Krytyka Polityczna - artykuły

Krytyka Polityczna

 

Temat podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn pojawia się w Polsce już chyba od piętnastu lat i zawsze były argumenty za i przeciw. Teraz jednak, forsując swój projekt, Platforma może mówić, że wobec kryzysu demograficznego i finansów wszyscy jesteśmy tak samo odpowiedzialni: należy skończyć dyskusję i wspólnie wziąć się do roboty – do 67 roku życia. Dla kobiet to będzie więcej o 7 lat!

 

W wielu krajach wiek emerytalny kobiet i mężczyzn jest równy, ale prowadzi się tam aktywną politykę rodzinną. Przy jej braku takie rozwiązanie jest po prostu arogancją. W Polsce kobiety pracują na dwóch etatach – w pracy i w domu. Wcześniejsze emerytury wprowadzono za czasów Gierka, by państwo mogło się wycofać z części swoich zobowiązań wobec rodzin. Przerzucono je na babcie. Teraz Donald Tusk proponuje odwrotne rozwiązanie, ale nie uwzględnia zupełnie sytuacji kobiet.

 

Kontrpropozycja PSL, by obniżać wiek emerytalny kobietom rodzącym kolejne dzieci, jest wątpliwa. Wygląda to na strategię nie tyle prorodzinną, co pronatalistyczną – ma zachęcić do „produkcji” jak największej liczby pracujących obywateli w zamian za skrócenie obowiązku gromadzenia składek emerytalnych. Nie chodzi tu ani o sprawiedliwość, ani o systemowe rozwiązania dla matek i rodzin, tylko dostarczenie rąk do pracy i płatników składek dla systemu ubezpieczeń. A co jeśli dziecko, z powodu niepełnosprawności, emigracji lub przedwczesnej śmierci, nigdy nie wejdzie na rynek pracy? Na czym opierają się kalkulacje PSL?

 

Być może jest to jakaś propozycja dla kobiet, które chcą pracować w domu, sprawując opiekę nad dziećmi, czyli zdejmują pewien obowiązek z państwa. Ale mogłaby się ona pojawić wyłącznie jako końcowe ogniwo jakiejś złożonej i szeroko zakrojonej propozycji polityki rodzinnej. Tak nie jest. Poza tym co to da, że te kobiety będą wcześniej mogły przejść na emeryturę? Przecież będzie ona w związku z tym niższa, bo obowiązuje reguła, że im więcej pracujesz, tym masz większe świadczenie. A może składki opłacane przez „wyprodukowane” przez kobietę dzieci będą później trafiać na jej konto? W tym świetle znacznie lepiej przedstawiał się pomysł PSL-u przedstawiony przez Jolantę Fedak w poprzedniej kadencji, czyli emerytury obywatelskiej, gwarantującej każdemu podstawową stawkę, do której można by uzbierać dodatkowe środki.

 

Jest jeszcze jedna grupa na rynku pracy, zupełnie zapomniana w dyskusjach o systemie emerytalnym. To wykwalifikowani pracownicy fizyczni, którzy zaczęli pracę bardzo wcześnie, na przykład jeszcze podczas praktyk szkolnych. Mają bardzo długi staż pracy, a trudno wymagać od nich ciągłego przekwalifikowywania się, elastyczności i mobilności. Te zawody są zazwyczaj bardzo obciążające fizycznie i– ze względu na monotonność – psychicznie, a jednocześnie są niezbędne społeczeństwu: ktoś po prostu musi je wykonywać i problemu nie rozwiąże eksportowanie produkcji za granicę. Ludzie ci mają też bardzo duże problemy ze znalezieniem pracy w wieku starszym.

 

W mediach można usłyszeć coraz więcej osób, które wręcz nie wyobrażają sobie przejścia na emeryturę, ponieważ praca jest ich pasją. Dotyczy to jednak raczej pracy umysłowej, a nie robotników i robotnic. Rozmawiałam niedawno z mężczyzną z 42-letnim stażem pracy, który został zwolniony w wieku 63 lat, czyli na dwa lata przed osiągnięciem dzisiejszego wieku emerytalnego–powiedziano mu, że jest za stary i się nie nadaje. Dostaje teraz 720 zł świadczenia przedemerytalnego, nie może znaleźć innej pracy. Trudno sobie wyobrazić bardziej dramatyczną i upokarzającą sytuację. Łatwo sobie natomiast wyobrazić, jak wiele podobnych historii się wydarzy, jeśli podniesiemy ustawowo wiek emerytalny o kolejne dwa lata.

 

Projekt zmiany ustawy emerytalnej przygotowany przez OPZZ przywraca do dyskusji tę zmarginalizowaną grupę społeczną. Jego podstawowym założeniem jest uzależnienie prawa do emerytury od stażu pracy, a nie wieku: 40 lat pracy w przypadku mężczyzn i 35 lat w przypadku kobiet. Rozwiązanie to pomogłoby w walce z szarą strefą. Dostarczałoby argumentu pracownikom domagającym się pełnego oskładkowania swoich dochodów i rzetelnej rejestracji stażu pracy. Jest odpowiedzią na niezrozumiałą z punktu widzenia ubezpieczeń społecznych promocję przez państwo samozatrudnienia i umów cywilno-prawnych, które znacznie słabiej niż etaty zasilają Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

O poważnych wadach takiego systemu najczęściej przekonują się kobiety, które są namawiane do samozatrudnienia ze względu na możliwość sprawowania opieki nad dziećmi w nienormowanym czasie i miejscu. Problem pojawia się, gdy kobieta zachoruje i nagle się okazuje, że zasiłek z ZUS jest dużo niższy niż w przypadku umowy o pracę. Dyrektywa unijna umożliwia samozatrudnionym urlop macierzyński i ojcowski, ale nie ma tam już zapisu o urlopie wychowawczym. Przy braku w Polsce dostępu do żłobków i przedszkoli oznacza to właściwie politykę antyrodzinną.

 

Moją podstawową obawę w związku z systemem emerytalnym w Polsce budzi jednak prawdopodobne ubóstwo tych ludzi, którzy w swojej karierze zawodowej mieli zbyt dużo nieoskładkowanych przerw bądź zarabiali zbyt mało, by zapewnić sobie na emeryturze środki wystarczające do godnego życia. Już teraz koszty pomocy osobom, które mają więcej niż 60 lat i nie mogą znaleźć pracy, przerzuca się na opiekę społeczną.

 

Cały czas brakuje nam kompleksowej wizji, jak ma wyglądać polityka społeczna w Polsce, zarówno rodzinna, jak i emerytalna. Na razie dominuje logika doraźnego cięcia kosztów – podstawową motywacją rządu wydaje się nie dobro ubezpieczonych, ale kryzys finansów publicznych. Stąd dążenie do opóźnienia wypłacania świadczeń kolejnym rocznikom pracujących Polaków i wydłużenia okresu płacenia składek.

 

*Julia Kubisa - socjolożka

 

Oprac. Jakub Szafrański

 

Na podobny temat

 

§

 

Przed kilkoma dniami Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej ogłosiło program „Twoja kariera – twój wybór”. W zamyśle ma on umożliwić młodym Polakom dostosowanie ich kompetencji do tych, których poszukują pracodawcy. Chodzi o bony szkoleniowe (którymi można sfinansować szkolenia), bony stażowe (stypendium dla pracownika na czas stażu), bony na szkolenie zawodowe i policealne oraz dotacje na zasiedlenie.

 

Polskie doświadczenia wskazują, że staże i szkolenia zawodowe dają pozytywne rezultaty tylko wtedy, gdy pracodawca, które je organizuje, zatrudnia później osoby biorące w nich udział. W innym przypadku ten efekt jest znacznie słabszy, a niekiedy wręcz negatywny: paradoksalnie osoby po szkoleniach rzadziej znajdują zatrudnienie. Jest to również dowodem na niską skuteczność prywatnych firm świadczących usługi szkoleniowe.

 

Skupmy się jednak na bardziej fundamentalnych problemach polskiego rynku pracy. Jak wskazują badania aktywnych programów rynku pracy, wiele instrumentów proponowanych przez ministerstwo, skierowanych do absolwentów, nie jest w stanie skorygować wadliwego działania systemu edukacji.

 

Po pierwsze, należałoby obowiązkowo i odpowiednio wcześnie powiązać edukację ze ścieżką rozwoju zawodowego, zapewniając przy tym udział profesjonalnych doradców. Doradztwo zawodowe powinno być integralną częścią kształcenia Polaków, a nie wyłącznie domeną urzędów pracy.

 

Wybory edukacyjne młodych Polaków mają często przypadkowy charakter, czego dowodem są niedobory osób ze specyficznymi kompetencjami na rynku pracy. I tak w znacznej części wybierają oni ścieżkę gimnazjum-liceum-studia, czyli wykształcenie o charakterze ogólnym. Od połowy lat 90. spada liczba uczniów kształcących się zawodowo (z 40 procent w 1995 do 15 procent w 2010). Tymczasem ponad połowę poszukiwanych pracowników stanowią osoby o takim właśnie wykształceniu. Osobną kategorię stanowią absolwenci studiów wyższych – z punktu widzenia rynku pracy mamy tutaj do czynienia przede wszystkim ze zjawiskiem przeedukowania, czyli zbyt wysokim poziomem wykształcenia w stosunku do potrzeb rynku pracy (badanie Bilans Kapitału Ludzkiego Państwowej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości).

 

Po drugie, za kształtowanie kwalifikacji młodych ludzi przydatnych na rynku pracy powinni wziąć większą odpowiedzialność również pracodawcy. Warto prześledzić ich rolę w tej sprawie, ponieważ to z ich strony płynie najwięcej krytyki dotyczącej funkcjonowania rynku pracy.

 

Według badań zleconych przez PARP 75 procent pracodawców poszukujących pracowników miało problemy ze znalezieniem odpowiedniego kandydata, przy czym najczęstszym powodem był brak odpowiednich kompetencji zawodowych. Jednocześnie ponad 2/3 pracodawców nie uważa za konieczne włączenie się do systemu kształcenia pracowników. Według nich to system edukacji powinien dostarczyć im przygotowanego do wykonywania zawodu pracownika.

 

Czy takie podejście pracodawców jest typowe dla wszystkich krajów europejskich? Badania Europejskiego Centrum Rozwoju Kształcenia Zawodowego (Cedefop) wskazują, że polscy pracodawcy należą do najmniej zaangażowanych w kształcenie zawodowe w całej UE. Tylko 20 procent uczniów zasadniczych szkół zawodowych przyucza się do zawodu w zakładzie pracy (czego koszty ponosi państwo). Zarazem tylko 30 procent pracodawców uważa, że powinni partycypować w finansowaniu szeroko rozumianych szkoleń dla uczniów.

