto). Na kwoty rzędu 1,8 tys. zł brutto mogli liczyć sprzedawcy i telemarketerzy.

- Należy jednak wziąć pod uwagę, iż badanie to analizuje jedynie osoby zatrudnione na etacie oraz płace całkowite. Przykładowo pracownicy gastronomii otrzymują napiwki nie uwzględniane w całkowitym wynagrodzeniu - zaznacza Magdalena Witek z Sedlak & Sedlak.

Na Opolszczyźnie w gronie najniżej zarabiających osób także znajdują się sprzątaczki i pracownicy ochrony oraz sprzedawcy. W tym roku pracodawcy muszą im zaproponować minimum 1600 zł brutto (najniższe wynagrodzenie wzrosło od stycznia o 100 zł). To niespełna 1200 zł na rękę.

Tyle że jeśli pracodawcy chcą obejść prawo pracy, to oferują umowy-zlecenia albo o dzieło, a w takich przypadkach nie mają obowiązku płacenia nawet minimalnej pensji. Odprowadzają też wówczas niższe składki.

 Jeszcze kilka miesięcy temu propozycje wynagrodzeń dla stanowisk o niskich wymaganiach, takich jak sprzątaczka czy ochroniarz, przekraczały nieco pensje minimalne. Dziś pracodawcy schodzą w ofertach do ustawowego minimum - analizuje oferty pracy Anna Kowol z Powiatowego Urzędu Pracy w Opolu.

Niska pensja nie może być jednak dla bezrobotnego powodem odmowy przyjęcia pracy. Tylko jak za nią przeżyć?

- Zakupy robią w dyskontach, a nie w droższych osiedlowych sklepikach, najlepiej raz w tygodniu, z dokładną listą wypisaną na kartce - Aleksandra Bartosz, asystentka rodziny z Ośrodka PomocySpołecznej w Zawadzkiem, opisuje, jak radzą sobie finansowo rodziny, które z trudem wiążą koniec z końcem.

- Na zakupy odzieżowe chodzą do second-handów, gdzie np. spodnie kosztują 10 zł, podczas gdy w „normalnym" sklepie kilka razy więcej. Dziś kupowanie „na ciuchach" popularne jest nie tylko wśród najuboższych - kontynuuje.

Wśród korzystających z pomocy OPS-ów są także takie rodziny, w których pracują obydwoje rodzice, a nie potrafią utrzymać siebie i dzieci z głodowych pensji.

- Nie jest ich wiele, bo w wielodzietnych rodzinach rzadko kiedy pracują obydwoje dorośli. Zwykle matki zajmują się dziećmi i domami - opowiada Marek Kutyła, kierownik OPS-u w Zawadzkiem.

- Robiąc zakupy spożywcze, szukam produktów przecenionych z powodu krótkiego terminu do spożycia. W pięcioosobowej rodzinie i tak wszystko szybko zostaje zjedzone - opowiada pani Jadwiga z Opola, która zajmuje się domem i wychowaniem trojga dzieci w wieku szkolnym, a jej rodzina utrzymuje się z jednej pensji męża - 2300 zł. - Warzywa kupuję na giełdzie w dużych ilościach, bo jest taniej. Ubrania i zabawki chętnie przyjmujemy od znajomych, którzy mają starsze dzieci.

Żeby mniej wydawać, pani Jadwiga stała się mistrzynią planowania, np. posiłków na cały tydzień. - Jak ugotuję więcej ziemniaków w jeden dzień, to ich nie wyrzucam, bo następnego z reszty robię kopytka czy kluski śląskie - wyjaśnia.

Niestety, rodziny, w których obydwoje rodzice pracują za najniższe krajowe, a dwoje dzieci będących na ich utrzymaniu jest zdrowych, nie mogą liczyć na wiele form pomocy z opieki społecznej. Na korzystanie ze stałych zasiłków czy świadczeń rodzinnych mają zbyt wysokie dochody.

Mogą za to liczyć na pomoc w dożywianiu, np. dzieci z takich rodzin mają darmowe posiłki w szkolnej stołówce albo rodziny dostają pieniądze z OPS-ów na zakup produktów spożywczych.

- Miesięcznie w naszej gminie wynoszą one od 50 do 100 zł na osobę lub rodzinę, a w rodzinach wielodzietnych sięgają 200, 300 zł - informuje Marek Kutyła, kierownik OPS w Zawadzkiem.

- Wiele z rodzin, którym pomagamy, nie potrzebowałoby tego wsparcia, gdyby miało pracę. W tak małej gminie jak Zawadzkie zdobyć ją jest naprawdę trudno, a dojeżdżanie np. do Strzelec Opolskich przy pracy na zmiany jest niemożliwe bez własnego auta. Z tego powodu ludzie tkwią w błędnym kole - ocenia Aleksandra Bartosz, asystentka rodziny z zawadzkiego OPS-u.

Patryk Kosela, rzecznik związku zawodowego „Sierpień 80", uważa, że gdyby pensje w Polsce wzrosły według wskazań unijnych do niespełna 70 proc. średniego wynagrodzenia, czyli ok. 2500 zł brutto, to polskie rodziny przestałyby biedować, a w dodatku rozkręciłoby to także gospodarkę. - Kupowalibyśmy więcej, a to wpływałoby na tworzenie kolejnych miejsc pracy - uważa związkowiec.

Monika Gładoch, ekspert Pracodawców RP, nie zgadza się z tą tezą. - Firmy nie płacą więcej, bo same nie mają. Zdecydowana większość z nich, bo aż 96%, to mikroprzedsiębiorcy, zatrudniający nie więcej niż 10 osób. Finansują oni działalność firmy z tego, co zarobią, i nie trzymają kasy w sejfach - argumentuje reprezentantka pracodawców.

Podkreśla też znaczenie wysokich kosztów pracy w Polsce. - W czasie kryzysu dochodzi do sytuacji, że pracodawcy porozumiewają się z pracownikami na zawieranie korzystniejszych umów-zleceń czy umów o dzieło - ocenia Monika Gładoch.

Związkowcy nazywają te umowy „śmieciowymi". - Rząd powinien premiować np. ulgami podatkowymi firmy, które zawierają umowy o pracę i sumiennie odprowadzają pełne składki - uważa Patryk Kosela z „Sierpnia 80".

Tymczasem rząd szykuje na czas kryzysu inną pomoc dla przedsiębiorców - dopłaty do pensji pracowników już przy spadku obrotów o 15 proc. Nowe prawo ma wejść w życie w drugim kwartale.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Co ukrywa komisja Millera
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 5 luty 2013, 14:42 napisał(a)
 

Co ukrywa komisja Millera

Źródło: Przegląd 33/2011 Robert Walenciak.

Gen. Błasik był w kabinie, wszystko widział i zaniechał podjęcia decyzji o przerwaniu podejścia. A to było jego obowiązkiem. Twierdzę, że samolot szedł do lądowania, a nie do próbnego podejścia. Zresztą takie pojęcie jak „próbne podejście” w lotnictwie nie funkcjonuje - mówi płk Robert Latkowski, były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. I dodaje: - Gen. Błasik bez względu na to, czy siedział w kabinie pasażerskiej, czy w kabinie pilotów, zawsze był ich przełożonym. Na czas tego lotu nie był odwołany, nie zawiesił swojej funkcji. Dlaczego komisja Millera chroni gen. Błasika.

Regulaminy  pisane są krwią

Gen. Błasik był w kabinie, wszystko widział i zaniechał podjęcia decyzji o przerwaniu podejścia. A to był jego obowiązek

Z płk. pil. Robertem Latkowskim rozmawia Robert Walenciak

Podobał się panu raport komisji Millera?
– Wiele rzeczy zostało w nim precyzyjnie podanych, ale… Wie pan, znam Tu-154M, pilotowałem ten samolot kilkanaście lat, latałem z prezydentem Wałęsą, z prezydentem Kwaśniewskim, znam też specyfikę
36. pułku, którym dowodziłem przez 12 lat. Dlatego z kilkoma wnioskami raportu nie mogę się zgodzić.
Z jakimi?
– Po pierwsze, twierdzę, że samolot szedł do lądowania, a nie do próbnego podejścia. Zresztą pojęcie „próbnego podejścia” w lotnictwie nie funkcjonuje. Można, co najwyżej, w trudniejszych warunkach podchodzić do wysokości decyzji.

CHCIAŁ CZY MUSIAŁ?

Chcieli lądować?
– Według mnie, wręcz musieli. Przemawia za tym obecność dowódcy Sił Powietrznych w kabinie pilotów i to, że samolot był w pełni skonfigurowany do lądowania. Gdyby nie chcieli lądować, nie zeszliby poniżej wysokości 100 m. Na wysokości 100 m – tak jak mówi regulamin lotów lotnictwa wojskowego, a przy okazji jest to także minimum pogodowe na tym lotnisku – samolot powinien być już w locie horyzontalnym. I pilot nie miał prawa, nie widząc pasa, zejść poniżej tej wysokości. A oni wciąż się zniżali, i to ostro. Dowódca Sił Powietrznych, który był w kabinie, podawał wysokość. Najpierw 250 m, potem 100 m, a potem podał 60 m. To już było 40 m za nisko. O tym, że chcieli lądować, świadczy też fakt, że odczyt wysokości robili z RW (radiowysokościomierza). Bo ich interesowała odległość do ziemi. Gdyby nie mieli zamiaru lądować, toby się zniżali według wysokościomierza barometrycznego.
Mówi się, że załoga popełniła błąd. Że odczytywała wysokość z radiowysokościomierza, który podawał im dane względem ukształtowania ziemi, a ponieważ przed lotniskiem był jar, to ich zmyliło. Powinni zaś robić odczyt z wysokościomierza barometrycznego, który podawał wysokość względem pasa lotniska.
– Proszę pana, piloci tego samolotu cały czas obserwowali także wysokościomierz barometryczny. Nikt mi nie wciśnie, że mogło być inaczej.
Dlaczego tak pan twierdzi?
– Bo wiem, jak wygląda kabina pilotów. W tej kabinie przed oczami pilota znajdują się trzy wskaźniki pilotażowe: prędkościomierz, wysokościomierz barometryczny, wariometr i czwarty – sztuczny horyzont. To według nich, w trudnych warunkach, w zasłoniętej kabinie, pilotuje się samolot. Tak to wygląda! Ja, podchodząc do lądowania, w życiu nie patrzyłem na RW. Żaden pilot nie patrzy. I Protasiuk też nie patrzył.
Ale nawigator mu tę wysokość podawał.
– Mnie też podawał, lecz już poniżej wysokości 100 m względem pasa, jeśli się decydowałem na lądowanie. Znacznik RW ustawia się na wysokość decyzji, żeby zaalarmował, by tej wysokości w żadnym przypadku nie przeoczyć. Powinien być ustawiony na 100 m. A potem nawigator zaczynał mówić: 80, 70… Faktycznie zaś było niżej. Gdy lądowaliśmy według ILS, czyli przy podejściu precyzyjnym, to ustawialiśmy 60 m. Na tej wysokości podawałem decyzję: lądujemy lub odchodzimy.
Ale kapitan Protasiuk powiedział: „Odchodzimy”.
– Z tym że powiedział dopiero na wysokości trzydziestu paru metrów według wysokościomierza barometrycznego. Tam nie było tych 100 m obowiązujących go w tej sytuacji. A kierownik lotu dał mu prawo zejścia tylko do tej wysokości. Powinien on więc na 120-150 m już tak zmniejszać prędkość opadania, aby na 100 m wyprowadzić samolot do lotu poziomego i w locie horyzontalnym zorientować się, czy widzi pas lądowania. I albo odchodzić na drugie zejście, albo lądować.
Miał pomysł, żeby zejść do 50 m.
– Nie ma czegoś takiego. Pilot podchodzi do lądowania, ale na wysokości decyzji, gdy nie widzi ziemi, przechodzi na drugie zajście (nieudane podejście) lub odchodzi na lotnisko zapasowe. Tak stanowi regulamin lotnictwa Sił Zbrojnych i takie procedury obowiązują także w lotnictwie cywilnym. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że w kokpicie obecny był dowódca Sił Powietrznych, który instytucjonalnie odpowiadał za przestrzeganie regulaminu lotów – za jego przestrzeganie przez wszystkich lotników, w całym lotnictwie Sił Zbrojnych. Tymczasem ten regulamin w jego obecności i przy jego akceptacji nie był przestrzegany, lecz wręcz łamany!
Piloci chcieli zejść do 50 m i wtedy się zorientować, co widać.
– Nie ma takiego manewru! Nie zgadzam się ze zdaniem komisji, że wypowiedzi dowódcy Sił Powietrznych ograniczały się jedynie do podania wysokości lotu, odczytanych z wysokościomierza barometrycznego, i nie ingerował on bezpośrednio w proces podejmowania decyzji przez dowódcę statku powietrznego. Był w kabinie, wszystko widział i zaniechał podjęcia decyzji o przerwaniu podejścia. A to był jego obowiązek. Skoro już się tam znalazł, powinien zgodnie z regulaminem lotów zabronić podejścia do lądowania. Tak stanowi § 19 pkt 24 tego regulaminu.

WKRACZA GEN. BŁASIK

Stenogramy z czarnej skrzynki dają wiele do myślenia. Na początku, gdy kpt. Protasiuk dowiaduje się, że w Smoleńsku pojawiła się mgła, jest niemal pewien, że będzie odchodził na lotnisko zapasowe. Mówi o tym stewardesie i szefowi protokołu dyplomatycznego Mariuszowi Kazanie. Ten odpowiada: „Mamy kłopot”. Po jakimś czasie Kazana wraca i mówi, że decyzja nie została podjęta. Można być pewnym, że przez prezydenta, który w międzyczasie rozmawiał telefonicznie z bratem. I po tych słowach jakby nożem uciął. Kpt. Protasiuk zaczyna schodzić do lądowania. Coś musiało się zdarzyć, skoro temat lotniska zapasowego nagle przestał być aktualny, za to zdecydowano, że jednak Smoleńsk. Co?
– W kabinie zjawił się – choć na tym etapie lotu absolutnie nie powinien – dowódca Sił Powietrznych. Dlaczego? Możemy tylko przypuszczać. Być może przekazano mu życzenie, żeby się zorientował, jakie są warunki, może żeby pomógł… Tego już się nie dowiemy, mikrofony były tylko w kabinie pilotów. W każdym razie załoga i jej dowódca byli zdeterminowani, żeby wylądować.
Gdy generał wszedł do kokpitu, to tak jakby przejął dowództwo?
– Proszę pana, generał bez względu na to, czy siedział w kabinie pasażerskiej, czy w kabinie pilotów, zawsze był ich przełożonym. Dowódca Sił Powietrznych na czas tego lotu nie był odwołany, nie zawiesił swojej funkcji. Najlepszy przykład – to on meldował prezydentowi przed odlotem gotowość załogi i samolotu do wykonania zadania.
Wszedł do kokpitu i od tego momentu już nie było mowy o locie na lotnisko zapasowe.
– Już nie było…
Pilot jednak mu się nie zameldował. Gdy generał wszedł, to objął dowodzenie czy nie?
– Jego obecność zdjęła odpowiedzialność z dowódcy samolotu. On powiedział: „Witam”, to mu odpowiedzieli: „Witamy”. Ale wiemy, o co chodzi. Przecież kapitan nie mógł wstać i trzaskać obcasami.
Jest teoria tłumacząca, dlaczego tak trudno było odcyfrować słowo kpt. Protasiuka „Odchodzimy”. To wypowiedziane parę sekund przed katastrofą. Najprawdopodobniej dlatego, że nie mówił do ustawionego mikrofonu, tylko odwracając głowę do generała. I było to bardziej pytanie niż rozkaz.
– Tak mogło być.
Przy czym w raporcie Millera twierdzą, że gen. Błasik był tylko pasażerem. 
– To bzdura. Tłumaczę ją tym, że piloci zasiadający w komisji latają w lotnictwie cywilnym i nie znają specyfiki wojska. Trzeba też wiedzieć, że wieloletni kolega generała jest wiceprzewodniczącym komisji. Sama obecność przełożonego, dowódcy, wszystko zmienia. Generał nie był zwykłym pasażerem, tylko dowódcą Sił Powietrznych – i to on był faktycznie dowódcą tego samolotu. To była jego załoga, jego samolot, on odpowiadał za wyszkolenie tych ludzi i za bezpieczeństwo tego lotu. Nie wiem, jak to wszystko się odbywało w kabinie, skoro nie wszystko jest nagrane i nie wszystko odczytane. Jeżeli natomiast generał nie powiedział: „Stop, odchodzimy!”, jeżeli milczał, to znaczy, że tak chciał. Wystarczyło zaś, żeby powiedział jedno słowo: „Odchodzimy!”, lecz najpóźniej na wysokości 100 m. Przypomnę też, że poza wszystkim był wyszkolonym już pilotem transportowym, przeszkolił się na funkcję drugiego pilota na samolot Jak-40 i świetnie znał wszelkie procedury lotnicze.
On to powinien powiedzieć?
– On to powinien powiedzieć! Zwłaszcza że obserwował wysokościomierz barometryczny. Nie miał prawa powiedzieć 60 m. Na 100 m powinien powiedzieć: „Odchodzimy”. Nie powiedział…
Słuchawki na uszach – jest teoria, że załoga słyszała coś innego niż generał.
– Nie zgadzam się z nią absolutnie. Gdy
latałem tym samolotem, nie zakładałem w ogóle słuchawek. W kabinie jest bardzo dobra słyszalność przez głośnik. Kontakt między członkami załogi też jest dobry, bo w kabinie jest cicho. Owszem, były takie sytuacje, że niektórzy piloci zakładali słuchawki, ale zawsze jedno ucho mieli odsłonięte. Właśnie po to, żeby mieć bezproblemowy kontakt z pozostałymi członkami załogi, bez konieczności używania łączności wewnętrznej.
Kapitan rozmawiał ze stewardesą, więc nie mógł mieć słuchawek na uszach.
– Gdyby je miał, toby nie słyszał, jak generał, wchodząc do kabiny, powiedział: „Witam”. On natomiast to usłyszał i odpowiedział: „Witamy”.
Generał w pewnym momencie mówi: „Nic nie widać”. To znaczy, że wyglądał przez okno kabiny i szukał ziemi.
– To pokazuje, jakie były zamiary.

LOT W DÓŁ

Zastanawia mnie jeszcze jedno – oni tam powtarzają te 100 m trzy razy.
– Bo teren się zmieniał. Oni się zniżali, ale i teren się obniżał. To powinno im dać do myślenia.
Nie zastanowiło to załogi? Samolot się zniża z prędkością 7 m/s, mijają sekundy, a ciągle jest 100 m.
– To niewytłumaczalne, no może poza tym, że wszyscy zapomnieli o jarze na podejściu. Tutaj działanie kpt. Protasiuka odbieram jako wywołane silnym stresem. Znalazł się w sytuacji, która go przerosła. Jego i całą załogę. Jako pilot mam odczucie, że on liczył, iż tę ziemię w końcu zobaczy.
Pilot jaka-40 mówił mu, że podstawa chmur wynosi 50 m. Kpt. Protasiuk pewnie więc myślał: zejdę na 50, zobaczę ziemię i wyląduję.
– Jeszcze raz mówię: jeżeli pilot na wysokości decyzji nie widzi ziemi, nie ma prawa dalej się zniżać. A ta wysokość wynosiła 100 m. Nieprzypadkowo są takie, a nie inne ustalenia! Regulaminy są pisane krwią! Obowiązują w całym lotnictwie. Za złamanie tej zasady można stracić licencję w lotnictwie komunikacyjnym. Jeśli pilotowi udowodnią, że zszedł poniżej tej wysokości i szukał ziemi… Bo tych, którzy jej w ten sposób szukali, już nie ma wśród nas.
Pan czasami nie próbował zejść trochę niżej?
– Na Jaku-40 czasami pozwoliłem sobie zejść trochę niżej. Przy czym Jak-40 to 16 ton do lądowania, a Tu-154 to 80-90 ton. Prędkość podejścia także się różni – u Jaka to 220 km/godz., a w Tu-154 – 280 km/godz. Inna też jest technika pilotowania każdego z tych samolotów. Jak-40 jest bardziej manewrowy, nie ma takiej inercji. Tupolew to większa prędkość i dużo większa bezwładność. Trzeba to wiedzieć i praktycznie się tego nauczyć, aby w sytuacjach ekstremalnych móc liczyć na swoje doświadczenie.
Czy samolot nie za szybko schodził do dołu? Z prędkością prawie 7 m/s.
– Mnie uczono u producenta w Rosji i w PLL LOT, i tak latałem przez 12 lat – maksymalnie 5 m na ścieżce. Instrukcja dopuszcza 6 m/s. Jeśli widziałem, że się nie zniżę wcześniej, że będę musiał mieć większą prędkość, odchodziłem na drugie zajście. Kiedyś, gdy leciałem z prezydentem Wałęsą do Gdańska, wiał silny tylny wiatr. Podchodziłem według ILS, wiatr okazał się za silny, musiałbym zwiększyć prędkość schodzenia. Nie podjąłem takiego ryzyka. Przeszedłem na drugi krąg, zrobiłem wszystkie poprawki na wiatr i wtedy spokojnie wylądowałem. Zniżanie 7,5 m/s to stanowczo za wiele. Ja się dziwię… Przy tej prędkości schodzenia, przy masie 80 ton ten samolot nie miał czasu na bezpieczne wyjście ze zniżania. Inercja! Gdy Protasiuk pociągnął sterem, samolot, zanim nabrał mocy i odszedł w górę, sporo jeszcze musiał opaść w dół.
Czyli pociągnął za późno.
– Pewnie dopiero wtedy, kiedy zobaczył zbocza wąwozu, a raczej drzewa rosnące po lewej stronie, już na jego krawędzi! Dlaczego tak uważam? Bo ruch steru, jak wynika z odczytów ze skrzynki parametrów, jest gwałtowny. Pilot pociągnął do oporu. Samolot poszedł w górę, obroty silników zwiększył do maksymalnych, ale spowodowało to przekroczenie kątów natarcia samolotu. Samolot stał się niesterowny. Za chwilę pilot odepchnął od siebie ster, chcąc to zniwelować, ale dzieliły go już tylko sekundy od uderzenia w feralne drzewo. On już i tak daleko by nie poleciał.
Gdyby nie ta brzoza, też by się rozbił?
– Na odczytach z rejestratorów lotu widać, że samolot przekroczył kąty krytyczne. Pilot musiał zobaczyć ziemię i energicznie pociągnął ster wysokości. Ale w tej konfiguracji, z wysuniętym podwoziem, z klapami do lądowania, z małą prędkością – nie miał szans.
Samolot siłą inercji jeszcze parę sekund musiał opadać w dół.
– Według mnie i kolegów, którzy latali na tym samolocie, którzy znają się na mechanice lotu Tu-154M, nie było szans na wyprowadzenie go. Było za późno.
A brzoza?
– Gdyby jej nie było, i tak nie byłoby samolotu. Może nie doszłoby do takiej tragedii, że samolot nie obróciłby się na plecy. Wtedy prawdopodobnie zderzyłby się z ziemią w locie poziomym, a to też nie wróżyło niczego dobrego.