 

Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której pracodawcy postrzegają uczestnictwo w kształtowaniu kompetencji uczniów wyłącznie jako koszt, a nie inwestycję. Dodajmy, że według badań PARP tylko 55 procent polskich przedsiębiorstw w ostatnich 12 miesiącach przeprowadziło szkolenia swoich pracowników. Tymczasem Cedefop podkreśla, że zaangażowanie pracodawców w edukację nie tylko wpływa na lepsze dostosowanie popytu i podaży na rynku pracy, lecz jest też inwestycją, która się zwraca, ponieważ pracodawcy mogą szkolić przyszłych pracowników według własnych potrzeb.

 

Dowodzą tego przykłady wielu krajów europejskich, gdzie pracodawcy aktywnie określają zapotrzebowanie na pracowników i ich kształcenie, również poprzez wkład finansowy. W Finlandii pracodawcy pokrywają średnio 58 procent kosztów kształcenia, w Irlandii 50, w Danii 48. W Polsce jest to tylko 7 procent. Na Węgrzech pracodawcy płacą specjalny podatek (1,5 procent wszystkich kosztów pracy), z którego pokrywane jest 40 – 50 procent kosztów kształcenia zawodowego.

 

Po trzecie, wyniki badań przeprowadzanych przez Instytut Ekonomiczny NBP (Badanie Ankietowe Rynku Pracy 2011) pokazują, że osoby bezrobotne samodzielnie poszukujące pracy w niewielkim stopniu korzystają z usług publicznych służb zatrudnienia. Najczęściej posługują się mediami i siecią kontaktów towarzyskich. Również pracodawcy nie muszą od pewnego czasu informować urzędów pracy o nowych ofertach. Zniesienie tego obowiązku zasadniczo utrudnia nie tylko sytuację osób poszukujących pracy, ale również monitorowanie popytu na pracę przez państwo i samorządy. Większość ofert pracy pojawia się w mediach, a zatrudnienie często odbywa się na podstawie polecenia przez inną osobę.

 

Po czwarte, polityka zatrudnienia w Polsce opiera się na założeniu, że pracodawcy rzeczywiście oferują miejsca pracy, a jeśli tego nie robią, to ze względu na „zbyt duże obciążenie kosztami pracy”. Argument, że koszty pracy są zbyt wysokie, pada szczególnie często w przypadku pracowników nisko wykwalifikowanych i młodych. Tymczasem w Polsce klin podatkowy (czyli różnica między wydatkami pracodawcy na pensję a faktycznym wynagrodzeniem, jakie otrzymuje pracownik) dla niskich wynagrodzeń, typowych dla tych grup pracowników, należy do najniższych w UE (niższy klin podatkowy mają tylko Wielka Brytania, Luksemburg, Islandia i Irlandia).

 

Dane makroekonomiczne nie potwierdzają również, że przedsiębiorstwa inwestują dodatkowe środki w tworzenie nowych miejsc pracy. W rezultacie, chociaż wyniki przedsiębiorstw poprawiły się, a w 2011 wzrosły o 8 procent nakłady na środki trwałe, nie miało to przełożenia na spadek stopy bezrobocia, która osiągnęła w styczniu poziom 13,3 procent. W 2/3 przypadków zatrudnienie nowej osoby oznacza zapełnienie już istniejącego miejsca pracy, a nie stworzenie nowego.

 

Propozycje Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej można więc podsumować następująco: zmiany idą w dobrym kierunku, lecz polskiemu rynkowi pracy potrzebne są bardziej fundamentalne reformy. Źródła obecnych problemów leżą na styku rynku pracy i systemu edukacji, a przeszkodą w ich przezwyciężeniu są w znacznej mierze pracodawcy, którzy w wyjątkowym – jak na Europę – stopniu nie są zainteresowani szkoleniem przyszłych i obecnych pracowników.

 

*Michał Polakowski - Fundacja ICRA, Warszawa. **Dorota Szelewa - University of Southern Denmark, Fundacja ICRA

 

Autorzy zapraszają na debatę poświęconą problemom młodych osób na rynku pracy współorganizowaną przez Fundację ICRA i Fundację im. Friedricha Eberta w Warszawie, która odbędzie się 8 marca. Szczegóły na Ten adres e-mail jest chroniony przed spamerami, musisz mieć włączony Javascript, by go zobaczyć

 

Na podobny temat

 

§

 

„Rosnące nierówności dochodowe to tykająca bomba społeczna”. Kto to powiedział? Zygmunt Bauman? A może Benedykt XVI postanowił jeszcze raz przeczytać społeczne encykliki poprzednika? Może wreszcie jakiś polityk północnoeuropejskiej socjaldemokracji – koniecznie w opozycji – trzeźwo przypomniał kolegom z rządu o zapomnianych oczywistościach? Tym razem nie – przed nadmiernym rozwarstwieniem w Europie ostrzega ober-kapitalista Josef Ackermann, prezes Deutsche Bank. Javier Solana powtarza, że „tylko wzrost przywróci ludziom pracę i pozwoli spłacić długi”. Joschka Fischer wróży klęskę tym politykom, którzy zlekceważą wybuchowy potencjał polityki cięć i braku wiarygodnych nadziei na poprawę sytuacji. Politycy, bankierzy i komentatorzy z samego centrum mainstreamu widzą, że obecna polityka antykryzysowa w Europie prowadzi do katastrofy.

 

Spektakl z szansą na tragiczny finał jakby mało kogo w Polsce obchodził – największy problem polskich mediów po ostatnim szczycie w Brukseli dotyczył tego, czy w europejskim pociągu pojedziemy drugą klasą, czy raczej trzecią. To znaczy, na ile szczytów nas zaproszą. Minister Rostowski zapewniał, że w negocjacyjnym starciu z Francją ugraliśmy „aż 70 procent”, bo zaproszą nas tam, gdzie mowa będzie o konkurencyjności, bo spotkania eurolandu będą zaraz po szczytach całej Unii, bo ich porządek będzie wspólnie konsultowany. Dostaliśmy, ile było można – brzmi przesłanie rządu. Niewykluczone, że słuszne. Rzecz tylko w tym, że nasz udział – bądź jego brak – w europejskich szczytach to nie jest dziś najważniejszy problem.

 

I tak np. dyskusja o kształcie przyszłej unii fiskalnej będzie bezprzedmiotowa, jeśli głęboki kryzys utrzyma się przez wiele lat. Bez długotrwałego wzrostu gospodarczego nie będzie ani pogłębienia integracji, ani transferów unijnych pieniędzy na fundusze spójności, być może nie będzie nawet Unii Europejskiej w obecnym kształcie. Scenariusz jest prosty. Elity polityczne wszystkich państw narodowych za cięcia obwiniają Brukselę bądź Berlin – nie bez słuszności zresztą, bo to kanclerz Angela Merkel obstaje przy polityce uporczywego równoważenia budżetów, bez względu na konsekwencje. Obecnie trwają przepychanki wokół kolejnej transzy pomocy dla Grecji, która w marcu musi obsłużyć 16,5 miliarda euro zadłużenia. W podobnej sytuacji jest Portugalia, której obligacje dziesięcioletnie oprocentowane są już na 17 procent – żadna gospodarka świata nie jest w stanie spłacać takich odsetek. Do pomocy Włochom – mimo zmiany premiera na poważnego polityka– nikt się specjalnie nie pali.

 

W każdym przypadku dotychczasowa polityka warunkowania i tak spóźnionej pomocy drastycznymi cięciami prowadzi do trojakich skutków. Po pierwsze cięcia grożą wybuchem społecznym i wzrostem narodowych populizmów – nie tylko utrudniając odbudowę gospodarek, ale i zagrażając istnieniu Unii w jej obecnym kształcie poprzez tendencje do renacjonalizacji. Po drugie cięcia dobijają ledwie dyszące gospodarki, obniżając produkcję, zmniejszając zatrudnienie – i w efekcie zmniejszając przychody do budżetów (a inwestycje w produkcję to ostatnia rzecz, na jaką sektor prywatny ma w takiej chwili ochotę– nie zrównoważy więc braku wydatków publicznych). Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zrozumieć, że cięcia warunkujące pomoc na spłatę długów powiększają tylko ryzyko bankructwa i zarazem zwiększają istniejące długi – jak rzadko trzeźwy w swych prognozach MFW nie przewiduje na najbliższe lata znaczącej ich redukcji, pomimo ogromnych wyrzeczeń. Jest jeszcze trzeci element – wyolbrzymiona przez media pomoc w połączeniu z realnymi skutkami jej warunków (obniżenie poziomu życia i w konsekwencji protest) dają wrażenie, że oto znów Niemcy (Austriacy, Finowie) ciężką krwawicą zarobione euro dolewają greckim (portugalskim, hiszpańskim, włoskim) nierobom do basenów. I stąd biorą się populizmy bogatych – więcej suwerenności, mniej solidarności. No chyba, że się sprywatyzują, albo wyprzedadzą – w niemieckiej prasie pół serio rozważano przekazanie Niemcom urokliwych greckich wysepek w ramach rozliczenia za niespłacone kredyty.

 

Noblista Paul Krugman woła na puszczy, że to nie „fiskalne rozpasanie” rządów, ale długi prywatne wywołały globalny kryzys. Że długi publiczne (poza przypadkiem Grecji) to efekt, a nie przyczyna załamania roku 2008 – liberalna do bólu Irlandia przed kryzysem miał 25 procent długu publicznego, dziś ma 120. Że kryzys inwestycji sektora prywatnego – czego przekonująco dowiódł niegdyś Keynes –wymaga interwencji państwa, a nie dodatkowych cięć. Państwo nie „wypycha” z rynku inwestycji prywatnych, kiedy tych po prostu nie ma – trzeźwy inwestor prywatny nie ulokuje pieniędzy w kraju zagrożonym bankructwem czy wręcz wojną domową. Co robić? Ekonomiści wiedzą, politycy się boją. Problemem nie jest deficyt budżetu, tylko sposób jego wydatkowania– np. na sensowne inwestycje infrastrukturalne bądź badania podstawowe, przynoszące zwrot w dłuższej perspektywie, ale od razu tworzące miejsca pracy i dźwigające całą gospodarkę do góry. Sam dług publiczny to też nie katastrofa (Japonia ma 200 procent i żyje – niezbyt dobrze, ale nie z tego akurat powodu), kłopotem jest koszt jego obsługi. A ten wynika z zaufania inwestorów do państwa– groźba bankructwa to w pewnym sensie samospełniająca się przepowiednia. Oprocentowanie greckich obligacji będzie tym wyższe, im częściej EBC, MFW i Żelazna Kanclerz zagrożą, że albo cięcia, albo… Inwestorzy – mimo ideologicznych skłonności do fiskalnej obsesji – rozumieją, że od pewnego momentu cięcia prowadzą na równię pochyłą. Chcąc nie chcąc, przyspieszą ten bieg, żądając wyższych odsetek za pożyczone przez siebie pieniądze.