CZEGO NIE ZROBILI ROSJANIE

Gdyby Rosjanie dobrze kierowali podejściem, byłaby szansa?
– Rosjanie zawinili w jednej sprawie. Nie w tej, czy podawali informacje, że jest na ścieżce zamiast pod ścieżką, bo według mnie, oni w ogóle nie wierzyli, że ten samolot będzie próbował lądować. Wiedzieli, że leci prezydent! Powinni byli zdecydowanie odmówić lądowania. Żadnych wprowadzeń na prostą! Gdy tylko się zgłosił na częstotliwości Smoleńska, powinni od razu skierować go na lotnisko zapasowe. Koniec, kropka.
A rosyjskie lampy na podejściu, z których co trzecia nie działała?
– To są drobiazgi… dla przebiegu tej katastrofy bez znaczenia. W takiej mgle, jaka panowała w tym momencie, ich światło nawet nie byłoby czytelne. Tak samo drobiazgiem jest to, że piloci nie mieli aktualnych dopuszczeń do lotów w minimalnych warunkach atmosferycznych. To, jak mówię, nie było bezpośrednią przyczyną katastrofy. Ale pokazuje atmosferę.
Czy tak naprawdę katastrofa jest łatwa do wytłumaczenia?
– Tak. Tam nie ma nic skomplikowanego. Nie było zamachu, samolot był sprawny technicznie. Gdyby dowódca Sił Powietrznych i załoga przestrzegali regulaminu lotów obowiązującego w lotnictwie wojskowym, nie doszłoby do katastrofy.
Protasiuk mógł się postawić swojemu dowódcy?
– To się tak łatwo mówi! On, podchodząc do lądowania, nie miał spokoju. Kokpit nie był „sterylny”, znajdowały się w nim inne osoby poza członkami załogi. Kapitan wiedział, że jest mgła, a ciągle ktoś mu wchodził do kabiny, nie było decyzji prezydenta, wreszcie przyszedł dowódca. Nie można tu mówić o spokojnym wykonywaniu lotu. Pilot chciał wykonać zadanie. Jednak chyba nie do końca wiedział, a raczej w deficycie czasu i w stresie zapomniał, że jest pod nimi ten parów.
Pewnie liczył, że wyjdzie na te 50 m.
– Tylko, po pierwsze, był niżej. A po drugie, z takim opadaniem, z taką prędkością podejścia nie miał szans. Powtarzam – to prosta katastrofa. Po prostu zabrakło zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego u osób wszechmogących.

PUŁK JAK KOZIOŁ OFIARNY

Jak pan przyjął fragment raportu komisji Millera dotyczący pułku?
– To się w głowie nie mieści! Pilot – przynajmniej tak było za moich czasów w lotnictwie wojskowym – na cały rok miał przygotowany grafik kontroli techniki pilotowania. Sporządzało się go na szczeblu eskadry, a zatwierdzany był przez dowódcę pułku. Dowódca eskadry, mając ten grafik, wiedział: aha, w lutym Iksowi „podchodzi” kontrola po trasie, a Igrekowi, przy minimalnych warunkach. I on to śledził. Mój zastępca w pułku zaś w moim imieniu to nadzorował. Zawsze więc wiedziałem, kto i kiedy ma jakie kontrole. Piloci też wiedzieli i pilnowali tego. Wszystkie wyniki kontroli były odnotowane w dziennikach osobistych pilotów. Teraz czytam ten raport i nie mogę zrozumieć, co w 36. specpułku sprawdzały komisje kontrolujące wyszkolenie lotnicze z Dowództwa Sił Powietrznych i Inspektoratu MON ds. bezpieczeństwa latania.
Kiedy inspektorem MON ds. bezpieczeństwa latania był płk Marian Chrzan, to 36. specpułk kontrolowano co roku, właśnie ze względu na
specyfikę i rangę jego lotów. Nasuwa się pytanie, dlaczego zaprzestano takich kontroli.
Były minister obrony narodowej mówi, że nie wiedział, co działo się w 36. specpułku. Pytam, co robiła Służba Kontrwywiadu Wojskowego, co robił szef Inspektoratu MON ds. bezpieczeństwa latania, których obowiązkiem było meldowanie ministrowi obrony narodowej o nieprawidłowościach w 36. specpułku.
– Za moich czasów w pułku było dwóch oficerów z kontrwywiadu wojskowego. Siedzieli zawsze w jednostce! Tłumaczyli, że zabezpieczają pułk z powodu rangi wykonywanych przez niego zadań. „Bo wozicie najważniejszych”, mówili. A teraz nagle zapomniano, kogo wozi pułk? W raporcie komisji Millera czytam, że w styczniu była kontrola z dowództwa Sił Powietrznych i niczego nie wykryto! To znaczy, że nikt nie zadał sobie trudu sprawdzenia dzienników osobistych pilotów latających na Tu-154M. To się nie mieści w głowie! Pierwszy raz po 37 latach pracy w lotnictwie spotkałem się z czymś takim, że ktoś nie miał aktualnych kontroli techniki pilotowania. I to jeszcze przy wykonywaniu tak ważnych lotów.
Dobrze, że pułk został rozwiązany? 
– Nie! Uważam, że to decyzja nieprzemyślana i kosztowna. Zastosowano odpowiedzialność zbiorową wobec całej kadry pułku, za zaniechania rządzących i wyższych dowództw. Trzeba było ten pułk przeorganizować, co skutecznie robiono ze szczebla dowództwa sił i w samym pułku od roku! Rok temu zmieniono dowódcę, pościągano dobrych pilotów, specjalistów z całej Polski, przy okazji naobiecywano im. A teraz… Godzinę przed ogłoszeniem decyzji o rozwiązaniu byłem w pułku i rozmawiałem z dowódcą. Nic jeszcze nie wiedział. O decyzji dowiedział się z telewizji, nikt mu jej osobiście nie zakomunikował. To fatalny styl zarządzania takim żywym organizmem, jakim jest armia.
Ale, patrząc inaczej, chyba już pora się pożegnać z radzieckimi maszynami?
– Owszem, pora. Tylko co w zamian? Od lat w każdym polskim rządzie jest lobby LOT-owskie oraz Embraera. Celowo blokowano zakup nowych samolotów dla pułku, aby loty VIP-owskie mógł wykonać LOT – chodzi o korzyści finansowe, które firma czerpie z wykonania takiej usługi. A są one ogromne. Teraz mówi się, że pułk nie ma na czym latać. Kadra pułku nic nowego sobie nie kupiła. Sama sobie miała kupić? Nie wiem, czy się doczekam, że jakiś poseł złożył interpelację w Sejmie i zapytał premiera, ile kosztuje nas leasingowanie embraerów 175. Bo prywatnymi kanałami dowiedziałem się, że leasing jest finansowany przez MON. Jeśli zliczymy wszystkie koszty – za leasing, użytkowanie czy wynajęcie załóg – będą to koszty niemałe. Należy zapytać, ile (i to zasadnie) wydano na modernizację pułku. I trzeba pamiętać, że są to pieniądze podatników, a nie rządzących. Za te pieniądze można byłoby już kupić dobrej klasy samolot. Tu też nie widzę więc zdrowego rozsądku. To znaczy, szefostwo LOT postępuje jak najbardziej rozsądnie, ale o nim tu nie mówimy.

Płk pil. Robert Latkowski– instruktor-pilot, były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (1986-1999). Współautor książki analizującej katastrofę smoleńską „Ostatni lot”. W najbliższych tygodniach ukaże się jej kolejne wydanie, będące analizą i polemiką z raportem komisji Millera.

Komentarze

Dla każdego, kto potrafi

Dla każdego, kto potrafi wyzwolić się od narzuconej, praktycznie wszystkim Polakom, wizji tego, co się w kabinie TU-154M działo, jasnym, jak Słońce jest to, co komisja przed nami ukryła. A ukryła, znana zapewne sobie, odpowiedź na pytanie, kto jest winnym tej katastrofy. Jestem przekonany, że znakomita większość Polaków albo całkowicie świadomie, albo podświadomie na to pytanie odpowiedź również zna. Jasnej i prawdziwej odpowiedzi komisja udzielić nie mogła, ponieważ w Polsce - jak mało w którym kraju - panuje straszliwa hipokryzja, zwana niekiedy poprawnością polityczną. I to ona powoduje, że dziś praktycznie nikt nie odważy się głośno powiedzieć, że winnym jest zupełnie ktoś bardzo konkretny, że gdyby najwyżsi państwowi funkcjonariusze, szanowali nie tylko prawo ale i państwowe instytucje, do katastrofy by nie doszło. Nie byłoby takiego totalnego bałaganu w każdym zakamarku tego Państwa, samowoli i swawoli, a także głupoty, nie tylko politycznej. D. Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby komisja Millera ujawniła te wszystkie faktyczne okoliczności i powody katastrofy, straciłby zbyt wiele z uwagi na tę nieznośną polską zaściankową mentalność. O zmarłych nie można mówić prawdy, bo prawda dotyczyć może tylko maluczkich. Przekonany jestem, że za ileś tam lat, gdy dzisiejsze polityczne tuzy, całkowicie znikną z politycznej scen, prawda przebije się do wiadomości publicznej. Chyba, że pojawi się jakieś wcielenia Grossa, który prawdy nie będzie się bał ujawnić.