 

Skoro koszt obsługi długu wynika z poziomu zaufania – zniesienie ryzyka bankructwa przez wzajemną solidarność za długi (w formie deklaracji EBC, poprzez euroobligacje) obniżyłoby odsetki długów zagrożonych państw do rozsądnego poziomu. To odciążyłoby ich budżety od horrendalnych obciążeń i pozwoliłoby je zrównoważyć bez samobójczych cięć. Zamiast kolejnych transz doraźnej (niewykluczone, że i tak utopionej) pomocy, można by np. wesprzeć banki tak, by odtworzyć linie kredytowe na inwestycje w gospodarce– bardziej prawdopodobne, gdy państwu nie grozi bankructwo. Do tego– podatek od transakcji na rynkach finansowych. Pierwszych do bail outu, ostatnich do płacenia publicznych danin– gigantyczną nacjonalizację strat w roku 2008 mogłoby więc zrównoważyć chociaż częściowe „upublicznienie” zysków. Minimalny krok w tę stronę stanowi niedawna propozycja prezydenta Sarkozy’ego.

 

Wracając na grunt polityczny – wdrożenie wszystkich, bądź chociaż części tych recept wymaga porzucenia przez Angelę Merkel logiki rodem z brukowców w rodzaju „Bilda” i sondażowych słupków. Nikt w Europie nie ma wątpliwości, że szczyt z 30 stycznia służył głównie polityce niemieckiej, i to tej wewnętrznej. Miał pomóc w stworzeniu wizerunku Merkel jako twardej zbawicielki Europy, która nie pozwoli jej upaść, pod warunkiem jednak, że podopieczna weźmie się do roboty. Problem tkwi niestety w szczegółach. Gdyby bowiem potraktować rozsądną dyscyplinę fiskalną w Europie (nawet Keynes nie był zwolennikiem trwałych deficytów!) jako warunek solidarnościowej polityki UE (redukcji długów, zasady wzajemnej odpowiedzialności) – gra byłaby warta świeczki. Koncesja (czasowa, a nie zapisana w konstytucjach!) na rzecz niemieckiej obsesji konsolidacyjno-inflacyjnej w zamian za euroobligacje, za unię fiskalną, za solidarność w długach, a przeciwko szaleństwu rynków finansowych– to nie najgorszy z możliwych układów. Tyle tylko, że na razie mało prawdopodobny. Na razie są cięcia za niedostateczną i niepewną pomoc i pusta forma unii fiskalnej bez wzajemnej solidarności. Nie bez słuszności jeden z komentatorów nazwał planowany pakt fiskalny starym „Paktem Stabilności i Wzrostu podniesionym do rangi konstytucyjnej”. I przypomniał, że Pakt (ten z początku lat 90.) nie zapobiegł, jak wiadomo, obecnemu kryzysowi.

 

Polska znajduje się zatem w trudnej sytuacji. Strategię Radka Sikorskiego można rozumieć tak: lojalne poparcie dla stanowiska Niemiec, w zamian za ich walkę o utrzymanie funduszy strukturalnych w korzystnym dla nas kształcie i mediację pomiędzy nami a Francją w sprawie szczytów strefy euro i szerzej, „przenikalności” dwóch Europ różnych prędkości. W tej drugiej sprawie można rządowi tylko przyklasnąć. Z tą pierwszą jest już nieco gorzej. Wiele bowiem wskazuje na to, że gospodarcze pomysły Angeli Merkel nie wyprowadzą Unii Europejskiej z kryzysu – sytuacja w Grecji, Włoszech i Portugalii sugeruje coś wręcz przeciwnego. A przedłużający się kryzys, nie wykluczając bankructw kilku krajów UE, to w najlepszym razie mniejszy tort funduszy strukturalnych do podziału, w najgorszym razie tortu brak. Przedłużająca się stagnacja w państwach takich, jak Grecja czy Portugalia, ale bez bankructwa– to bodziec do przesunięcia funduszy na ich korzyść. Sensowne posunięcie z punktu widzenia całości Unii – ale dla nas katastrofalne, jeśli szybko nie znajdziemy impulsów wzrostu innych niż strumień euro od brukselskiego wujka.

 

W tej sytuacji należy liczyć na to, że zasada rzeczywistości nie pozwoli europejskim elitom trwać zbyt długo przy polityce gospodarczo zabójczej dla Grecji, Portugalii, Włoch czy Irlandii. Zabójczej również politycznie dla całej Unii. Nie wszyscy politycy Europy wspierają bezwarunkowo logikę cięć – na czele z prezydentem Francji, którego pomysły instytucjonalne (zamknięta, międzyrządowa integracja strefy euro) muszą budzić sprzeciw, ale gospodarcze (podatek od transakcji kapitałowych) zasługują na uznanie. Wciąż są szanse na negocjacje antykryzysowej polityki – być może w kwestii „co w zamian za dyscyplinę budżetową” nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Polska postawa jest dwuznaczna. Optujemy za polityką cięć (u Greków) i twardą „dyscypliną budżetową” (kotwica długu w konstytucji!), korzystając zarazem z obfitych subsydiów z UE– którym na dłuższą metę ta „dyscyplina” zagraża.

 

Co dalej? Negocjacje dotyczące polityki antykryzysowej w obecnych ramach odbędą się niejako obok nas. Czy same ramy można zmienić? Z pewnością – jeśli elity unijne zorientują się, że bankructwo Grecji, Portugalii i Włoch nie przysłuży się nikomu, z wyjątkiem nacjonalistycznej ekstremy. Jeśli posłuchają Oburzonych, nie czekając na Marine Le Pen. Jeśli odejdą od ideologicznych dogmatów, które z neokońskich think-tanków zawędrowały do niemieckiego ministerswa finansów, i od populistycznego cynizmu rodem ze szpalt Springerowskich tabloidów. Joschka Fischer twierdzi, że „wyborcy surowo ukażą tych, którzy pozwolą Europie upaść”. Lepiej nie czekać na wymiar kary.

 

Na podobny temat

 

§

 

Prezydent Francji (przynajmniej do kwietniowych wyborów) Nicolas Sarkozy zapowiedział wprowadzenie podatku od transakcji finansowych. Podatek ma wejść w życie w sierpniu tego roku. Idea jest prosta: od każdej transakcji dokonywanej na terenie Francji, wiążącej się z zakupem obcej waluty, akcji i obligacji, instrumentów pochodnych, takich jak kontrakty przeniesienia ryzyka kredytowego, ma być nakładany podatek obrotowy w wysokości 0,1% procenta wartości transakcji.

 

Zgodnie z wyliczeniami Pałacu Elizejskiego ma on przynieść około miliarda euro wpływów do budżetu (jak podaje „Le Figaro”, niektórzy eksperci oceniają możliwe wpływy nawet na 4 miliardy euro), co pozwoli na uniknięcie wymuszonych przez kryzysową sytuację cięć. W telewizyjnym wystąpieniu uzasadniającym wprowadzenie podatku Sarkozy powiedział, że „nie widzi powodu, dlaczego rynki finansowe, w dużej mierze odpowiedzialne za obecną kryzysową sytuację, nie miałyby ponosić kosztów walki z kryzysem. To kwestia pewnej podstawowej etyki”.

 

Jakie inne korzyści, poza pewnym poczuciem sprawiedliwości i wpływami do budżetu, może przynieść taki podatek? Jest on wprowadzoną na poziomie państwa narodowego wersją podatku Tobina, nazywanego tak od amerykańskiego ekonomisty orientacji neokeynesowskiej, który z propozycją podatku od transakcji finansowych po raz pierwszy wystąpił w latach 70. Zaproponował wtedy wprowadzenie międzynarodowego podatku, przede wszystkim na transakcje związane z wymianą walut. W jego założeniach miało to przede wszystkim służyć realizacji pewnych celów makroekonomicznych: zniechęceniu międzynarodowego kapitału do nieproduktywnych inwestycji w spekulacje finansowe (i zmuszeniu do inwestycji w „realną produkcję”) oraz przywróceniu państwom narodowym podstawowej kontroli nad ich polityką walutową. Ponieważ po obłożeniu podatkiem obrotowym spekulacje walutowe stałyby się w dużej mierze nieopłacalne, chroniłoby to nawet waluty niewielkich, słabych gospodarek przed atakami spekulacyjnymi.

 

Pytanie, jakie wszyscy stawiają sobie po decyzji Sarkozy’ego, brzmi: czy podatek od transakcji finansowych może działać „w jednym kraju”? Jeszcze pod koniec zeszłego roku Sarkozy i ministrowie rządu François Fillona (naciskani przez organizacje społeczne we Francji) byli sceptyczni. Gdy w listopadzie Senat przegłosował rezolucję wzywającą do wprowadzenia podatku, rząd odmówił, a minister handlu zagranicznego Pierre Lellouche tłumaczył, że byłoby to zupełnie kontrproduktywne, gdyż samodzielne decyzje Paryża w tej sprawie prowadziłyby do ucieczki wszystkich francuskich instytucji finansowych, przede wszystkim do londyńskiego City.

 

Dziś takim scenariuszem grożą francuskiej opinii publicznej bankowcy; prezes BNP Paribas Baudoin Prot w cytowanej przez „Liberation” wypowiedzi zapowiada, że w tej sytuacji wszystkie tego typu transakcje będą dokonywane po prostu poza terytorium Francji. Na pewno podatek na poziomie europejskim, nawet nieobejmujący City (ale obejmujący Frankfurt nad Menem), byłby o wiele bardziej efektywny i pozwalałby z większym prawdopodobieństwem przekierować kapitał na inwestycje w produkcję czy lepiej chronić przed atakami spekulacyjnymi.

 

O wprowadzeniu podatku od transakcji finansowych na europejskim poziomie od jakiegoś czasu mówili najważniejsi przywódcy UE, w tym Angela Merkel. Wszelkie próby storpedował jednak David Cameron, który jest przekonany, że taki podatek byłby „faktyczną kryminalizacją londyńskiego City”. Nawet jeśli podatek funkcjonujący wyłącznie we Francji nie do końca zadziała (przychody z niego będą bliższe raczej miliona niż 4 miliardów euro, a kapitał nie zacznie inwestować w produkcję), to i tak jego wprowadzenie – i to przez polityka tak oportunistycznego, tak całkowicie obcego jakkolwiek rozumianej lewicy jak Sarkozy – ma olbrzymie znaczenie polityczne. I nawet jeśli Sarkozy „nie wprowadza tego podatku z przekonania”, jak twierdzi Vincent Peillon, sztabowiec jego głównego rywala w wyborach prezydenckich, socjaldemokraty François Hollande’a, to tym lepiej – świadczy to bowiem o sile ruchów społecznych naciskających od lat na francuskie władze w tej sprawie.