A teraz… Godzinę

cytat:... "A teraz… Godzinę przed ogłoszeniem decyzji o rozwiązaniu byłem w pułku i rozmawiałem z dowódcą. Nic jeszcze nie wiedział. O decyzji dowiedział się z telewizji, nikt mu jej osobiście nie zakomunikował. To ... fatalny styl zarządzania takim żywym organizmem, jakim jest armia". Tak to bywa jak za rządzenie i to w obojetnie jakiej dziedzinie, zabiorą się Panowie w krótkich majtkach działajacy zwykle na tzw. ... mitach i odruchach - zamiast na rozsądnym dobrze wcześniej przemyślanym, zaplanowanym, odpowiedzialnym i honorowym (wobec swoich podwładnych i swoich fachowców) postępowaniu. Ktoś w końcu za te ewidentne błędy na górze musiał teraz ponieść niezasłużoną karę. I jak to zwyle w takich przypadkach bywa ... zawsze odpowiadają ludzie na dole a już nie zawsze Ci na górze. Wychodzi na to, że to tylko na dole pracują ludzie odpowiedzialni. W zakresie nowych inwestycji cała Polska Armia od zbyt wielu lat była traktowana jak piąte koło u wozu. Zapewne i to też spowodowało, że nawet i oficerowie kontrwywiadu wojskowego w 36 SpecPułku zostali zwyczajnie na świecie (tym nieuchwytnym, nienamierzalnym i podstępnym sposobem demoralizacji zarządzania Armią - od samej góry do dołu) po prostu ... znieczuleni. Tak jak wszedzie, gdzie się nic ciekawego nie dzieje - ludzie z czasem tracą czujność. Nadmiar zaplanowanych celów (politycznych) postawionych do wykonania przed pułkiem przy braku odpowiednich środków też tu w dużym stopniu zawinił. Ci co prowadzą nieustanne podjazdowe walki i bitwy na szczeblach politycznych zwykle dla swojej Armii, na co dzień, czasu nie mają. A jak już jakiś tam czas znajdą to zamiast wysłuchać ... tego co mają do powiedzenia fachowcy na dole to tylko im rozkazują ale nabrzmiałych problemów, które leżą tylko w kompetencji (przełożonych wyższego szczegla) - latami nie rozwiązują. Czyżby teraz poprzez ... rozwiazanie 36 SpecPułku dla dobra Majestatu szanowni politycy chcieliby przyspieszyć rozwiązanie wszystkich problemów na raz. Ma rację Pan pułkownik Robert Latkowski to fatalny styl zarzadzania takim żywym organizmem, jakim jest Armia i jakim jest Polska. Trzeba nam kolejny raz przywrócić szacunek dla polskich fachowców, bo to od nich zależy powodzenie każdego postawionego przed nimi zadania. Najpierw trzeba ich dobrze wyszkolić a potem uszanować ich wiedzę i doświadczenie i "nie wpieprzać" się im w paradę ze swoimi sobiepańskimi zachciankami, przepychankami oraz wymachiwaniem szabelki przed ich boguduchawinnym nosem, szczególnie wtedy kiedy to do nich należy czas na wolne od nacisków myślenie i bezbłędne działanie. Tragedia smoleńska ewidentnie udowodnia ... że to kończy się tragicznie dla obu stron (bo zawsze wszyscy na jednym "wózku" jedziemy). Jednak niektórym szczególnie tym na górze zbyt często wydaje się, że jak są już Kimś to są już nieśmiertelni lub niepokonani. To właśnie przez swoisty brak pokory tracimy rozum oraz rozsądek w podejmowaniu ważnych decyzji.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Niepokojąca prognoza - Pokój jest na ostrzu noża
Jurczyk Mariusz w dniu czwartek, 4 październik 2012, 19:39 napisał(a)
 

ONET.PL

źródło: -> http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/niepokojaca-prognoza-glacy-wszystko-jest-na-ostrzu,1,5265690,wiadomosc.html

Piotr "Glaca" Mohamed, wokalista zespołów Sweet Noise i My Riot, pesymistycznie ocenia szanse na pokój na świecie. Znany muzyk, wychodząc od sytuacji w Syrii, twierdzi, że fala przemocy może rozlać się także na inne państwa. - Jesteśmy ofiarami brudnej polityki opartej na chciwości, uprawianej przez jakiś niewielki krąg ludzi, którzy pociągają za sznurki - mówi w rozmowie z Onetem.

Wywiad został przeprowadzony kilka dni temu. Od tego czasu sytuacja w regionie zaostrzyła się.

Wojna domowa w Syrii trwa już półtora roku, po obu stronach konfliktu zginęło co najmniej 30 tysięcy osób. Świat próbował zażegnać krwawy konflikt przy użyciu dyplomacji pod szyldem Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu.

Ze swojej misji pokojowej zrezygnował Kofi Annan, specjalny wysłannik ONZ, mówiąc, że "historia osądzi nas surowo za brak zdecydowanych działań w sprawie tej wojny". Takich konfliktów jest jednak znacznie więcej i są one zagrożeniem dla stabilności całego świata.

Z Piotrem "Glacą" Mohamedem, wokalistą zespołów Sweet Noise i My Riot, rozmawia Przemek Henzel.

- Onet: Co powinien zrobić świat w sprawie Syrii? Skoro wysiłki dyplomatyczne nic nie dały, czy powinno dojść do interwencji zbrojnej?

"Glaca": To, co dzieje się w Syrii, jest skrajnie niebezpieczne. To konflikt w miejscu zapalnym, gdzie krzyżują się interesy wielu państw, gdzie cały czas dochodzi do aktów agresji. Jest to zarazem jeden z najbogatszych regionów świata; mamy tutaj także do czynienia z zaostrzonym konfliktem Izraela i Iranu. Wiele osób twierdzi, że chodzi o to, by mieć pretekst do zaatakowania Iranu i odcięcia go od Syrii, która jest jego największym sojusznikiem i zarazem zapleczem dla Hezbollahu.

Iran, kończący prace nad bombą atomową, jest zagrożeniem dla Izraela, który prowadzi kampanię mającą na celu atak na ten kraj. To, czego dowiadujemy się na temat Syrii, to informacje, które bardzo często trudno zweryfikować.

Jesteśmy poddawani propagandzie, manipulacji, wojnie informacyjnej z wielu stron i trudno wyrobić sobie pogląd na sytuację. Jako ludzie, którzy nie siedzą na wysokich szczeblach władzy, niewiele o tym wiemy. Wiemy to, co siły zaangażowane w ten konflikty chcą, żebyśmy wiedzieli. Fabrykowane są zdjęcia i filmy i bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, kto jest za to wszystko odpowiedzialny.

Naruszenie balansu, czyli interwencja zbrojna może doprowadzić do totalnej eskalacji konfliktu, co będzie groźne dla nas wszystkich. W ten konflikt zaangażowane są właściwie wszystkie kraje tego regionu. Tam rozgrywa się nie tylko jedna wojna, mamy do czynienia także z kwestią sporu sunnitów i szyitów, który może nabrać jeszcze większego rozmiaru i rozlać się na cały świat. Nierozwiązana jest także sprawa kurdyjska w Turcji.

- Czy wojna domowa w Syrii to wynik błędnej polityki wobec tego kraju w przeszłości?

- W tej chwili płacimy cenę za wieloletnią politykę opartą na chciwości i ślepej walce o władzę. Zdanie ludzi na ulicy przestało mieć znaczenie w tej kwestii. Wciąganie nas w sytuacje, które od nas nie zależą, jest po prostu bezcelowe i, mówiąc dobitniej, cholernie niemoralne.

Czujemy się podle, bo nie możemy pomóc ginącym ludziom, a tymczasem decyzje w żaden sposób nie zależą od nas i nie o naszą litość tutaj chodzi. Przez wiele lat wielu dyktatorów było w kręgu interesów i świat przymykał oczy na ich zbrodniczą działalność i łamanie praw człowieka. Robiono interesy z Saddamem Husajnem i Muammarem Kaddafim, w tej chwili z Assadem. Wielu z tych ludzi dostawało pomoc od USA i Rosji.

Gdy karty układają się inaczej, nagle dostrzega się ich terrorystyczną działalność i  likwiduje się ich. Ludzi, często słabo wyedukowanych, wciąga się w brudne gry, wysyła się przeciwko ich braciom i siostrom do walki w imię religii, w imię Boga, gdy tak naprawdę stoi za tym chęć zdobycia władzy czy złóż ropy naftowej.

Przemysł zbrojeniowy to jeden z lepiej prosperujących interesów, ale żeby mógł sie rozwijać i przynosić zyski potrzebne są wojny. Najlepiej gdy są to konflikty trwające wiele lat. To wszystko to brudna gra, w której giną setki tysięcy ludzi.

Interwencja w Syrii nie będzie interwencją zbrojną mającą na celu pomoc ludziom, w to w ogóle nie wierzę – z tym nie mieliśmy do czynienia ani w Iraku, ani w Afganistanie, ani w Libii czy Sudanie. Tu nie chodziło o pomoc i demokrację, myślę zresztą, że wprowadzenie demokracji w krajach arabskich jest niemożliwe.

Te interwencje były wojnami na  podłożu ekonomicznym. Jeśli tu dojdzie do interwencji, to nie będzie to interwencja humanitarna, lecz interwencja, która będzie miała cel militarno-ekonomiczny wymierzony, poprzez Syrię,  w Iran.

Nie sądzę, by interwencja zbrojna była celowa. Miałaby ona na celu wywołanie wojny w innym miejscu. Z tym samym mieliśmy do czynienia w czasie Arabskiej Wiosny Ludów, gdy domino zaczęło się przewracać w całym regionie. Tak było w Sudanie podzielonym obecnie na dwa państwa.

Ta niejasna sprawa, która w tym całym zdarzeniu była tylko epizodem, ale domino od Egiptu dotarło aż do Libii. Domino przewraca się dalej, kolejnym etapem jest teraz Syria. Taki konflikt może mieć fatalne skutki, bo tam krzyżują się potężne interesy. To miejsce, w którym od lat nie zrobiono nic dla pokoju; to miejsce cały czas spływa krwią.

- Stany Zjednoczone, przeprowadzając interwencje zbrojne w Afganistanie, Iraku i Libii powoływały się także na względy humanitarne. Czy Amerykanie powinni wysłać swoje siły zbrojne do Syrii, jako że pojawiają się już takie głosy?

- Nie wierzę w żadne względy humanitarne, takie interwencje to operacje militarne, polityczne i ekonomiczne; to są zwykłe inwazje, widać to gołym okiem.

Współczujemy, jako gatunek ludzki, innym ludziom i to naturalne, że człowiek chciałby coś zrobić dla innych, ale to nie jest tak, że wyjdziemy z domu i będziemy mogli pomóc ludziom w Syrii. To wiąże się z całą wielką machiną, a stopień, w jakim zostaliśmy pozbawieni wpływu na politykę światową, na politykę naszych państw i brak wpływu na rządzących, doprowadził do sytuacji, w której cały świat jest tykającą bombą.

Nie wiadomo, w jakim kierunku sie to potoczy. Nie wiadomo co jest prawdą, a co propagandą i mistyfikacją. Z tego wypływa inne ważne pytanie: "Jak żyć w społeczeństwie, bo w tym wszystkim, co dzieje się wokół nas, nie wiadomo komu wierzyć i jak mieć na to wpływ?".

- Czy powinniśmy naciskać na ONZ w celu podjęcia zdecydowanych działań wobec Syrii? Jaki apel mógłby zostać wystosowany do światowej opinii publicznej?

- Jeśli jest taki apel, który powinien zostać wysłany przez ludzi świata, to jest to "Give Peace a Chance", słowa Johna Lennona, czyli "dajcie pokojowi szansę". Powinniśmy tego żądać; powinniśmy żądać pokoju, w którym absolutna większość ludzi na świecie, pewnie 98 procent, chciałaby żyć życiem spokojnym, z dnia na dzień.

Gdyby nie wojny i wyścig zbrojeń, to moglibyśmy wyżywić świat, zadbać o całą planetę i korzystać z technologii, a tymczasem żyjemy w coraz większym stresie, żyjemy bombardowani informacjami o kolejnych wojnach i o tym, że nasz świat ekonomicznie się wali. Jeżeli rządzący się nie przebudzą to nie skończy się na Syrii, ale ludzie wyjdą na ulice w Europie. Kiedyś cierpliwość pęknie, a frustracja przerodzi się w otwarty konflikt.

Ślepa wiara, że władzy wolno wszystko, a ludzie są zajęci wszystkim, tylko nie trzymaniem ręki na pulsie, może okazać się błędem. Część z nas potrafi w tym gąszczu informacji nie stracić głowy i szukać prawdy w zalewie informacyjnych bomb, dzielić się przemyśleniami, a nie postrzegać wszystko przez nagłówki w mediach, uwikłane w polityczne sytuacje.

My także wysłaliśmy żołnierzy do Iraku i Afganistanu; nie były to decyzje humanitarne, tylko polityczne, chcieliśmy coś w zamian za to uzyskać. Na marginesie mówiąc dostaliśmy g***o. Przykrywanie takich decyzji względami humanitarnymi to, według mnie, bajka dla ludzi, którzy są głusi i ślepi, którzy nie chcą, albo boją się, patrzeć głębiej.

- Przykład Syrii nie jest jedyny, to głównie cywile padają ofiarą działań wojennych. Czy ludzka godność staje się zawsze ofiarą wojny, "brudnej polityki"?

- Niestety tak. W Polsce na przykład, ostatni wielki zryw, w który byłem zaangażowany, był zrywem przeciwko ACTA. Był spektakularny, rząd na chwilę się przebudził. Nie był to nokaut, ale poruszono pewne struktury, rządzący musieli poruszyć cielsko i jakoś zareagować.

Niewiele jest jednak przykładów, że żyjemy świadomie. Ignoruje się opinię publiczną, myślę, że jednostka  i jej zdanie nie znaczy już nic w skali świata. Możni tego świata, korporacje, ludzie handlujący ropą i bronią, ci, którzy mają kontrolę nad zasobami i finansami, cały sektor bankowości, to osoby, które ignorują zwykłych ludzi. Gardzą nami, nie tuszując specjalnie swoich brudnych działań. Żyją w przekonaniu, że masa jest bezmózga.

Potrzebny jest nagły zryw, bo eskalacja konfliktów i zagrożeń jest potężna. Gdyby tylko to było takie proste, by zmienić ten schemat, by móc żyć w poszanowaniu, harmonii i równości…

Jako ludzie jesteśmy jednością, ale na przykład religie nadal dzielą ludzi. Wydaje się, że one zostały skonstruowane właśnie po to, by ich dzielić. To one są podłożem konfliktów - muzułmanie versus chrześcijanie,  kwestia związana z Syrią – czyli sunnici kontra szyci – czyli wojna w obrębie jednej religii... To wszystko jest odgórnie podsycane. Byłem w wielu krajach wiem, że ludzie nie mają problemu z życiem w pokoju. Jesteśmy agresorami, ale nie sądzę, że niemożliwy jest model w którym żylibyśmy w pokoju.

Jesteśmy ofiarami brudnej polityki opartej na chciwości, uprawianej przez jakiś niewielki krąg ludzi, którzy pociągają za sznurki i rozdają karty. Oni patrzą na wszystko jak na wielką szachownicę, na której padają kolejne pionki. Taka mapa ma gwarantować zysk i kontrolę nad masami. Ciekawostką jest internet, jako źródło totalnej informacji, a z drugiej strony - pole do manipulacji i propagandy na wielka skalę. To wszechogarniające i przerażające.

- Na każdym kroku politycy zapewniają, że należy dbać o prawa człowieka na całym świecie, ale rzeczywistość rozmija się z obietnicami. Czy zwykli ludzie mają szansę na walkę z hipokryzją polityków?

- Ten wątek przejawia się w dyskusji na temat Syrii, tej wielkiej katastrofy, rzezi niewinnych ludzi. Nie można tracić nadziei, trzeba wypracować nowe modele reagowania w takich sytuacjach.

Czuję się osobiście zagubiony, ale staram się żyć świadomie, choć życie w świadomości jest bardzo bolesne. Jeśli nie uciekamy od prawdy, walczymy ze swoją słabością, że "nic nie mogę", tylko, że "chcę", to nawet dla ludzi dookoła jesteśmy i tak tylko naiwnymi dziećmi, które wierzą w bajki; wierzą, że można coś zmienić, bo przecież świat należy do możnych polityków, bankierów.

Od lat staram się w swojej twórczości poruszać wątek świadomości i godności czyli tego,  co w człowieku jest najważniejsze. Nie jest mi łatwo, często moje teksty i postawa były, i są, wyśmiewane, są nazywane naiwnym spojrzeniem na świat. Nie potrafię jednak, w kwestii wojen i wolności słowa, kontrolowania nas na każdym kroku, spać spokojnie i pisać  o czymś innymi.

Mówiąc o nowych modelach mam na myśli małe społeczności. To jest początek, bo nie można od razu przecież budować nowych państw, nikt nam nie pozwoli przecież oderwać się od systemu i stworzyć czegoś na skalę globalną. Możemy tworzyć w dobie megazaj*** komunikacji małe modele, małe społeczności oparte na wzajemnym szacunku, budowaniu czegoś razem, wspieraniu się, dzieleniu się informacją i świadomością zbiorową.

Chodzi o życie alternatywne wobec krwiopijczego, morderczego i egoistycznego systemu, w którym żyjemy. Od lat spędza mi to sen z powiek.

Czy powinniśmy cały czas patrzeć politykom na ręce?

- Wobec polityków powinniśmy być bardzo nieufni i krytyczni. Model wybierania rządzących powinien się zmienić. Nie powinni być to ludzie tak bardzo uprzywilejowani, poza prawem, ludzie, którzy walczą o głosy w momencie wyborów, a później okazuje się, że składają tylko czcze obietnice.

Nie jest to model progresywny i to, z czym mamy do czynienia w Syrii, to już nabrzmiały konflikt, który narodził się nie na ulicy, ale w gabinetach polityków i bankierów. To połączone siły, które akurat tam załatwiają interes i tam chcą gdzieś tę nową mapę sił na świecie poukładać. W konflikt jest zaangażowana Rosja, Chiny, pozostające w kontrze do USA. Nie ma jednomyślności mocarstw, jest to kolejna odsłona czegoś podobnego do Zimnej Wojny.

Obawiam się, że trzeba przyzwyczaić się do sytuacji,  w której żyjemy w obliczu katastrof humanitarnych. Nie zawsze decyzją musi być wysłanie wojska, bo to nie my, obywatele, wysyłamy żołnierzy, tym bardziej, że podłożem takich decyzji nie jest troska o ludzi, lecz  interesy, które nie są w tym wypadku w ogóle naszymi interesami.

Możemy się starać walczyć z hipokryzją polityków, każdy z nas powinien bacznie im się przyglądać i żądać szacunku dla siebie. Kto wie, czy w Europie nie będziemy świadkami  buntów i przewrotów? Bo eskalacja kryzysu ekonomicznego to napięcie, które kiedyś przecież wybuchnie, a wtedy będzie już za późno, bo otwarty konflikt przerodzi się w totalny chaos, rzeź, globalny stan wojenny. Wszystko  stoi na ostrzu noża. Cóż… "Give Peace a Chance". To najwyższy czas, by się przebudzić, bo inaczej będziemy musieli zapłacić ogromną cenę.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Kredyt na studia - kłopoty ze spłatą (w USA)
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 24 lipiec 2012, 17:38 napisał(a)
 

Gdzieś z netu - chyba Krytyka polityczna

Kiedy przyjeżdżasz z Europy z podwójnym magistrem, ludzie myślą, że albo pochodzisz z zamożnej rodziny, albo masz ogromny dług do spłacenia. W Stanach Zjednoczonych wykształcony trzydziestolatek bez 20 – 30 tysięcy dolarów pożyczki studenckiej do spłacenia to rzadkość. Co więcej – według najświeższego raportu Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku – amerykańscy emeryci mają do spłacenia 36 miliardów dolarów.