 

Od lat 70. propozycja Tobina funkcjonowała raczej jako akademicka ciekawostka, przedmiot uczonych dyskusji; powstawały opasłe tomy dowodzące, dlaczego tego typu podatek nie może działać. W 1997 roku na łamach francuskiej edycji „Le Monde Diplomatique” Ignacio Ramonet opublikował sławny już dzisiaj artykuł wstępny Rozbroić rynki, nawołujący do wprowadzenia międzynarodowego podatku od transakcji finansowych. Edytorial dał impuls do powstania międzynarodowej instytucji ATTAC (Associacion pour la Taxation des Transaction pour l’Aide aux Citoyens – Obywatelskiej Inicjatywy Opodatkowania Obrotu Kapitałowego). Organizacja na początku (zwłaszcza w Polsce) traktowana była jako polityczna egzotyka ze skrajnej lewicy, a idea podatku od obrotów kapitałów jak herezja – zgodnie z panującym aż do kryzysu z 2008 roku powszechnym przekonaniem, że swobodny, nieuregulowany przepływ kapitału najlepiej służy generowaniu służącego wszystkim bogactwa.

 

Dziś, po prawie 15 latach istnienia ATTAC, ich idee stają się pomału częścią powszechnie panującego „zdrowego rozsądku” ekonomicznego i politycznego. Jedno z haseł paryskiego maja brzmiało „Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego”. Sarkozy, skądinąd znany z nienawiści do maja ‘68 i jego idei, swoją decyzją o opodatkowaniu transakcji kapitałowych mimowolnie wysyła wszystkim aktorom działającym w polu społecznym właśnie taki komunikat. Pamiętajmy o tym, walcząc o inne dziś uznawane za „wariackie” czy „niepoważne” propozycje, takie jak np. powszechny dochód gwarantowany.

 

Na podobny temat

 

§

 

Od trzech tygodni trwają protesty w Rumunii. Rozpoczęły się po tym, jak 10 stycznia do dymisji podał się podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Publicznego Raed Arafat. W ten sposób sprzeciwił się planowanej przez rząd prywatyzacji pogotowia ratunkowego. Ta bezpośrednia przyczyna wybuchu niezadowolenia społecznego była kulminacją szeregu decyzji władz w Bukareszcie, które doprowadziły do pogorszenia się poziomu życia większości Rumunów. W maju 2010 r., w celu zmniejszenia deficytu, rząd zredukował o 25 proc. podstawy i tak niskie pensje pracowników strefy budżetowej, a emerytury i renty o 15 proc. Ponadto podniesiono podatek VAT z 19 do 24 proc. Są to najbardziej radykalne środki podjęte w celu przeciwdziałania kryzysowi, jakie wprowadzono w Europie.

 

Coraz trudniejsze warunki życia w Rumunii, niespełnione obietnice władz, przesuwających termin przywrócenia płac oraz rent i emerytur sprzed redukcji, afery korupcyjne, izolacja klasy politycznej od społeczeństwa i brak debaty publicznej w sprawach kluczowych dla całego kraju spowodował wyjście Rumunów na ulicę.

 

Ostatnio jednak protesty zniknęły z pierwszych stron gazet i najważniejszych portali informacyjnych. Nie ma już przemocy, demonstracje przebiegają spokojnie. Powoli stają się codziennością. Liczba protestujących również stopniowo spada. Niewątpliwie wpływ na to ma panujący w Rumunii siarczysty mróz.

 

Tymczasem politycy robią swoje. roku. Choć goszcząca obecnie w Bukareszcie delegacja Międzynarodowego Funduszu Walutowego zaapelowała o mniej ambitny plan redukcji deficytu budżetowego, prezydent Traian Băsescu zapowiedział, że w 2012 roku nie ma możliwości powrotu do poziomu płac sprzed maja 2011.

 

W międzyczasie opozycyjna Unia Socjal-Liberalna (USL) próbuje pozyskać protestujących. Czasami skutecznie. W dniu 28 stycznia w Timisoarze odbyła się manifestacja USL, na którą przybyło dwa tysiące osób. To dużo, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż w początkowej fazie protestów w całej Rumunii protestowało w zależności od dnia od 5 do 10 tysięcy ludzi. 29 stycznia socjal-liberałowie zorganizowali spotkanie z najważniejszymi organizacjami pozarządowymi wspierającymi protesty. Zaproponowano im m.in. współpracę w zamian za finansowanie NGO-sów z budżetu państwa. Oferta ta, w roku wyborczym, słusznie została odebrana jako przekupstwo.

 

Jednocześnie USL umywa ręce od poczynań rządu, grzmiąc na forum Parlamentu Europejskiego na temat zagrożenia demokracji w Rumunii ze strony prezydenta i rządzącej Partii Demokratyczno-Liberalnej. Przewodniczący USL Victor Ponta zwracał uwagę na niekonstytucyjną próbę połączenia wyborów parlamentarnych z lokalnymi czy też nadużywanie przez Traiana Băsescu i premiera Emila Boca prawa do wprowadzania ustaw wyjątkowych bez akceptacji parlamentu. Jednakże zapomina o tym, że jego partia znajduje się na scenie politycznej od upadku reżimu Nicolae Ceauşescu i jest w takim samym stopniu odpowiedzialna za zaistniałą w Rumunii sytuację społeczną, ekonomiczną i polityczną, ponieważ przez ten czas również brała czynny udział w sprawowaniu władzy.

 

Niejednokrotnie protesty, które objęły około 60 rumuńskich miast, sprowadza się wyłącznie do problemów gospodarczych. Jest to jednak przede wszystkim kryzys zaufania do rządzących i instytucji, które miały stać na straży demokracji, a w rzeczywistości ją wypaczyły.

 

Coraz bardziej widać brak koordynacji protestujących, ich wspólnego programu, oczekiwań. Jedyne, co ich łączy, to niechęć do obecnych władz. W międzyczasie odbywają się inne formy protestu – 31 stycznia do biura Ministra Środowiska i Lasów wdarli się działacze Greenpeace w proteście przeciwko planowanej eksploatacji złóż złota w Roşia Montană. Na początek lutego planowane są demonstracje przeciwko ACTA.

 

Protestujący mogą stawać się coraz bardziej zagubieni, coraz mniej zrozumiali. Istnieje obawa, że demonstrowanie stanie się kolejnym obyczajem, formą bez treści, która nie przynosi żadnych konstruktywnych rozwiązań.

 

Obserwując Rumunię, przychodzi na myśl scena z filmu Waking Life Richarda Linklatera, kiedy to kilka osób idzie ulicą i wygłasza zaangażowane społecznie slogany. Po chwili spotykają mężczyznę siedzącego na słupie, który nie wie, dlaczego to robi. Ktoś z grupy słusznie konstatuje: „My mamy teorię bez praktyki, on ma praktykę bez teorii”. Nasuwa się pytanie, na które jeszcze trudno odpowiedzieć – czy przypadkiem w tę stronę nie zmierza społeczne niezadowolenie Rumunów.

 

*Paweł Rutkowski – doktorant Wydziału Nauk Historycznych UMK w Toruniu

 

Na podobny temat

 

§

 

„Obowiązkowa lektura dla myślących postępowo”, ogłasza wydawca książki George’a Lakoffa Nie myśl o słoniu! Jak język kształtuje politykę, która kilka miesięcy temu ukazała się w polskim przekładzie. Jej autor to profesor językoznawstwa i nauk o poznaniu na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, ale nie mamy do czynienia z napisaną hermetycznym językiem rozprawą naukową. Wydana podczas wyborów prezydenckich w USA w 2004 roku książeczka Lakoffa była odpowiedzią na polityczną hegemonię prawicy i swoistym poradnikiem dla zagubionych demokratów. I choć jest mocno osadzona w amerykańskich realiach, to może być inspirująca dla polskich czytelniczek i czytelników.

 

Język i ramowanie to podstawa

 

Lakoff przekonuje, że każde zdanie, które wypowiadamy, jest ujęte w pewne znaczeniowe ramy. Ramowanie (framing), czyli przyporządkowywanie zjawiskom określonych znaczeń, jest naturalną cechą języka. O co chodzi w ramowaniu? „O narzucenie języka, który pasuje do twojego światopoglądu. Ale liczy się nie tylko język. Idee są bowiem podstawami myślenia, a język jest ich nośnikiem, aktywującym je w naszym umyśle” – tłumaczy Lakoff. A język kształtuje politykę: „Przeramowanie w debacie polega na zmianie sposobu, w jaki opinia publiczna widzi świat”.

 

Przykłady skutecznego przeramowania debaty? W dyskusji o prawnych konsekwencjach przerywania ciąży pojęcie „płodu” zostało zastąpione „życiem poczętym”, a rzecznicy prawa kobiety do swobodnego decydowania o swoim macierzyństwie są określani „zwolennikami aborcji”. Jeszcze kilkanaście lat temu dominował jednak zupełnie inny język. Podobnie pracownicze uprawnienia są nazywane „przywilejami”, a postulaty na rzecz sprawiedliwości społecznej i godnego życia – „postawą roszczeniową”.

 

Skuteczne ramowanie wymaga intelektualnego i organizacyjnego wysiłku. Antyzwiązkową i antypracowniczą politykę Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana poprzedziły lata wytężonej pracy środowisk prawicowych. Stworzono sieć wpływowych i opłacanych przez wielki biznes think tanków, w rodzaju American Enterprise Institute czy Heritage Foundation. Wydano setki milionów dolarów na stypendia dla naukowców, publicystów i pisarzy, na książki, czasopisma i sponsorowane artykuły, na odczyty i seminaria. To dzięki takim działaniom udało się stworzyć klimat dla neoliberalnej ideologii, która zajęła dominującą pozycję. Francuski socjolog Pierre Bourdieu tak skomentował ten proces: „Postrzegam neoliberalizm jako rewolucję konserwatywną, która przywraca przeszłość, lecz prezentuje się jako progresywna, przekształca sam regres w formę postępu. Czyni to tak dobrze, że ci, którzy się jej sprzeciwiają, sami zaczynają być postrzegani jako zacofani”.

 

Lewica zramowana przez prawicę

 

Początek polskiej transformacji ustrojowej przypadł na rozkwit neoliberalnej ideologii. Zyskała ona zwolenników właściwie w całym medialnym i politycznym mainstreamie. Język rodzimej debaty został do tego stopnia zramowany zgodnie z prawicowymi ideami, że nawet liderzy partii politycznych określających się jako lewicowe deklarują poparcie dla neoliberalnych rozwiązań systemowych i uzasadniają je socjaldemokratycznymi wartościami.

 

Przykładem tego jest selektywny model polityki społecznej. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” po sejmowym exposé Donalda Tuska Leszek Miller, szef SLD, stwierdził: „Wszędzie, gdzie premier mówił, że będzie w większym zakresie uwzględniał kryteria dochodowe, ma nasz głos. Sprawiedliwie to nie znaczy równo”. Polityczki i politycy Sojuszu od kilku lat zresztą powtarzają, że sprawiedliwa, prawdziwie lewicowa polityka społeczna powinna być adresowana do najbardziej potrzebujących, i retorycznie pytają, dlaczego rodzina Kulczyka ma korzystać z tych samych świadczeń, co wielodzietna rodzina z popegeerowskiej wsi. Podobne stanowisko prezentuje też Ruch Palikota. Jak więc widzimy, skuteczne ramowanie może spowodować, że daną narrację przyjmie nasz polityczny adwersarz.

 

Co jest sprawiedliwe i efektywne?

 

Wbrew pozorom selektywny system świadczeń, skierowany do konkretnych grup odbiorców, które wyznacza się na podstawie kryterium dochodowego, nie jest ani efektywny, ani sprawiedliwy i wcale nie sprzyja spójności społecznej. Kierowanie pomocy do ściśle określonych odbiorców jest pracochłonne i skomplikowane. Trzeba opracować kryteria przyznawania świadczeń i weryfikować uprawnienia do nich, co wymaga rozbudowy urzędniczego aparatu. Na jego utrzymanie potrzeba środków. A przecież główne argumenty neoliberałów na rzecz demontażu opiekuńczych funkcji państwa to właśnie przerost administracji, wszechwładza urzędników i marnowanie publicznych pieniędzy!

 

Co gorsza, efektem selekcji jest zazwyczaj pozbawienie świadczeń tych grup, które potrzebują wsparcia. Bez pomocy pozostają wszyscy ci niezamożni, którzy nie spełniają arbitralnie ustalonych kryteriów, na przykład zarabiają kilkadziesiąt złotych więcej, niż wynosi próg. Tylko że dalej nie stać ich na zapłacenia za daną usługę z własnej kieszeni. „Świadczenia dla nędzarzy zawsze były nędzne” –przestrzegał w latach 60. ubiegłego wieku Richard Tittmus, twórca powojennej nauki o polityce społecznej w Wielkiej Brytanii.

 

Bieda jest czymś wstydliwym dla osób, które jej doświadczają. Często najbardziej dotkliwy nie jest brak dóbr materialnych, ale odarcie z godności. Selektywny model polityki społecznej stygmatyzuje ludzi, wymaga bowiem od nich ubiegania się o status osoby ubogiej. Z kolei mniej zaradni i gorzej wykształceni mogą mieć poważne problemy z odnalezieniem się w biurokratycznej pajęczynie, by skutecznie upomnieć się o własne prawa.

 

Uniwersalizm buduje polityczną wspólnotę

 

Zygmunt Bauman twierdzi, że konsekwencją stosowania kryterium dochodowego lub majątkowego w polityce społecznej jest podział zamiast integracji i wykluczenie zamiast zjednoczenia. To, że wszyscy – niezależne od statusu majątkowego– mogą korzystać z gwarantowanych przez państwo usług publicznych, powoduje zasypywanie podziałów społecznych. Obok otoczonych murem enklaw bogactwa, z prywatnymi szkołami, szpitalami i firmami ochroniarskimi, nie powstają getta subsydiowanej przez rząd biedy.

 

Według Baumana najgorszym skutkiem modelu selektywnego jest osłabienie zainteresowania obywateli polityką. „Dla większości z nich bowiem zainteresowanie państwem sprowadza się do pilnowania, by skarb państwa trzymał ręce z dala od ich kieszeni” – konstatuje.

 

Przedstawiciele bogatszych sfer w Skandynawii – a systemy społeczne w państwach tego regionu opierają się na zasadzie uniwersalizmu– nie odwracają się plecami do państwa i nie podważają jego aktywnej polityki na rzecz spójności społecznej. Nie mają też poczucia, że korzystając z usług publicznych i świadczeń społecznych, żyją na koszt najuboższych, płacą bowiem odpowiednio wyższe podatki. To buduje polityczną i demokratyczną wspólnotę, a także, jak wskazuje Bo Rothstein z Uniwersytetu w Goeteborgu, społeczne zaufanie i społeczny kapitał.

 

Postępowe ramowanie

 

Jak więc powinna brzmieć progresywna narracja o sprawiedliwości, równości i modernizacji? System uniwersalny jest sprawiedliwy, bowiem ludzie płacą w nim podatki proporcjonalnie do swych dochodów. Z tych podatków finansowane są świadczenia i usługi publiczne dostępne dla wszystkich. To integruje społeczeństwo, aktywizuje je politycznie i wzmacnia wzajemne zaufanie.

 

Jeśli Leszek Miller i Janusz Palikot na serio traktują własne deklaracje o lewicowej afiliacji, powinni dążyć do budowy w Polsce uniwersalnej polityki społecznej. Należy zacząć od reformy podatkowej i stworzeniu takiego systemu, w którym bogaci współuczestniczyliby w życiu społecznym nie tylko poprzez bale charytatywne. Wymagać to będzie oczywiście odpowiedniego zramowania publicznej debaty o podatkach. Po wskazówki w tej sprawie odsyłam już do książki Lakoffa.

 

Na podobny temat

 

§

 

Każdemu, kto uczestniczy w międzynarodowym ruchu Oburzonych lub śledzi jego działania, maska Guya Fawkesa z komiksu Allana Moora V jak Vendetta kojarzy się jednoznacznie. Od Aten po Nowy Jork, od Madrytu po Tokio w minionym roku nakładali ją na twarze wszyscy przeciwnicy klasy rządzącej, która nie potrafiła zapobiec społecznym skutkom kryzysu ekonomicznego i kroczyła ramię w ramię z elitami biznesowymi w kierunku dekonomokracji – systemu, w którym generowanie PKB wzbogacającego 1% światowej społeczności stawia się wyżej niż solidarną dbałość o zrównoważony rozwój demokratycznej wspólnoty, a roszady na sejmowych fotelach uznaje się za emanację władzy ludu.

 

Wyobcowanie klasy politycznej, działanie na korzyść instytucji finansowych i prywatnych właścicieli kosztem jakości życia Kowalskich, Smithów i Sanchezów, pogłębiające się poczucie niesprawiedliwości społecznych, coraz silniej odczuwane rozwarstwienie ekonomiczne, coraz mniej przejrzysta relacja między wyborami zwykłych ludzi a decyzjami rządów – wszystko to doprowadziło w ubiegłym roku do masowych wystąpień jednostek i grup społecznych, które zorganizowały się w platformy obywatelskie, takie jak Ruch 15 Maja, Prawdziwa Demokracja Teraz! czy Ruch Okupuj i zyskały ogólną nazwę Oburzonych.

 

Maski Guya Fawkesa pojawiły się też na protestach przeciwko podpisaniu przez rząd Donalda Tuska umowy handlowej ACTA. Czy fakt, że tysiące demonstrujących Polaków posłużyły się ikonografią i performatyką międzynarodowych Oburzonych świadczy o tym, że nasze społeczeństwo włączyło się do globalnego ruchu na rzecz politycznej i ekonomicznej transformacji świata? Wiele mogłoby przemawiać na niekorzyść tej tezy: akty przemocy, które stoją w sprzeczności z pokojowym charakterem „słonecznej” rewolucji Oburzonych; wyraźnie słyszalny dyskurs narodowy, który towarzyszył wielu demonstracjom i który również sytuuje się w opozycji do uniwersalistycznych haseł Indignados; udział kibiców i ich antyrządowe hasła, kojarzące się raczej z ubiegłorocznymi zajściami na stadionie w Bydgoszczy niż z marszem solidarności z Oburzonymi, który pod hasłami wyzwolenia spod dominacji kapitału przeszedł 15 października 2011 roku ulicami Warszawy.

 

Ta swoista polityczna wieża Babel, jaką wznieśli manifestujący przeciwko ACTA, w której mieszają się hasła antykapitalistyczne i patriotyczne, okrzyki przeciwko świętemu prawu własności i te na rzecz oddania hołdu „pomordowanym” w Smoleńsku, wydaje się daleka – na pierwszy rzut oka – od jednolitego (znów – na pierwszy rzut oka) politycznego przekazu ruchów Oburzonych.

 

Europejska Zima

 

Arabska Wiosna, Hiszpańskie Lato i Amerykańska Jesień miały swoją lokalną specyfikę, jeśli chodzi o powody masowych wystąpień, motywacje, które wyciągnęły ludzi z domów, przewodzące im grupy i hasła organizujące zbiorowy sprzeciw. Dlatego – pomimo rzucających się w oczy różnic pomiędzy Oburzonymi i polskimi wystąpieniami przeciwko ACTA – jeśli przyjrzymy się fundamentom wszystkich tych akcji społecznego nieposłuszeństwa, dojdziemy do wniosku, że polskie społeczeństwo włączyło się w globalny ruch sprzeciwu. Ich aktywiści przepowiadali zresztą, że czeka nas Europejska Zima.

 

Analogii do fali światowego oburzenia było w ostatnich dniach wiele. Mobilizacja obywatelska odbywała się za pośrednictwem społeczności internetowych i platform cyfrowych, które służą jako narzędzie komunikacji i organizacji protestów na całym świecie. Wszystkie znane z wystąpień Oburzonych grupy, takie jak Democracia Real Ya!, w istocie były i wciąż pozostają w pierwszej kolejności platformami cyfrowymi, umożliwiającymi wielu podmiotom indywidualnym i zbiorowym porozumiewanie się i wyrażanie swoich poglądów w czasie, gdy nie głoszą ich na ulicach. Hasła odnoszące się do wolności słowa, wzywające do zniesienia cenzury oraz krytyka mediów masowych również pochodzą z repertuaru globalnych ruchów sprzeciwu, a wyrażane podczas manifestacji poczucie, że standardy demokratycznego współistnienia są zagrożone, jest wręcz ich esencją.

 

Należy także zwrócić uwagę na ponadlokalny charakter protestów, które – w przeciwieństwie choćby do „obrony krzyża” na Krakowskim Przedmieściu – rozlały się nie tylko poza stolicę, ale nawet poza większe ośrodki miejskie. To ożywienie pasywnej dotychczas z punktu widzenia działań politycznych „prowincji” do żywego przypomina zjawiska znane z Ruchu Oburzonych, gdy do akcji włączali się mieszkańcy najdalszych zakątków Hiszpanii, Grecji czy USA.

 

W stronę demokracji uczestniczącej

 

Zasadniczą jednak cechą, która pozwala rozpatrywać wydarzenia ostatnich dni w analogii do globalnych wystąpień Oburzonych, jest przekonanie wyrażane przez manifestantów we wszystkich krajach i przez przeciwników ACTA – że władza polityczna się wyobcowała, podejmuje decyzje ponad głowami obywateli. Innymi słowy, że dokonała się głęboka erozja współczesnego modelu demokracji przedstawicielskiej.

 

Wystąpienia ostatnich dni to głos sprzeciwu, którego celem jest uzmysłowienie politykom, że są tylko wykonawcami woli suwerena, jakim jest społeczeństwo obywatelskie. Arogancja, jaką wykazał się rząd Donalda Tuska, ignorując społeczne odczucia dotyczące ACTA – kolejny po zamieszaniu wokół służby zdrowia przykład urzędniczej samowoli ministrów rządzącej koalicji – przelała czarę goryczy: obywatele poczuli, że nie mają realnej politycznej reprezentacji.