W sumie mówimy o 1 trylionie dolarów długu w pożyczkach studenckich, z czego ¼ to dług zaległy i niespłacony w terminie. Dla porównania – w 2007 roku dług ten wynosił 600 miliardów dolarów. Według CNN Money problemem jest nieodpowiedzialność młodych ludzi, którzy kupują nowe samochody, a potem nie spłacają swoich kart kredytowych i zalegają z ratami za studia. Poza tym – dodają niektórzy – coraz więcej ludzi studiuje, więc nic dziwnego, że dług rośnie; nie ma się czym martwić. Ale coraz więcej Amerykanów zaczyna postrzegać swoje wykształcenie jako problem. Protestujący w ramach Occupy Wall Street absolwenci prestiżowych uczelni przebierają się za galerników – z łańcuchami na szyi i kulami u nóg. Jeśli po to, żeby spłacić studia prawnicze na Harvardzie, trzeba pracować jako tancerka egzotyczna na Time Square, to znak, że z systemem edukacji w USA jest jednak coś nie tak. A jeśli masz 80 lat i 1/3 twojej emerytury jest automatycznie odciągana na spłatę pożyczki studenckiej, którą zaciągnąłeś, mając lat 20, to koncepcja edukacji jako inwestycji w przyszłość przestaje mieć jakikolwiek sens.

Oczywiście, nie wszyscy emeryci są w tej samej sytuacji. Część ludzi wróciła do szkoły w późniejszym wieku, żeby się przekwalifikować (typowy w USA przypadek „drugiej kariery”) i dlatego nie zdążyli spłacić długów przed sześćdziesiątką. Studenci między pięćdziesiątym a sześćdziesiątym czwartym rokiem życia stanowią 17% całości studiujących. Nie zmienia to jednak faktu, że najwyraźniej ludzie ci najwyraźniej nie znaleźli bezpieczeństwa finansowego w obranym pierwotnie zawodzie. Nawet wziąwszy pod uwagę pewną liczbę ludzi, dla których zmiana zawodu była decyzją czysto personalną, wciąż sygnalizuje to znaczący problem w systemie edukacji. Drugą potężną grupę stanowią emeryci, którzy zaciągnęli pożyczki wspólnie ze swoimi dziećmi lub wnukami, żeby pomóc im w zdobyciu odpowiedniego wykształcenia. Koszty edukacji wciąż rosną. Według „Wall Street Journal” dobre wykształcenie medyczne to około 400 tysięcy dolarów. W końcu – trzecia grupa, dla której istnienia nawet najwięksi optymiści nie znajdują usprawiedliwienia – siedemdziesieciolatkowie, którzy płacą za swoje studia odbyte 50 lat temu. Dla tych ludzi dyplom magistra to brzemię.

Cały problem polega na tym, że nawet ogłoszenie bankructwa nie zwalnia cię z płatności. Swoje długi wleczesz za sobą do grobu, jak malowniczo przedstawia problem William E. Brewer, prezes Narodowego Towarzystwa Prawników zajmujących się Upadłością Konsumencką. Łańcuchy możesz zrzucić dopiero w trumnie. Są ludzie, którzy po dziesięciu latach od otrzymania dyplomu mówią, że gdyby „wiedzieli, że tak będzie”, nigdy nie poszliby do college’u. Czasem to jest kwestia wyboru kierunku. Studia humanistyczne na którymś w uniwersytetów Ligii Bluszczowej (filozofia czy literatura angielska) często kończą się zmianą kariery. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, którzy chcą założyć rodzinę i jednocześnie spłacać swoje studia. Często odpowiedzią jest wstąpienie do armii, marynarki lub sił powietrznych, które nadal stanowią jeden z najbezpieczniejszych sektorów na rynku pracy. Jednak nawet ludzie, którzy wybrali kierunki takie jak marketing i zarządzanie, mają problem ze znalezieniem odpowiednio dobrze płatnej posady. W wielu przypadkach odrzucanie ofert mniej płatnych staje się koniecznością – delikwent musi nie tylko się utrzymać, ale także zarobić na miesięczną ratę pożyczki. Bezrobocie sprawia, że tak powszechne jest tzw. zatrudnienie niepełne (underemployment) – poniżej kwalifikacji. Okazuje się rówież, że jeśli chcesz zostać np. pracownikiem socjalnym albo nauczycielem w szkole średniej (a nie prawnikiem w renomowanej kancelarii albo traderem w banku inwestycyjnym), nie masz co marzyć o dobrej szkole. Pożyczka rzędu 100 tysięcy dolarów nie ma sensu, jeśli będziesz zarabiać 35 tysięcy dolarów rocznie. Po kilku latach od otrzymaniu studiów może okazać się, że twoje studia są nie do spłacenia. A niespłacanie pożyczki studenckiej ma poważne konsekwencje. Kupno domu lub mieszkania, otrzymanie kredytu na własny biznes – wszystko to staje się niemożliwe.

Amerykanie są dumni ze swojej etyki pracy – to ona buduje „amerykański sen”. Jedna z jego żelaznych zasad brzmi – pracuj ciężko, a jeśli coś się nie udaje, pracuj jeszcze ciężej. I tu zaczyna się błędne koło. Ludzie, którzy mają problem, żeby związać koniec z końcem, postanawiają zmienić zawód (nowe studia) lub poprawić swoją pozycję w zawodzie (studia wyższego stopnia). A więc rosnąca liczba studentów jest nie tylko – jak chcą amerykańscy eksperci – znakiem, że coraz więcej ludzi chce studiować, ale również sygnałem tego, że recesja, bezrobocie i brak przyszłości sprawia, że ludzie nie widzą innego wyjścia, jak kształcić się dalej.

Podczas gdy dwudziestolatkowie coraz częściej przerywają studia, a trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą przynajmniej łudzić się, że kiedyś będą zarabiać odpowiednio dużo, żeby spłacić swoje długi – emeryci nie mają już żadnej nadziei. Windykatorzy wchodzą nawet na ubezpieczenie społeczne (social security), które stanowi w Stanach Zjednoczonych minimalną emeryturę. A to dopiero początek problemów. Za kilka lat w wiek emerytalny wejdzie niezwykle pokolenie baby boomers, które znacznie powiększy ilość emerytów płacących za „błędy młodości”. Najgorzej jednak będą mieli ci, którzy studiują teraz, zaciągając niebotyczne pożyczki w czasach, gdy czesne za studia rośnie szybciej niż kiedykolwiek. Młodzi ludzie wciąż spodziewają się, że w wieku 62 lat będą mogli pójść na emeryturę, podczas gdy ci, którzy mają 50 lat, już teraz wiedzą, że nie będą sobie mogli pozwolić na podobny luksus. W wielu przypadkach może się okazać, że jedynym sposobem na spłacanie pożyczek studenckich jest praca do osiemdziesiątki.

Nawet „Washington Post” zgadza się, że raport Banku Rezerw Federalnych obnaża paradoksy i problemy w systemie edukacji USA. Krach rynku nieruchomości zakwestionował tę część „amerykańskiego snu”, jaką jest posiadanie własnego domu – teraz odczarowaniu ulega wizja edukacji jako systemu, dzięki któremu każdy może awansować – wystarczy ciężko pracować, bo szanse wszyscy mają równe. Według raportu brytyjskiej firmy konsultingowej Absolute Stretegy Reaseach, 63% Amerykanów twierdzi, że amerykański system przestał działać, a 58% jest zdania, że nie wszyscy w amerykańskim społeczeństwie mają równe szanse. 77% demokratów i 51% republikanów uważa, że dawny model Ameryki się wyczerpał.

Amerykańscy rodzice przyzwyczaili się do odkładania pieniędzy na college, gdy przyszły student gaworzy sobie jeszcze w pieluchach. Jednak z punktu widzenia Europejczyka można zadawać sobie pytanie o to, czy płatna edukacja sama w sobie nie uniemożliwia równych szans i równego startu w przyszłość, czyli samej esencji demokracji. Edukacja w Ameryce staje się problemem ekonomicznym, nie edukacyjnym. Wybory stają się wyborami ekonomicznymi, nie edukacyjnymi. Prezydent Obama składa mgliste obietnice przyszłych reform, które mają wyznaczyć jakiś pułap i ograniczyć długi studentów. Jednak projekty a wprowadzenie reform w życie to dwie różne sprawy. Doskonale pokazuje to przypadek niesławnej reformy amerykańskiej służby zdrowia. Praca nad nią właśnie idzie na marne w czczych dyskusjach prowadzonych w ostatnich tygodniach w Sądzie Najwyższym.

Należy się obawiać, że tak jak w przypadku Obamacare, jeśli chodzi o edukację Amerykanie będą walczyć – paradoksalnie – o wolność OD swoich praw obywatelskich. A wszystko z obawy przed interwencją państwa.

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Reforma emerytalna
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 24 lipiec 2012, 17:37 napisał(a)
 

Polski system emerytalny bardzo silnie odwzorowuje przebieg legalnego zatrudnienia. Reformy emerytalne polegające na podnoszeniu wieku emerytalnego nie muszą być w takim systemie bardzo dotkliwe – w sytuacji poprawnie funkcjonującego rynku pracy, charakteryzującego się wysoką stopą zatrudnienia, a przede wszystkim jego ciągłością. Wystarczy wspomnieć o krajach skandynawskich, gdzie mamy do czynienia z bardzo wysokimi stopami zatrudnienia, w tym osób starszych, oraz z niskim bezrobociem. Polska w tych kwestiach plasuje się niestety na drugim biegunie.

Wiek emerytalny i podaż pracy

W uzasadnieniu omawianej ustawy powtarza się argument, że podniesienie wieku emerytalnego jest remedium na zmniejszającą się podaż pracy: tak, jakby podniesienie wieku było jedynym parametrem, za pomocą którego da się wpłynąć na podaż pracy. Eksperci NBP porównali potencjalny wpływ czterech scenariuszy reform na zmiany w podaży pracy: oprócz podniesienia wieku emerytalnego wzięto pod uwagę wzrost aktywności ekonomicznej do poziomu krajów zachodnich, wzrost dzietności oraz wzrost migracji netto.

Symulacja skutków podniesienia wieku emerytalnego pokazała, że instrument ten jest relatywnie mało skuteczny dla zwiększenia podaży pracy. Z czterech analizowanych scenariuszy najbardziej efektywne jest podnoszenie stopy aktywności zawodowej oraz stymulowanie dzietności. Liczne badania empiryczne potwierdzają związek pomiędzy inwestycją w usługi żłobkowe a wzrostem aktywności zawodowej kobiet, co z kolei prowadzi do wzrostu dzietności. W tym momencie żłobki i przedszkola wpływają nie na jeden – ale na dwa zasadnicze parametry zwiększające podaż pracy w krótkim (praca kobiet) i długim (dzietność) okresie. Nie wspominając o pozytywnych skutkach dla budżetu państwa. Niestety, w uzasadnieniu ustawy usługom opiekuńczym poświęcono bodajże jeden równoważnik zdania na liście „działań towarzyszących” reformie. Jednocześnie kwestia podnoszenia stopy zatrudnienia osób młodszych nie pojawia się w ogóle.