 

W manifestacjach ostatnich dni dostrzegam apel, który można usłyszeć również w innych krajach: musimy włożyć wysiłek w zmiany systemowe i wypracować bardziej bezpośredni model demokracji niż ten, z którym mamy do czynienia dziś, a który jest całkowicie fasadowy. W sytuacji, gdy partie polityczne nie reprezentują już poszczególnych grup społecznych i ich interesów, gdy nastąpiło utożsamienie sił politycznych z organami państwowej administracji, demokracja domaga się większego obywatelskiego uczestnictwa niż maźnięcie wyborczej kartki. Wypracowywanie nowych strategii podejmowania zbiorowych decyzji jest w tej chwili jednym z najżywszych objawów aktywności globalnego ruchu Oburzonych. Być może warto będzie skorzystać z tych doświadczeń, aby uczynić zadość wyrażanemu przez demonstrujących przeciwko ACTA pragnieniu, byśmy wszyscy zyskali większy wpływ na bieg wspólnych wypadków.

 

Ku politycznej podmiotowości

 

Tak daleko idące konsekwencje aktywności ruchów globalnego sprzeciwu będą możliwe tylko pod warunkiem, że jednostki i grupy dokonają aktu politycznego samoustanowienia. I jeśli miałbym nazwać istotę protestów minionych dni, a nawet ponadnarodowych tendencji, w które protesty te – w moje ocenie – się wpisują, byłaby nią walka o indywidualną i zbiorową podmiotowość polityczną.

 

Demonstracje przeciwko ACTA postrzegam jako platformę umożliwiającą wyrażanie jednostkowych i grupowych żądań społeczno-politycznych, niezależnie od tego, jaki wektor światopoglądowy żądania te przyjmują. Tłumaczy to, dlaczego na ulicach polskich miast stanęli obok siebie ci, którzy dotychczas – by użyć eufemizmu – przyglądali się sobie z podejrzliwością: młodzi intelektualiści i młodzi zadymiarze, osoby dojrzałe i nastoletnie, ci bardziej na lewo i ci bardziej na prawo od centrum. Obecność na manifestacjach tak różnych ludzi świadczy o tym, że kluczowym parametrem społecznej mobilizacji jest w tym wypadku nie światopogląd czy interes jakiejś grupy, lecz pragnienie publicznego wyrażenia faktu bycia obywatelem, bycia homo politicus.

 

Egalitarna sieć

 

Mobilizacja społeczna przeciwko ACTA pozwoliła przekroczyć istniejące dotychczas partykularyzmy grupowe czy światopoglądowe. Tym samym polscy manifestujący wkroczyli na ścieżkę nowych ruchów społecznych, którą podążają Oburzeni. Mianownikiem tej mobilizacji – podobnie jak w innych krajach – jest prawdziwie demokratyczna wolność. W przypadku Polski jej emanacją stała się swoboda korzystania z osiągnięć cywilizacji cyfrowej.

 

Internet, jako egalitarna sieć łącząca równe sobie podmioty i narzędzie tak jednostkowego samorozwoju, jak i zbiorowego postępu, stał się dla nas w ostatnich dniach tym, czym dla Tunezyjczyków były wolne wybory, a dla Hiszpanów złagodzenie drakońskiego prawa dotyczącego eksmisji– symbolem podmiotowości i niezależności. Fakt, że znalazły one swój społeczny i polityczny język oraz przybrały postać demonstracji, może świadczyć o tym, że w naszej świadomości zbiorowej dokonała się zasadnicza zmiana: nieposiadanie poglądów nie uchodzi już za cnotę, a ich publiczne wyrażanie nie jest anachronizmem i postawą roszczeniową.

 

Przeciw przemocy

 

Wierzę w konieczność samoustanowienia politycznego każdego obywatela i każdej obywatelki. Wierzę w konieczność upodmiotawiania siebie nawzajem, by podnieść jakość indywidualnego i zbiorowego życia. Ale wierzę również, że działania na rzecz wspólnego dobra należy prowadzić z rozmysłem i orientować się w sytuacji, w której realizuje się emancypacyjne cele. Dlatego gdybym miał sobie czegokolwiek życzyć w związku z narastającym oporem przeciw politycznej alienacji władzy, byłaby to większa czujność wobec zachowań przemocowych. W tym wypadku Oburzeni mogą nie tyle posłużyć za analogię wyjaśniającą ducha ostatnich wypadków, ile za dobrych nauczycieli uprawiania skutecznej polityki w opozycji do aparatu państwa.

 

Istnieją dwa zasadnicze powody, które każą unikać praktyk przemocowych nowym ruchom społecznym. Pierwszy wynika z działania na rzecz ludzkiej solidarności i kreowania wewnątrz protestującej wspólnoty utopii wzajemnego współodczuwania, współpostrzegania świata i współdziałania na rzecz jego transformacji. Znane skądinąd hasło „zło dobrem zwyciężaj” znakomicie pasuje do atmosfery, jaka panuje na demonstracjach nowych ruchów społecznych. Trudno przeciwstawiać się egoizmowi, konkurencji, wyzyskowi, nienawiści i podejrzliwości, jeśli sami się do nich odwołujemy, generując w ten sposób przemoc. Siła nowych ruchów protestu polega na jednoczesnym występowaniu przeciw światu, jaki znamy, i kreowaniu wspólnoty społecznej opartej na zgoła odmiennych wartościach. Ktokolwiek znalazł się w sercu okupowanego przez Oburzonych placu, ten wie doskonale, że inny świat jest możliwy.

 

Po drugie zaś, strategie pokojowe mają dużo większą skuteczność polityczną. Pod tym względem nowe ruchy społeczne są na wskroś „gandhijskie”. Państwo do perfekcji opanowało siłowe przeciwdziałanie zachowaniom, które są niezgodne z prawem. W walce na strategie przemocowe, gdy licencję na przemoc posiada wyłącznie jedna strona konfliktu, stosujący ją obywatele są na z góry przegranej pozycji. Ich polityczna skuteczność jest bliska zeru, a dodatkowo tracą uznanie w oczach większości społeczeństwa, co daje najlepszą gwarancję rządzącym, że ich pozycja pozostanie po wsze czasy niezachwiana.

 

Praktyki Ruchu Oburzonych pokazują, że państwo jest bezradne wobec masowych akcji obywatelskich, które mają pokojowy charakter. W Barcelonie, Paryżu czy Brukseli, gdzie w ubiegłym roku doszło do aresztowań aktywistów Ruchu, służby porządkowe musiały użyć prowokacji, by wymusić na demonstrantach zachowania niezgodne z prawem. Tracili w ten sposób zaufanie obywateli, zyskując satysfakcję na niecałe dwie doby, po których wszystkich Oburzonych zwalniano z aresztów, gdyż ich czyny nie były szkodliwe społecznie. Niektóre z tych prowokacji szły tak daleko, że jeden z policjantów, który w Brukseli zaatakował demonstrantkę (zarejestrowały to kamery), do tej pory siedzi w więzieniu.

 

Hiszpańscy czy amerykańscy politycy włożyli wiele wysiłku w „bandytyzację” ruchu Oburzonych, ale ponieważ żadne chuligańskie działania nie miały miejsca, politycy ci dokonali autokompromitacji w oczach swoich obywateli. Według danych z listopada ubiegłego roku postulaty ruchu Oburzonych popiera ponad 70% Hiszpanów.

 

Pokojowe strategie oddolnych praktyk politycznych nie tylko obalają współczesną quasi-darwinistyczną antropologię, na której ufundowany jest nasz świat, ale stają naprzeciw państwowemu monopolowi na przemoc i okazują się dużo bardziej skuteczne w walce o transformację życia zbiorowego niż jakiekolwiek działania, które się do przemocy odwołują.

 

***

 

Nie ma znaczenia, czy Donald Tusk i jego ministrowie ostatecznie ratyfikują umowę ACTA. Stała się ona wyłącznie pretekstem do przełamania politycznego milczenia i wyrażenia społecznego oburzenia na rządzących, którzy ignorują głos obywateli. Nie ma też znaczenia, jakie hasła, z jakiego światopoglądowego słownika i w imię jakich wartości wykrzykują demonstranci na ulicach polskich miast. Polityczne upodmiotowienie to akt, który zawsze działa na korzyść emancypacji. Mało prawdopodobne, by proces obywatelskiego samostanowienia, którego objawem są ostatnie demonstracje, dało się powstrzymać. Możemy się więc spodziewać ciekawej zimy – i zrobić wszystko, by wiosna była jeszcze ciekawsza.

 

Demonstracja przeciw ACTA, 27 stycznia, Warszawa. Fot. Jakub Szafrański

 

Na podobny temat

 

§

 

O negatywnych skutkach braku polityki mieszkaniowej stowarzyszenia lokatorskie oraz miejscy aktywiści i aktywistki alarmują już od dawna. Przykładów jest coraz więcej: masowe eksmisje (w tym osób niepełnosprawnych, taki jakich jak poznanianka Katarzyna Jencz, powtarzające się zagadkowe podpalenia kamienic (ostatnio w Poznaniu, osiedla kontenerowe, tajemnicza śmierć Jolanty Brzeskiej, na której pogrzeb 3 stycznia 2012 w ramach protestu przyszło kilkaset osób – można wyliczać bez końca. Ofiarami padają zarówno najbiedniejsi, jak i osoby z pensją w wysokości średniej krajowej.

 

27 stycznia do tej listy dołączyła kolejna osoba – Babcia Lewa, mieszkanka Łodzi, której ciało znaleziono w kamienicy zabitej deskami przez administrację. Ponadsześćdziesięcioletnia Babcia Lewa mieszkała na ulicy Włókienniczej, w miejscu owianym złą legendą. Jak napisał na Facebooku jeden z moich łódzkich znajomych: „jest [tam] takie nawarstwienie problemów, że tylko desant jakiegoś oddziału szturmowego mógłby pomóc. Psychologowie, animatorzy, socjologowie, artyści, do tego wojsko, które będzie pilnowało, żeby pracownicy cywilni nie zostali zasztyletowani pierwszego dnia, i odcinało wszelkie dostawy alkoholu z zewnątrz i wewnątrz”.

 

Zła legenda, jak widać, podziałała również na pracowników administracji, którzy bez eskorty oddziału szturmowego postanowili nie ryzykować i zabili wejście do budynku, nie sprawdzając, czy kogoś tam nie ma. Ciało kobiety znaleziono dopiero po miesiącu – córki Babci Lewej skontaktowały się ze sobą i okazało się, że żadna z nich nie widziała matki od miesiąca.

 

To wydarzenie jest tym bardziej bulwersujące, że kilka dni wcześniej wiceprezydent Łodzi Arkadiusz Banaszek zapowiedział rewolucję w polityce mieszkaniowej. W obliczu wieloletnich zaniedbań, które doprowadziły do fatalnego stanu kamienic, postanowił przykręcić śrubę. Zapowiedział eksmisje do kontenerów notorycznych dłużników, koniec ulg na zakup mieszkań (twierdzi, że osoby, które niskim kosztem stają się właścicielami mieszkań, nie są w stanie ponosić kosztów remontów), pozbywanie się przez miasto lokali, w których ma szczątkową własność (żeby oszczędzić na kosztach remontów zarządzanych przez wspólnotę mieszkaniową) oraz podniesienie czynszów. Planowane jest również usprawnienie działania biura zamiany mieszkań. Wszystkie te działania mają pozwolić zdobyć pieniądze na remonty miejskich kamienic. Troska o miejski zasób komunalny jest rzeczą zacną, ale kiedy odbywa się bez jednoczesnej troski o los lokatorów, może doprowadzić do takich tragedii jak śmierć Babci Lewej.

 

Strategia władz Łodzi przypomina rządy twardej ręki szefa poznańskiego Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, Jarosława Pucka, który ostatnio wsławił się serią eksmisji, postawieniem osiedla kontenerowego– straszaka dla lokatorów zalegających z czynszem oraz wypowiedzią: „Co mamy zrobić? Oni mają prawo chorować na chorobę alkoholową i niszczyć mienie, a my mamy obowiązek ich utrzymywać?”, świadczącą o całkowitym niezrozumieniu materii społecznej, z którą pracuje. Zwrócił na to uwagę w swoim tekście Andrzej W. Nowak, żądając jednocześnie dymisji Pucka. Podobne żądanie powinno pojawić się w odniesieniu do Arkadiusza Banaszka, który nie tylko wykazuje się całkowitą ignorancją w sprawie problemów biedniejszych mieszkanek i mieszkańców miasta, ale jest również współodpowiedzialny za śmierć uwięzionej w pustostanie staruszki.

 

Żądanie dymisji Pucka i Banaszka jest tym bardziej zasadne, że nie mogą się oni zasłaniać brakiem alternatywnych rozwiązań i pomocy ze strony społecznej. W Krakowie od jakiegoś czasu działa Okrągły Stół Mieszkaniowy (jego postulaty wciąż jednak są ignorowane przez władze miasta). 26 stycznia odbył się pierwszy Okrągły Stół Mieszkaniowy w Poznaniu. Wzięli w nim udział przedstawiciele władz, stowarzyszenia My-Poznaniacy, Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz Komisji Dialogu Społecznego. Zażądali wstrzymania eksmisji i zasiedlania kontenerów socjalnych do końca obrad. Okrągłe stoły mieszkaniowe pokazują, że jest duża wola ze strony społecznej, aby pomóc władzom miasta w poszukiwaniu dobrych rozwiązań obecnych problemów.

 

Wiedzę można czerpać nie tylko do aktywistek i aktywistów, ale również z innych miast. Można się na przykład uczyć od Częstochowy , której władze wprowadziły kompleksowy system pomocy osobom wykluczonym i zagrożonym wykluczeniem społecznym. Zamiast eksmitować dłużników do kontenerów socjalnych, wdrożyły system oddłużania. Osoby zalegające z czynszem mogą odpracować swój dług, sprzątając, zamiatając i odśnieżając miasto. W ten sposób nie tylko przecina się spiralę zadłużenia, ale również poprawia się estetykę miasta. Pracujący dłużnicy przestają w ten sposób być obciążeniem dla systemu społecznego. Docelowo osoby objęte tym programem mają być zachęcane do tworzenia spółdzielni społecznych, co uchroni je przed popadnięciem w kolejne długi wynikające z braku pracy.

 

Rozwiązanie z Częstochowy jest modelowe, bowiem łączy integrację społeczną z oszczędnościami w budżecie miasta. Aby je wprowadzić, wystarczy tylko chcieć– jednak takiej woli nie widać na razie po stronie władz innych miast. Dlatego jako mieszkanki i mieszkańcy musimy się ich domagać! Dość już ofiar polityki mieszkaniowej!

 

Na podobny temat

 

§

 

Kiedy dowiedzieliście się państwo, że istnieje coś takiego jak ACTA? Niewiele ważnych decyzji przygotowywanych było w tak szczelnej dyskrecji. I to nie tylko w Polsce

 

Dwa lata temu Parlament Europejski jednomyślnie przyjął rezolucję domagającą się jawności negocjacji. I nic. Pół roku temu premier obiecał otwartą debatę w tej sprawie. I też nic.

 

To starcza, by trudno było potępić ataki hakerów na serwery władzy. Jestem po ich stronie. Gdy władza tak uporczywie spiskuje przeciw obywatelom, jej legitymacja staje się wątpliwa, a sprzeciw jest uprawniony. Przynajmniej w granicach, w których ten atak się mieści.

 

Zwłaszcza gdy nielojalność władzy wobec obywateli dotyczy sprawy poważnej. A ACTA wyrasta z tego samego groźnego procesu co kryzys. Ten proces, który genewskie Obserwatorium Finansów nazywa finansjalizacją, to postępująca zamiana relacji na transakcje. W przypadku ACTA chodzi o ugruntowanie w prawie międzynarodowym zamiany relacji twórcy i odbiorcy w transakcję dostawcy z nabywcą. Wedle logiki stosowanej w ACTA sensem twórczości przestaje być inspiracja, a staje się transakcja.

 

Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza - mediaworkera, z naukowca - dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.

 

Wydawało się, że ta zamiana zwiększy efektywność. Kryzys pokazał, że zwiększa głównie liczbę i koszty transakcji. W większości dziedzin społeczna wartość od tego nie rośnie. A często maleje. W Ameryce, gdzie finansjalizacja zaszła najdalej, wydatki zdrowotne są najwyższe na świecie, a efekt jest dużo gorszy niż w wydających kilkakrotnie mniej krajach Europy.

 

Zwolennicy ACTA powołują się na prawa twórców do wynagrodzenia, bez którego twórczości podobno nie będzie jak finansować. Ale ludzkość sporo dzieł stworzyła, nim kilkadziesiąt lat temu wymyślono „własność intelektualną”. Chopin, Beethoven, Chaplin, Beatlesi, Picasso, małżeństwo Curie tworzyli przed finansjalizacją. Ludzie płacili za koncert, nuty, książki, obrazy, odkrycia. Potem mogły one krążyć, być reprodukowane i udostępniane swobodnie. Dopóki między twórcą a odbiorcą nie było korporacji, której jedynym celem jest wynik finansowy.

 

Obrońcy ACTA twierdzą, że sytuację zmieniło powstanie nowych technik przekazu. Ludzie za darmo słuchają muzyki w internecie, oglądają filmy, wymieniają się programami i grami. Tak jak od dawna za darmo korzystają z bibliotek. No właśnie. Z dumą oglądam karty biblioteczne moich książek, gdy są pełne wpisów o wypożyczeniu, chociaż nie mam z tego ani grosza. Tym twórca szukający kontaktu z odbiorcą różni się od szukającego wyłącznie zarobku właściciela praw intelektualnych.

 

Konwencja ACTA jest nie do przyjęcia nie tylko dlatego, że powstała w trybie dziwnej zmowy części rządów przeciw obywatelom. I nie dlatego, że zwiększy transfer bogactwa od biednych (od nas też) do bogatych. Chodzi o to, że twórczość zostanie mocniej poddana niszczycielskiej logice, która zdewastowała rynek kredytowy, rozdęła koszt służby zdrowia (spór o recepty i ubezpieczenia szpitali jest jednym z jej refleksów), zdegenerowała oświatę (śmieciowe wykształcenie Oburzonych wedle zasady „płacisz - masz”), hamuje rozwój wiedzy i nauki, poddając je kryterium szybkiej użyteczności.

 

Wiedząc wszystko, co obnażył kryzys, w dobrej wierze takiego prawa już zaakceptować nie można. I po larum podniesionym dzięki atakom na serwery władzy nie wierzę już, że rząd bez poważnej debaty i bez istotnych zastrzeżeń tę konwencję podpisze. Bo musiałby zrobić to w otwarcie złej wierze.

 

Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 23 stycznia.

 

Na podobny temat

 

§

 

„Palikot zapali w sejmie” – wieściły od kilku dni media, spekulując: dotrzyma słowa czy nie? „To dziecinada” – mówił Tomasz Lis, tłumacząc, że Ruch Palikota zajmuje się nieważnymi sprawami, zamiast wziąć się do pracy. „Ignorujmy to” – nawoływał Jacek Kurski z PiS, mówiąc, że Palikotowi i jemu podobnym zależy wyłącznie na rozgłosie i szokowaniu.

 

Jointa zamienił Palikot na dość niewinne kadzidełko. I zapalił. Marszałkini Sejmu Ewa Kopacz łamiącym się głosem i z powagą sugerującą, że chodzi o decyzje najwyższej wagi państwowej, poinformowała media, że zawiadomiła prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa. Prokuratura wszczęła postępowanie sprawdzające w sprawie „kadzidełka Palikota”. Machina potępienia i moralnego oburzenia została puszczona w ruch.

 

Jakie można wyciągnąć wnioski z tej ocierającej się o farsę historii?

 

Do happeningów Palikota – świńskich ryjów, penisów – wielu straciło już cierpliwość. Nagłaśnianie tematów wymagających refleksji bez odwoływania się do wiedzy i danych przestaje być nagłaśnianiem tych właśnie tematów. Staje się nagłaśnianiem nazwisk i autopromocją. Na chwilę sprawą zainteresuje się TVN24, ale na to, że dzięki happeningowi zaprosi do studia eksperta od polityki narkotykowej, raczej bym nie liczyła. Zamiast dyskusji nad zmianami w prawie do mediów przebija się cyrk.

 

Janusz Palikot chciał chyba pokazać, że polityk też człowiek: sam pali - i walczy o prawo do palenia. Tylko że w ten sposób sprowadza problem do młodzieżowej fanaberii, fascynacji jedną z używek, zamiast porozmawiać poważnie o tym, w kogo i jak uderza prawo narkotykowe (a że można o tym rozmawiać, pokazuje choćby wywiad z profesorem Krzysztofem Krajewskim, kierownikiem Katedry Kryminologii UJ). Problem polityki narkotykowej nadal pozostaje rozpięty pomiędzy „dziećmi umierającymi na ulicach” a wygłupami w Sejmie. Janusz Palikot, zamiast otwierać dyskusję, umacnia ten absurdalny podział.

 

Jednocześnie jego występ pokazał nam, że kwestia narkotyków jest traktowana przez polskich polityków i dziennikarzy nad wyraz emocjonalnie i histerycznie. Ta sama Ewa Kopacz, która dwa lata wcześniej protestowała przeciwko ustawie ograniczającej możliwość palenia tytoniu w miejscach publicznych i z dumą paliła w swoim samochodzie, odwołując się do pojęcia wolności – teraz, kiedy chodzi o jointa (którego zresztą nie było), angażuje organy ścigania i sięga po najwyższe środki bezpieczeństwa.

 

Czy jej działania byłyby takie same, gdyby ktoś zapalił w sejmie papierosa w miejscu do tego nieprzeznaczonym? Albo gdyby wypił piwo poza sejmowym bufetem? Czym różnią się te szkodliwe używki od marihuany, poza stopniem społecznej akceptacji dla ich użytkowników? I czy kiedyś politycy będą gotowi o tym porozmawiać?