Wielokrotnie pisaliśmy o tym, że nie można patrzeć wyrywkowo na reformę systemu emerytalnego: oprócz kwestii żłobków i przedszkoli, potrzebna jest aktywna polityka rynku pracy, wspieranie edukacji przez całe życie, inwestycja w edukację zawodową i infrastrukturę, obowiązkowe włączenie pracodawców w finansowanie i organizowanie przyuczania do zawodu. Takie warunki spełnione być muszą również przy zrównywaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Wprowadzenie jednakowego wieku przechodzenia na emeryturę dla kobiet i mężczyzn to jeden z punktów programu polityki społecznej przeciwdziałającej dyskryminacji ze względu na płeć. Wliczanie okresów opieki nad dzieckiem jako okresów składkowych pozwoli na złagodzenie nierównowagi w naliczaniu wysokości emerytur kobiet i mężczyzn i jest odpowiedzią na nieodpłatną płacę kobiet. Ale w dłuższym okresie, bez jednoczesnego rozwijania usług opiekuńczych i bez rezerwowania (najlepiej połowy) urlopów wychowawczych dla ojców, utrzymywanie dłuższych okresów urlopów doprowadzi do utrwalenia tradycyjnego podziału ról w rodzinie.

Pojawia się tutaj dylemat: jak uwzględnić sytuację osób, które swoje życiowe decyzje (np. co do pozostania w domu w celu opieki nad osobą niesamodzielną) podejmowały w oparciu o istniejący system wsparcia (a raczej jego braku), a jednocześnie przygotować grunt pod zmianę modelu opieki nad dziećmi i podziału ról w rodzinie? Z podobnym dylematem mamy do czynienia w przypadku tzw. emerytur częściowych, które są odmianą emerytur wcześniejszych. W krajach, w których respektuje się prawa pracownicze i które posiadają tradycję długiej aktywności zawodowej, prawo do emerytury wcześniejszej nie jest kwestią kontrowersyjną, ponieważ nie musi oznaczać automatycznego wyjścia z rynku pracy. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z dyskryminacją osób w starszym wieku: pracodawcy po prostu zwalniają takie osoby. Nie można także traktować emerytur cząstkowych, zwłaszcza dla kobiet, jako stałego rozwiązania problemu braku opieki nad osobami niesamodzielnymi.

Skąd wziąć pieniądze na działania, które nie powinny mieć charakteru osłonowego dla podniesienia wieku emerytalnego, ale stać się rdzeniem polskiej polityki społecznej? Choćby z oszczędności, które zapewnić ma reforma. Poza tym środki zainwestowane w ten sposób zwracają się w postaci podatków zaktywizowanych grup społecznych (kobiety, młodzież, osoby ze środowisk zagrożonych wykluczeniem). Wreszcie, w finansowanie inwestycji w edukację (szczególnie zawodową) powinni zostać włączeni pracodawcy: w Polsce ciągle w nikłym stopniu zaangażowani w opłacanie i organizowanie kształcenia zawodowego. Co godne podkreślenia, w porównaniu do innych krajów UE, polscy pracodawcy wciąż korzystają ze stosunkowo niskiego obciążenia kosztami pracy czy przepisów umożliwiających stosowanie elastycznych form zatrudnienia. Objęcie składkami wszystkich form zatrudnienia chociaż w części może doprowadzić do ograniczenia tego zjawiska, a więc do wzmocnienia przebiegu karier zawodowych gwarantujących świadczenia emerytalne na odpowiednim poziomie.

Wreszcie, należy kontynuować dyskusję o drugim filarze emerytalnym. Podniesienie wieku emerytalnego, zwłaszcza w przypadku kobiet, zwiększy wpływy OFE (i Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, które nimi zarządzają). W przypadku obecnej reformy Powszechne Towarzystwa Emerytalne nie wnoszą żadnych zastrzeżeń. Należy się zastanowić czy jeśli PTE będą przez dłuższy okres pobierać opłaty od składek, nie należałoby tych opłat obniżyć. Z pewnością zwiększyłoby to wysokość świadczeń emerytalnych.

Stan finansów publicznych – ukryty wątek

W każdej dyskusji wokół tego typu reformy emerytalnej z reguły rozróżnić można trzy podstawowe wątki. Pierwszy wątek podkreśla pozytywny wpływ podniesienia wieku emerytalnego na wysokość przyszłych emerytur. Wątek drugi jest oparty na argumentach demograficznych i dotyczy konsekwencji starzenia się populacji dla funkcjonowania systemu polityki społecznej w Polsce. Trzeci wątek skupia się na pozytywnym wpływie reformy na stan finansów publicznych. W polskiej debacie publicznej szczególnie obecne są watki pierwszy i drugi, wystarczy jednak zajrzeć do uzasadnienia projektu ustawy, aby przekonać się, jak bardzo wątek poprawy finansów publicznych dominuje pozostałe.

W skrócie, podniesienie wieku emerytalnego odciąży w średnim okresie finanse publiczne, ponieważ zmniejszy się ujemne saldo Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (i w efekcie zmniejszą się dopłaty z budżetu państwa do FUS), wzrosną również przychody podatkowe. W dłuższym okresie co prawda system się zbilansuje, lecz do tego czasu presja na finanse publiczne ma się zmniejszyć – na początku poprzez ograniczanie wydatków na cele emerytalne, później zaś przez wzrastające przychody ze składek. Widać przy tym, jak bardzo brakuje dyskusji (która towarzyszyła choćby zeszłorocznym zmianom w drugim filarze) o tym, jaki wpływ na sferę społeczną będą miały reformy.

Główny argument podniesiony w 2011 roku pozostaje w mocy: transfery do drugiego filara, mimo ograniczenia ich wysokości, nadal przyczyniają się do wzrostu skumulowanego długu publicznego. W ubiegłym roku ok. 1/3 długu publicznego miała źródło w finansowaniu transferów do OFE. Wolniejsze jest tylko tempo, w jakim dług narasta. Wynika to ze sposobu finansowania reformy emerytalnej wprowadzanej od 1999 roku Polega on na uzupełnianiu niedoborów w pierwszym filarze (wywołanych przekazywaniem części składki do drugiego filara) dotacjami z budżetu państwa. Ponieważ nie istnieją przeznaczone na ten cel rezerwy (jak np. w Szwecji), państwo musi się zadłużać emitując np. obligacje.

Obecnie Polska jest blisko progów ostrożnościowych i rządzący chcąc się od nich oddalić, redukująm.in. wydatki społeczne. O ile polska reforma emerytalna z 1998 roku doprowadzi do największego spadku wydatków emerytalnych do 2060 roku w Unii Europejskiej, o tyle rosnący dług publiczny związany z jej finansowaniem staje się istotnym problemem. Rezultatem takiego stanu rzeczy jest „wypychanie” innych wydatków, zwłaszcza społecznych, przez konieczność finansowania obowiązkowych transferów do drugiego filara. Istnienie drugiego filara jest zatem nie tylko kontrowersyjne jeśli chodzi o gwarancje wysokich emerytur, lecz także w dość długim horyzoncie czasowym stanowi przeszkodę do rozwoju nowoczesnej polityki społecznej w Polsce.

W przypadku obecnie proponowanych zmian w systemie emerytalnym warto zadać pytanie: czy chodzi o oszczędzanie dla oszczędzania, które ma doprowadzić do skumulowanego wzrostu PKB o 5,1% do 2060 roku (jak podają autorzy uzasadnienia do projektu ustawy), czy też mamy do czynienia z szansą na przedefiniowanie polskiej polityki społecznej, która dziś w ograniczonym tylko stopniu realizuje swoje podstawowe cele? Logika zmian: reforma najpierw, inne dostosowania później (jeśli w ogóle), wskazuje raczej na pierwszy wariant.

***

Podsumowując, o ile argumenty za podnoszeniem wieku emerytalnego w jakiejś części można uznać za uzasadnione, o tyle „obudowywanie” proponowanej reformy kolejnymi elementami polityki społecznej nie powinno być traktowane jako szczególne zwycięstwo. Kwestie, o których w Polsce dopiero się dyskutuje – instytucjonalna opieka nad dziećmi, opieka nad niesamodzielnymi osobami starszymi, profilaktyka chorób zawodowych, kształcenie ustawiczne, przekwalifikowanie zawodowe itd. – są w większości krajów europejskich po prostu standardem. Dlatego, gdy rządzący mówią o podnoszeniu wieku emerytalnego jako standardzie europejskim, należy przypominać, że to samo dotyczy też innych obszarów polityki społecznej – i to już od bardzo dawna.

Michał Polakowski – Fundacja ICRA, Warszawa.

Dorota Szelewa – University of Southern Denmark, Fundacja ICRA, Warszawa.

Autorzy zapraszają na debatę „Gender w polityce społecznej: teoria i praktyka” współorganizowaną przez Fundację ICRA i Fundację im. Friedricha Eberta w Warszawie

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Coś o bankach - nawet nie wiem skąd
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 24 lipiec 2012, 17:34 napisał(a)
 

Dzisiejsze pieniądze są kreowane przez prywatny interes dla prywatnego zysku - "Pozwolcie mi robić i kontrolować pieniądze narodu, a nieważnym dla mnie będzie kto ustanawia prawa" - Mayer Amschel Rothchild (Banker) 1790r. -

1. Centralne banki są kontrolowane nie przez wybieralne rządy, ale w znakomitej większości przez Prywatny Interes światowych banków komercyjnych.

2. Np. w Anglii dzisiaj zarówno banknoty, jak i monety znajdujące sie w obiegu stanowią zaledwie 3% wszystkich pieniędzy w obiegu. O tyle zmniejszył sie ich udział z 50% w 1948 roku.

3. Pozostałe 97% jest wypuszczany i kontrolowany jako kredyt, czyli indywidualne i komercyjne pożyczki, hipoteki, overdrafty etc, dawane przez komercyjne banki i instytucje finansowe, na które jest nałożony procent odsetek. Ten wzorzec obowiązuje na całym świecie.

4. Banki to nic innego, tylko przedsiębiorstwa, których celem jest robienie zysku z odsetek nakładanych na udzielane pożyczki i kredyty, których one same udzielają. Ponieważ tylko one same decydują komu je udzielić, jest ewidentnym faktem, że tylko one decydują kto będzie producentem, gdzie będzie produkcja ulokowana i jaka będzie wysokość produkcji. Wszystko to bazuje tylko na własnym interesie banku, a nie na interesie i dobru społeczeństwa.