 

Happening Palikota ujawnił jeszcze jeden problem. Prokuratura, wszczynając śledztwo w sprawie zapalenia kadzidełka zawierającego śladowe ilości marihuany, powołała się na paragraf o promocji środków odurzających. Czy wobec tego wszystkie działania nagłaśniające kwestie polityki narkotykowej są niezgodne z prawem? Czy ja, redaktorka serwisu narkopolityka.pl, pisząca o używkach, mogę spać spokojnie? Czy redaktorzy gazeta.pl, którzy napisali, że „marihuana nie szkodzi płucom tak jak tytoń”, pójdą za to siedzieć?

 

Żyjemy w państwie, które kompletnie nie ma pomysłu na to, jak reagować na problemy dotyczące narkotyków – poza moralnym oburzeniem i histerią.

 

Na podobny temat

 

§

 

Aby zrozumieć przyczyny największych od ponad dwudziestu lat protestów w Rumunii, należy się cofnąć do maja 2010 roku, kiedy to prezydent Traian Băsescu i podporządkowany mu premier Emil Boc, obaj konserwatyści, zapowiedzieli cięcia płac w sferze budżetowej oraz rent i emerytur, odpowiednio o 25 procent i 15 procent. Wdrożenie programu oszczędnościowego było warunkiem

 

otrzymania przez Rumunię pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i UE, ale tak radykalna decyzja władz rumuńskich została skrytykowana nawet przez ówczesnego prezesa MFW Dominique’a Strauss-Kahna. Pomimo protestów związków zawodowych ustawa weszła w życie. Zapowiadano ją jako tymczasowe poświęcenie ze strony rozumiejących trudną sytuację Rumunów, ale nie została zniesiona do dzisiaj.

 

1 lipca 2010 r. rząd wprowadził podwyżkę podatku VAT z 19 proc. do 24 proc., co natychmiast odczuły kieszenie rumuńskich obywateli, ale i ta decyzja władz nie wywołała jeszcze wrzenia. Również w lipcu premier Boc powiedział, że trzeba być bardzo ostrożnym, zanim wykona się jakikolwiek krok do przodu, i przestrzegał przed „powrotem do populizmu”. Fakt, że prezes rady ministrów nazywa przywrócenie pensji i emerytur do poziomu sprzed redukcji „powrotem do populizmu”, wiele mówi o rumuńskich rządzących.

 

Miarka przebrała się na początku tego roku, kiedy prezydent wraz z rządem próbowali bez debaty publicznej sprywatyzować część służby zdrowia, w tym ratownictwo medyczne. 10 stycznia do dymisji podał się podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Raed Arafat. Arafat, obywatel Rumunii pochodzenia palestyńskiego, cieszy się w Rumunii dużą estymą – na początku lat 90. założył SMURD, rumuńskie pogotowie ratunkowe, jedyną sprawnie funkcjonującą i mało podatną na korupcję instytucję w tamtejszym systemie służby zdrowia. To była iskra na beczce prochu. Niezadowoleni Rumuni, bez względu na wiek, wyszli na ulicę.

 

Największe protesty (około tysiąca osób) mają miejsce w Bukareszcie, ale po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat odbywają się one nie tylko w stolicy – niezadowoleni z pogarszającej się sytuacji społecznej Rumuni demonstrują w innych miastach, jak Jassy, Timiszoara czy Kluż. W Bukareszcie doszło do starć z żandarmerią i policją, która nierzadko prowokuje uczestników demonstracji. To właśnie brutalne zachowanie służb porządkowych, a nie pojedyncze akty wandalizmu, jest prawdziwym zagrożeniem w centrum stolicy. W internecie przybywa relacji bezpośrednich świadków agresji policjantów i żandarmów – nie tylko wobec protestujących, ale także niezależnych dziennikarzy. Rumuni oglądający wydarzenia w telewizji otrzymują jednak zupełnie inny obraz. Mainstreamowe media bagatelizują demonstracje i społeczne niezadowolenie, skupiają się tylko na najbardziej pikantnych szczegółach i obarczają odpowiedzialnością za zajścia kibiców stołecznych klubów piłkarskich.

 

Prezydent na razie milczy. Czeka, aż opadną emocje i protestujący rozejdą się do domów. Rządząca centroprawicowa koalicja, złożona z Partii Demokratyczno-Liberalnej (PDL), mniejszościowej Węgierskiej Unii Demokratycznej w Rumunii (UDM) i Narodowej Unii na rzecz Postępu Rumunii (UNPR), była zaskoczona tak dużym oporem społecznym. Najpierw wycofano projekt ustawy o służbie zdrowia, następnie 18 stycznia przywrócono Raeda Arafata na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Zdrowia. Arafat przyjął ofertę, gdyż zniknął problem, z powodu którego ustąpił – próba prywatyzacji pogotowia ratunkowego. Zapowiedziano także dyskusję na temat reformy służby zdrowia. Władze nadal nie dostrzegają złożoności problemu i uważają, że uda im się załagodzić niezadowolenie społeczne, choć nie jest ono wynikiem tylko ostatnich posunięć rządu i prezydenta.

 

Opozycyjna koalicja socjaldemokratów i liberałów Unia Socjal-Liberalna (USL) zaciera ręce, próbując pozyskać elektorat. Żąda dymisji rządu i jak najszybszego rozpisania nowych wyborów, by w ten sposób wykorzystać potencjał protestów. Z kolei Gigi Becali, jeden z najbogatszych Rumunów, europoseł i szef skrajnie prawicowej Partii Nowej Generacji (PNG), otwarcie przyznał, że „brzydzi się Rumunów, którzy wychodzą na ulice w obronie jakiegoś Araba”.

 

Jaki będzie efekt protestów? Scenariuszy jest kilka. Wariantem najbardziej optymistycznym byłoby powstanie oddolnego ruchu społecznego, którego zdanie byłoby brane pod uwagę przy podejmowaniu przez prezydenta i rząd istotnych decyzji. Kolejne dni protestu pokazują, że jest nadzieja na takie rozwiązanie. Początkowo protestujący demonstrujący posługiwali się jedynie sloganami typu „Precz z Băsescu”, teraz konkretyzują żądania dotyczące gospodarki, spraw społecznych i polityki (m.in. wsparcie szkolnictwa z budżetu państwa na poziomie 6 procent PKB, wzrost pensji o 25 procent, wzrost emerytur, dymisja obecnych władz, z prezydentem na czele, debaty społeczne na temat istotnych zmian proponowanych przez rząd czy nacjonalizacja niektórych gałęzi przemysłu).

 

Inną możliwością jest zawłaszczenie rumuńskich protestów przez opozycyjne partie polityczne. Ten scenariusz wydaje się jednak mało prawdopodobny, gdyż rozczarowanie całą klasą polityczną w Rumunii jest ogromne. Ten brak zaufania może się przełożyć na niską frekwencję w nadchodzących wyborach parlamentarnych i samorządowych.

 

Nadzieja na zmiany jest duża – codziennie przybywa protestujących. We wtorek w całym kraju na ulice wyszło około 9700 osób. Uczestnicy demonstracji, aktywiści ze stowarzyszenia Critic Atac, nawołują: „Solidaryzując się z ludźmi bitymi i terroryzowanymi przez żandarmów, z tymi, którzy kolejny dzień stoją na placu, z tymi, którzy wierzą, że zmiany społeczne są możliwe, z tymi, którzy wierzą, że te zmiany mogą wyjść jedynie od zwykłych ludzi, z tymi, którzy wierzą w prawo do samookreślenia, spotykamy się na placu Uniwersyteckim w Bukareszcie i innych głównych placach kraju”.

 

Jak więc widać z przykładu Rumunii, „oburzenie” dotarło również do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Warto im się przyglądać.

 

*Paweł Rutkowski - doktorant Wydziału Nauk Historycznych UMK

 

Na podobny temat

 

§

 

Niedawno jeden ze współpracowników „Krytyki Politycznej”, zarazem znany publicysta i doświadczony dziennikarz Roman Kurkiewicz, objął funkcję redaktora naczelnego „Przekroju”. Zadeklarował chęć stworzenia interesującego tygodnika, który o polityce, kulturze, gospodarce i innych sprawach społecznych prezentował będzie opinie szeroko pojętej lewicy. W sytuacji, gdy brakuje w Polsce dobrych masowych pism lewicowych, wyzwanie, którego postanowił podjąć się Kurkiewicz, wzbudziło zrozumiałe nadzieje na możliwość pisania lub czytania opinii rzadziej dostępnych w innych mediach.

 

Wzbudziło też zrozumiałe obawy. Nie tylko dlatego, że pismo jest w złej sytuacji finansowej, a wszyscy wiemy, jaka jest kondycja prasy. Przed „Przekrojem” stoi zatem trudne zadanie. O ile jednak osoba Kurkiewicza jest gwarancją dla autorów i czytelników, że pismo będzie redagowane na poziomie, o tyle jego właściciel Grzegorz Hajdarowicz w swojej ofercie wydawniczej ma bardzo różne periodyki. Poza podziałem na poglądy lewicowe i prawicowe, istnieją także inne różnice, w tym na media tabloidowe i rzetelne. I podziału tego nie unieważnia okoliczność, że poważnym mediom masowym coraz trudniej utrzymać się na rynku. Można tygodnik, który lekceważy etos dziennikarski, poziom merytoryczny i zasady honoru, prezentować jako „wyrazisty” i „opiniotwórczy” z przekonaniem, ale nie z sensem. Można cieszyć się, że jako taki znajduje czytelników, ale nie można twierdzić, że priorytet nadawany czytelnictwu, oglądalności czy popularności sam w sobie sprzyja rozwojowi debaty publicznej w Polsce lub gdziekolwiek indziej. Najczęściej jest niestety przeciwnie.

 

Grzegorz Hajdarowicz przedstawił w najnowszym „Przekroju” swój biznesplan, wyrażając nadzieje, że „Przekrój” „pójdzie tą samą drogą, co Uważam, rze” i stanie się „wyraziście lewicowy”, co na dodatek sprzyjać będzie pluralizmowi mediów. Jeśli „Przekrój” będzie wyrazisty w ten sam sposób, co pismo „Uważam, Rze”, nigdy nie stanie się pismem lewicowym. Ani rzetelnym. Nie jestem pewien, czy prawicowość polega właśnie na tym, co reprezentuje sobą tygodnik Pawła Lisickiego, ale jestem pewien, że rywalizacja w ten sposób redagowanych tygodników niewiele wspólnego miałaby z podziałem ideowym, a także z jakkolwiek sensownie rozumianym pluralizmem mediów. Nawet gdyby prawie nikt już nie wierzył, że takie podziały są w ogóle jeszcze możliwe. Lub że los mediów czy polityki nie został już przesądzony w kieszeniach biznesmenów.

 

Na podobny temat

Ostatnia modyfikacja: środa, 15 luty 2012, 23:23