5. Z kredytowaniem bankowym gospodarki w chwili obecnej stanowiącej 97% całego obiegu pieniądza - cale gospodarki narodowe i międzynarodowe pracują tylko i wyłącznie dla wielkich banków i finansowych instytucji.

6. To jest właśnie prawdziwa siła, niezmiernie rzadko identyfikowana i postrzegana, której podporządkowane są wszystkie rządy na świecie, bez względu na sposób ich powoływania.

7. Nasze Pieniądze zamiast wprowadzania ich do obiegu wolnych od jakiegokolwiek oprocentowania, jako medium wymiany i obsługi ekonomii, obecnie zostają wprowadzane do obiegu jako dług, który zaciągamy u bankierów plącąc im w ten sposób olbrzymie sumy, jako czysty zysk. Podczas, gdy my wszyscy , czyli pozostałą reszta pogrążamy się w stale rosnącym długu.

8. Przez udzielanie kredytu tylko tym, których Bankierzy protegują i odmowę kredytowania tym, którzy się bankierom nie podobają, międzynarodowa finansjera może zupełnie śmiało w każdej chwili wykreować niesamowity boom gospodarczy w jednym miejscu. I pogrążyć w kryzysie inne kraje i ich rządy.

9. O wiele łatwiej bowiem pożyczać pieniądze, niż je inwestować w przedsięwzięcia gospodarcze. Odsetki bowiem są wymagalne bez względu na to, czy przedsięwzięcie okazało się udane, czy nie. Jeśli przedsięwzięcie nie może zapracować na wymagane odsetki, bank natychmiast przejmuje owe przedsiębiorstwo, jak i własność dłużnika zastawiona, jako hipoteka - zastaw.

10. Zadłużenie się jest niezwykle kosztowne dla pożyczającego, który przeważnie za każdy zaciągnięty kredyt musi wrócić w postaci odsetek np. 2-3 krotną wartość pożyczonej sumy.

11. Pieniądze pożyczane przez banki, jak widzimy są robione z niczego. Obiegowa opinia, że pieniądze pożyczane przez bank, są pieniędzmi depozytorów banku jest oszukiwaniem społeczeństw, mającym na celu utrzymywanie wygodnej fikcji. - Proces w jakim banki tworzą pieniądze jest tak prosty, że mózg się przewraca. Pomysł bankierów, żeby stworzyć cos z niczego i kazać sobie płacić odsetki dla własnego prywatnego zysku jest przyznacie sami trochę zaskakująco odrażający. Każdy inny za wyjątkiem banku robiący coś takiego, byłby winny oszustwa, złodziejstwa i fałszerstwa. Ale nie Bank !

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Uzasadnienie nie płacenia abonamentu?
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 24 lipiec 2012, 17:33 napisał(a)
 

Osoby wezwane do zapłaty abonamentu powinny przeczytać Kodeks Spółek prawa handlowego który stanowi, że abonament jako forma rozliczenia finansowego jest możliwy jeżeli obie strony umowy cywilno-prawnej zaakceptują jej warunki i dojdzie do zawarcia takiej umowy. Telewizja Polska SA jedynie na podstawie takiej umowy może wystąpić do drugiej strony o wypełnienie swojego umownego zobowiązania. Stworzona TVP SA - jest innym podmiotem gospodarczym niż peerelowska TVP i jako osoba prawna powinna takie umowy z odbiorcami swoich programów zawrzeć, gdyż jako Spółka prawa handlowego nie może postąpić inaczej. Żaden posiadacz telewizora w Polsce nigdy nie zawierał umowy ze spółką TVP SA. Ustawa o tzw. abonamencie dotyczyła TVP która była w PRL-u firmą państwową i która działała na zupełnie innych zasadach, w której obowiązywały ograniczenia płacowe. Ale rządzący się chcieli płacić swoim pupilom krociowe wynagrodzenia to powstała TVP SA jako spółka prawa handlowego mogła już tak działać, biznes - to biznes i co komu do tego, żadne ustawy kominowe już nie obowiązywały. Zapomniano tylko, że ustawa o abonamencie też już ich nie dotyczy i tu popełniono błąd. Reasumując Ci - co płacą datki na TVP SA robią to z przyzwyczajenia oraz z braku wiedzy nie orientują się, że nie muszą tego robić. Rada Nadzorcza TVP Spółka Akcyjna powinna być natychmiast odwołana i postawiona w stan oskarżenia pod zarzutem nienależytego sprawowania swoich funkcji, które są wysoko opłacane, a Zarząd Spółki również za bezczynność i świadome generowanie strat Spółki. Planowane na ten rok straty to ponad 60 mln zł. Pytanie co na to właściciel udziałów - pewnie też liczy na narodową zrzutkę, bo "ciemny" lud jest cyklicznie straszony w mediach komornikami, egzekucjami i firmami windykacyjnymi, a pranie mózgów powoduje, że ludzie coraz mniej kumają i ze strachu lub dla świętego spokoju w zębach kasę przyniosą.

1. TVP jest stacją czerpiącą korzyści finansowe z reklam. Jest ich tyle co w stacjach komercyjnych.

2. Nie podpisywałem umowy z TVP na dostarczanie usług telewizyjnych – taką umowę mam podpisaną z UPC który dostarcza mi określony w umowie pakiet telewizyjny. Niech więc UPC rozlicza się z TVP

3. Nie wszystkie programy TVP są kodowane więc są ogólnie dostępne. Polsat także nie jest kodowany i można go odbierać przy pomocy dowolnej naziemnej anteny.

4. TVP wprowadza kanały tematyczne, które są kodowane i nie ma do nich dostępu, skoro abonament ma być przekazywany na rozwój dodatkowych kanałów to nie mam możliwości ich odbioru to nie będę płacił haraczu.

5. Polityka płacowa TVP jest karygodna, klika finansowana jest ze środków budżetowych a także z abonamentu, inne – komercyjne stacje nie maja dofinansowania z budżetu państwa.

6. TVP jest instytucją nieobiektywna, stronniczą działającą na zlecenie pseudo-elity rządzącej przykład wywiad Gębarowskiego z Krzaklewskim, program Tomasza Lisa i wywiad z Kaczyńskiem. Brak profesjonalizmu, stronniczość. Typowe działanie na polityczne zlecenie.

7. Reklamy są formą zarobkową, czas bloków reklamowych jest bardzo długi a firmy płacą olbrzymie kwoty za czas antenowy. Inne stacje – komercyjne czerpią korzyści finansowe z reklam i ich kondycja finansowa jest bardzo dobra.

8. Niebotyczne wynagrodzenia dla dziennikarzy, ciągle powtórki seriali oraz produkcja niskobudżetowych sitcomów które są przechowalnią dla kiepskich aktorów lub ludzi z łapanki.

9. Nieciekawe programy rozrywkowe ciągnące się latami np. familiada.

10. Zdejmowanie z ramówek programów wartościowych np. Wielka gra a zastępowanie ich durnymi serialami np. Klan.

11. Zła organizacja pracy generuje straty. Olbrzymie odprawy i wysokie kontrakty dla pracowników TVP

12. Abonament jest podatkiem za posiadanie telewizora, za możliwość korzystania z odbiornika TV. Już zapłaciłem podatek za telewizor w momencie jego zakupu. Jest to więc podwójne opodatkowanie. Telewizor w obecnych czasach służy nie tylko do odbioru telewizji jest to urządzenie wielofunkcyjne na którym istnieje możliwość podłączenia odtwarzaczy DVD, komputera a także konsol do gier. Czy za możliwość oglądania filmów na DVD mam płacić TVP? Idąc tropem myślowym ustawodawców należy wsadzić do więzienia wszystkich mężczyzn za gwałt. Mają bowiem zawsze przy sobie „sprzet” do łamania prawa – i nie jest to bynajmniej telewizor.

13. Premier Tusk na samym expose sam mówił głośno i wyraźnie że abonament to przeżytek i należy odchodzić od takiej formy finansowania telewizji, premier osobiście namawiał Polaków by nie płacili abonamentu. Obiecał zniesienie tego haraczu. Premiera trzeba słuchac

 
Obraz Jurczyk Mariusz
Średnie emerytura powinna wynosić ???
Jurczyk Mariusz w dniu wtorek, 24 lipiec 2012, 17:33 napisał(a)
 

Rządowe statystyki mówią, że średnia pensja w Polsce to ok. 3600 zł. To znaczy, że średnie składki emerytalne to 703,08 zł miesięcznie - procent Składki emerytalnej do ZUS jest stały, określony ustawowo. Liczba pracujących na koniec II kw. 2011 to 16.163 mln. Możecie te Dane sami zweryfikować przeglądając oficjalne strony rządowe, sięgając do oficjalnych statystyk GUS. Miłej zabawy. Ale co z Tego wynika?? BARDZO WIELE, a właściwie BARDZO DUŻO. Dużo czego?? PIENIĘDZY, oczywiście. Pomnóżcie urzędową i oficjalną liczbę zatrudnionych i oficjalną i bardzo urzędową średnią składkę emerytalną do ZUS. Powinno Wam wyjść miesięcznie 11.375.519.400 zł, czyli ponad jedenaście miliardów trzysta siedemdziesiąt pięć milionów. To gigantyczne pieniądze, a jest to Tylko składka emerytalna. Bawmy się dalej: pomnóżcie to razy 12 miesięcy, a wyjdzie na to, że w skali roku jest to 136.506.232.800 zł. Kończą się Wam okienka w kalkulatorze? Mnie też. Zatem powiem, że jest to słownie ponad 136 miliardów 506 milionów zł w roku. Mamy w Polsce około 5 mln emerytów, dokładnie - w marcu 2011 - było ich 4,979 mln. To znowu wg oficjalnych, rządowych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk. Rencistów nie liczę, Bo już na pewno nie zmieszczą mi się w kalkulatorze, a poza tym - na nich jest OSOBNA składka!!!. Wychodzi mi zatem na to, że rocznie jest to średnio 27.301 zł na emeryta, czyli miesięczna emerytura średnio powinna wynosić 2.275,00 zł. Tymczasem średnia emerytura - znowu wg rządowych, oficjalnych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk wynosiła w tymże marcu 2011 zaledwie 1721,00 zł. Czyli o 554 mniej niż wynika ze składek wyliczonych na podstawie danych statystycznych rządu RP, GUS, ZUS, KRUS i każdy inny SRUS. Jak policzycie dalej, to wyjdzie Wam NADWYŻKA rzędu 32% w stosunku do wydatków na Emerytury (czyli średnio ZUS jest na plusie około 2,5 miliarda zł miesięcznie, czyli 30 mi